WildMen

PRZYPINKI DLA LUDZI NATURY

Fundusze pozyskane ze sprzedaży wspierają nasze projekty związane z ochroną przyrody i ratowaniem zagrożonych gatunków!

Szlifowanie diamentu

Bawar nie musi być doskonałym oszczekiwaczem i oznajmiaczem Nie musi sprawnie dławić rogaczy, a dzików twardo trzymać za portki.

Podobno posokowce można podzielić na trzy grupy: dobre, bardzo dobre i diamenty! Może i coś w tym jest, ale to zbyt duże uproszczenie. Nawet diament wymaga starannego oszlifowania, a i to nie zapewnia, że nie będzie miał skaz, czyli słabszych stron.

Dla mnie taki przyszły diament, to jak dobry dziesięcioboista pracujący w zgranym tandemie. Nie jest mistrzem jednej dyscypliny. Tylko wysoka średnia w każdej z nich zapewni mu końcowy sukces pod warunkiem, że jego mener umie czytać mowę jego ciała – zawsze i wszędzie.

To „oszlifowanie” i umiejętność czytania psa zapewnić może tylko wielokrotna, wspólna praca w łowisku, a ma to niebagatelne znaczenie przy większości prac, jakie się przytrafiają na postrzałkach. To często długie i trudne dochodzenia, gdzie nietypowych sytuacji jest wiele. Gdyby było inaczej, przy tej ilości międzynarodowych championów wystawowych i konkursowych w Polsce, żaden postrzałek nie miałby szans, a mój Cezar zajęcia.

Bez pasji i zadziorności

Jak dziwne i nietypowe sytuacje się nam zdarzają pokazały ostatnie dwa tygodnie. Sierpniowe upały spowodowały, że umawiamy się na poszukiwanie strzelanego nocą dzika wcześnie rano. Spóźnieni, przy padającym deszczu wskakujemy do samochodu i już na miejscu, na leśnej polanie wypuszczam Cezara, aby załatwił swoje fizjologiczne potrzeby.

Szybko ruszamy na zestrzał, który jest około 80 metrów dalej. Mój Orzeł po gwizdku wyskakuje z krzaków obok i melduje się przy mnie. Sprawdza wskazany zestrzał i mam wrażenie, że schodzi z niego powietrze!

Rusza tropem, ale bez pasji i typowej zadziorności! Ta praca wygląda mi na wymuszone działania z obowiązku, a nie z przyjemności. Jestem tym kompletnie zaskoczony. Takie zachowanie przypomina mi jego reakcję, gdy znajduje martwego postrzałka.

Czuję przez skórę, że załatwiając swoje potrzeby mógł odnaleźć strzelanego dzika i… Nie myliłem się, bo po 100 metrach Cezar doprowadza mnie obrzeżem lasu do dzika leżącego tuż przy samochodach.

Historia się powtarza

Kolejny dzień zaczynamy dość późno. Południowy upał powoduje, że wypuszczam psa szybko z samochodu i przezornie wcześniej pytam Michała, gdzie jest zestrzał rogacza, bo nie chcę powtórzyć wczorajszego błędu.

Pokazuje mi gołe rżysko. Rogacz podobno popędził wzdłuż pola, aby 100 metrów przed nami wpaść w wysokie chwasty będące po prawej stronie drogi, na której stoimy. Uspokojony, szybko szykuję sprzęt, bacznie obserwując psa, czy aby się od nas zbytnio nie oddalił.

Ruszamy wszyscy od zestrzału i historia się powtarza! Mój orzeł smętny i totalnie bez ikry wypełnia swój obowiązek kompletnie bez zapału. Zachodzę w głowę, jak on mógłby wcześniej znaleźć rogacza, skoro obaj z Michałem na niego patrzyliśmy. Nie miał takiej możliwości no chyba, że rogacz leży tuż przy samochodach.

I tak było… Idąc na zestrzał otrzymałem telefon z propozycją szukania dzika. Zaabsorbowany rozmową przeszedłem obok psa stojącego nad rogaczem. To gapiostwo, nim zrozumiałem swój błąd, kosztowało mnie ponowienie pracy.

Doświadczenie pomoże unikać zwarć, które przy stanowieniu potrafią być przyczyną bardzo groźnych i niebezpiecznych kontuzji.

