Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Share on tumblr
Share on email
Share on print

Czternaście kilometrów za odyńcem

Gdy o świcie dzwoni telefon mój posokowiec „Cezar" zrywa się na równe nogi i już czeka w gotowości. Boję się, że już niedługo sam zacznie odbierać zgłoszenia od myśliwych, którzy wzywają nas na pomoc!

Tym razem szukał jej mój przyjaciel Irek z „Rosomaka”. Strzelał w nocy do dużego odyńca. Użył swoich doskonałych wachtli, które godzinę później miały kontakt z dzikiem, ale później straciły trop.

Ruszamy podminowani. Odyniec to dodatkowy dreszczyk emocji. Jesteśmy u niego o 12;30, czyli po 12 godzinach od trafienia. Na zestrzale było trochę farby. Jest po burzy z ulewnym deszczem, więc jej nie widzimy. Cezar podpina się pod trop bez kłopotów i w trójkę wchodzimy w las.

Pierwszy oddział pokonujemy bez kłopotów. Tam jego wachtle głosiły jeszcze dzika. Dalej tropimy, lecz kilometry powoli dają nam się we znaki. W ramach pogotowia postrzałkowego trzeci raz szukamy w tym obwodzie dzika. Za pierwszym razem była prawdopodobnie obcierka i dzika nie odszukaliśmy. Za drugim pudło, więc teraz tanio skóry nie sprzedamy.

Po ośmiu kilometrach odyniec idzie leśną drogą, ale śladów brak. W nocy była ulewa i wszystko dokładnie zmyła. Tym niemniej po tylu kilometrach tropienia, oczy wychodzą nam z orbit, żeby zobaczyć choć kontur śladu tego odyńca. Inaczej nogi niosą, jak jest choć najmniejsze potwierdzenie.

Cezar swojego jest pewny, ale my nie za bardzo. Wreszcie jest! Trzy słabe odciski „krokodyla”. O pomyłce nie może być mowy. Taki rozmiar „buta” noszą tu nieliczni. Za chwilę skręcamy w las, przechodzimy obok leśniczówki i w pola. No wreszcie na nich lepiej znać jego „kapcie”.

Reklama

Po kilkuset metrach pola, dzik wali do lasu. Na dwunastym kilometrze Cezar ma kłopoty, jak zwykle na leśnej drodze. Tu tracimy 15 minut a on okłada skrzyżowanie i sąsiadujące z drogami pobocza. Jest chwila odpoczynku dla nas.

Irek myśli o naszej przyszłości. Jak my wrócimy taki kawał? Dzwoni do żony, która zgadza się przyjechać i podrzucić go do samochodu. Więc Irek idzie lasem do drogi asfaltowej, a my z Cezarem, dalej rozwiązujemy rebus.

Niby proste, ale chwilę to trwało. Dzik wyszedł na drogę, pokonał nią 100m, przeszedł skrzyżowanie i dalej z drogi po 50m, skręcił w linię oddziałową. Deszcz który lał, zmył wszelkie ślady i pewnie sporo zapachu. Dalej poszło już bez kłopotów. Parę esów i zakrętów i dwa kolejene kilometry i… nagle pies szczeka!

Pędzę i widzę od tyłu „warującego” dużego dzika pod drzewem, który skierowany jest gwizdem do psa. Jest blisko, żartów nie ma! Korzystam z okazji i strzelam na chyb. Dzik nawet się nie ruszył. Ciśnienie ze mnie gwałtownie schodzi.

Patrzę w Garmina. Cezar na swoim liczniku ma wybite 14 kilometrów, które czuję to po sobie! Patrzę na zegarek – pracowaliśmy ponad trzy godziny, no ale w końcu jest sukces u Irka!

Dla mnie jego uznanie ma wartość podwójną. To podkładacz, który jest pozytywnie „zakręcony” na punkcie psów użytkowych. Jego wachtle w miotach pracowały w całej Polsce. Czekamy na niego obaj szczęśliwi w… pozycji na wznak.

Razem z moim kolegą nie mogliśmy ustalić, gdzie dzik otrzymał ranę postrzałową. Patroszenie ze względu na „czerwoną strefę” musiało się odbyć w punkcie skupu. Okazało się, że była to niezbyt groźna rana w okolicach chybu.

Wojciech Dulski

P.S.

Jestem przewodnikiem posokowca bawarskiego . „Cezar”, który ma już 5 lat i udowodnił swe nieprzeciętne zdolności, odszukując 290 szt. postrzałków!

Galeria zdjęć

Więcej artykułów