Postrzał na miękkie

Parę dni później otrzymałem ofertę dochodzenia byka w pierwszym dniu sezonu. Ruszamy przed nami w 170 kilometrów. Strzelającym jest nestor łowiectwa kolega Jan, który zna się dobrze nie tylko na polowaniu, ale i posokowcach. Niestety tym razem nie ma ich przy sobie, więc prosi o pomoc. Stwierdza autorytatywnie, że postrzał jest na miękkie. Jeleń charakterystycznie odrzucił badyle w tył. Dochodzenie ma być tylko formalnością.

Byk z jedną myłkusowatą tyką, był w towarzystwie dwóch chłystów. Ostrzega mnie, że mają tu mnóstwo wilków. Ruszamy po sześciu godzinach wraz z jego kolegą Tomaszem za Cezarem. Ślady farby kończą się po kilkudziesięciu metrach lecz praca przebiega wartko przez dwa kilometry. W dalszej wędrówce towarzyszy nam już tylko Tomek, ponieważ upał i ostre słońce eliminują Jana.

Wchodzimy w zwarty, liściasty młodnik i Cezar wyraźnie zwalnia obroty. Mam wrażenie, że jest ostrożny, a zachowanie podobne do tego, gdy trafialiśmy w gąszczu na wilki. Nie potrafię jednak dostrzec jego stojącego „chybu”, który by potwierdził to podejrzenie.

Jego charakterystyczne machnięcia ogonem mówią mi, że nasz poszukiwany postrzałek jest już blisko, i kto wie, czy nie kluczy w tym gąszczu przed nami. Tak docieramy do końca uprawy, gdzie Cezar gwałtownie rusza 40 metrów, aby zawrócić i ponownie wpaść w młodnik. Słyszę ostry łomot tuż przed sobą i widzę wyskakującego dość młodego byka bez dostrzegalnej usterki w porożu!

Cezar jednak jeszcze nie głosi, więc bez jego potwierdzenia nadal nie mam pewności, czy widziałem byka, którego szukamy. Po chwili słyszę wyraźnie stanowienie i niestety rozpoczyna się ostry gon!

Teraz już jestem pewny, że przed nim sadzi poszukiwany postrzałek, a czy to ten sam, którego widzieliśmy z Tomkiem dowiemy się tylko wtedy, gdy zatrzyma go Cezar. Niestety, w tym upale, po dwóch kilometrach pogoni byk uwalnia się od psa, który wraca potwornie zmęczony.

Wyczerpani, odpoczywamy we trójkę, a ja już mam całkowitą pewność, że Jan się pomylił w swojej diagnozie dotyczącej miejsca postrzału byka. Żegnając się z nami bardzo miło i sympatycznie stwierdził filozoficznie, że nasz wspólny, podeszły wiek i figura nie sprzyjają takim pogoniom.

Ten przemiły nestor ma z pewnością rację, gdyż taka jest życiowa kolej rzeczy. Szkoda tylko, że mając tak dużą wiedzę i praktykę nie był w stanie obejrzeć poczynań strzelanego przez siebie byka, oraz naszych w tym upale.

Płucna farba

Dwa dni później, pomiędzy dwoma pracami otrzymuję telefon z prośbą o pilną pomoc. Kolega Darek strzelał do kozła, który mu uszedł. Twierdzi, że na zestrzale jest płucna farba, więc dochodzenie będzie krótkie. Z decyzją podjęcia pracy chwilę się waham, bo tego dni mamy do pokonania 180 kilometrów, aby wejść na trop strzelanego byka. Jednak do rogacza mamy tylko 20 kilometrów i po takim trafieniu, poszukiwania potrwają pewnie moment, a Cezar nawet się nie spoci.

Jest tylko 26 st. C, więc wiele nie ryzykujemy. Nie oglądam nawet zestrzału, bo co to zmieni. Nawet gdyby moja diagnoza była inna, to nie wypada nam odjechać. Poszukiwania chciałem zakończyć szybko i skutecznie, ale rzeczywistość bywa okrutna…

Po kilkuset metrach widzę, że diagnoza strzelca jest błędna, a rogacz prowadzi nas coraz dalej po krzakach i trzcinach w zabagnione łąki. Po bitym kilometrze tropu słyszę głoszenie Cezara, który ostro rusza w gon.

Tym razem nie udaje mu się szybko dopaść rogacza. Oddalają się od nas ponad kilometr i tracę na Garminie kontakt z psem. Jestem wściekły i podłamany. To miał być spacer, a nie gonitwa, po której zmęczony pies ma w kolejnej pracy uporać się ze strzelanym bykiem. Gdy docieramy do ostatniego punktu, w którym namierzyła go nawigacja, mój orzeł ledwo zipiąc wraca zmęczony.

Odpoczywamy, lecz to nie koniec tej łamigłówki, bo powinienem jeszcze sprawdzić z nim trasę gonu, której nie zarejestrował Garmin. Może jednak doszedł rogacza i szkoda byłoby go zostawić. Niestety nie przewidziałem, że po 200 metrach nim zdążyłem go powstrzymać, mój orzeł ruszył ponownie do gonu w te trzcinowiska, a ja pozostałem bezradny.

Skończyło się tak samo, jak za pierwszym razem. W tych łąkowych szuwarach straciłem z nim kontakt i kolejne pół godziny czekaliśmy na niego, a ja rozmyślałem załamany nad złośliwością losu. Całe szczęście, że Paweł, gospodarz tego łowiska poszedł po samochód, gdy wreszcie Cezar – ledwo żywy – powrócił z tej pogoni, potulnie poczłapaliśmy do auta.

Obiecałem tylko Darkowi, że kolejnego dnia spróbujemy dokończyć tą pracę. Pamiętam, że obróciłem się za siebie i zobaczyłem trzy duże bele siana, co miało być punktem orientacyjnym. Niestety, kolejnego dnia pojechaliśmy na Mazury, bo postrzałki byków, to priorytet i są obsługiwane poza kolejnością…

Rekreacyjny spacer

Po dwóch dniach zjawiliśmy się tu ponownie. Tym razem Paweł doprowadza nas do miejsca na łąkach, gdzie wówczas wsiadaliśmy samochodu. I tu, na tej rozległej przestrzeni byłem kompletnie zdezorientowany. Bele siana zostały zwiezione. Przez pół godziny kręcimy się samochodem. Zrezygnowany postanowiłem zrobić z Cezarem rekreacyjny spacer po łąkach. Paweł odjechał, a ja na wszelki wypadek zabrałem broń.

Po kilkunastu minutach spaceru zauważyłem, że mój orzeł zawzięcie coś tropi. A gdy po kilkuset metrach, na pełnych obrotach wpadł w te trzcinowiska wiedziałem, że nie jest to już zabawa. Oddalał się ode mnie gwałtownie, a ja podążałem ich brzegiem. Nagle dostrzegłem sarnę biegnącą ich skrajem w przeciwnym kierunku niż gonił Cezar, która zbliżała się do mnie.

To był rogacz, lecz w wysokiej trawie jeszcze nie widziałem w jej ruchach nic podejrzanego. Jednak przy kolejnym skoku dostrzegłem zwisającą bezwładnie cewkę. Teraz już nie miałem wątpliwości. Kolejne dwa moje strzały okazały się niestety pudłami i dopiero Cezar zakończył pomyślnie ten nasz dwudniowy maraton!

Twardość i determinacja

Nie każdy gon posokowca musi zakończyć się sukcesem, szczególnie w letnie upały. Pewnie są szybsze i wytrwalsze do tego psy. Bawar nie musi też być oszczekiwaczem, czy doskonałym oznajmiaczem. Kozłów nie musi sprawnie dławić, a dziki twardo sadzać na siedzeniu trzymając je za portki. W tych dyscyplinach znajdziemy lepszych specjalistów, ale żadna rasa nie potrafi tak doskonale połączyć tych umiejętności i w efekcie przynieść tyle sukcesów.

Posokowiec ma być dobrym dziesięcioboistą. Powinien opanować każdą z tych dyscyplin na tyle, aby mógł skutecznie pracować przy sprzyjających warunkach nawet po 4-5 dniach.

Częsta praktyka ma oszlifować go w łowisku. Twardość i determinacja pozwolą mu na wielokilometrową pracę oraz rozwikłanie zawiłości i niespodzianek na tropie. Doświadczenie pomoże w unikaniu zwarć, które w tej pracy przy stanowieniu potrafią być przyczyną bardzo groźnych i niebezpiecznych kontuzji.

Warunkiem tego jest jednak wspólna praca, wzajemne zrozumienie, umiejętne „czytanie” jego mowy ciała, zaufanie, cierpliwość i wiara w talent. Zdobywając doświadczenie zobaczycie, jak wasz dobry pies zamienia się w diament. Dajcie mu tylko szansę i traktujcie jak partnera, a wtedy po oszlifowaniu stanie się prawdziwym brylantem!

ZAPRASZAMY DO ZAKUPÓW

Galeria zdjęć

Więcej artykułów