WildMen

PRZYPINKI DLA LUDZI NATURY

Fundusze pozyskane ze sprzedaży wspierają nasze projekty związane z ochroną przyrody i ratowaniem zagrożonych gatunków!

Tajemnice szkolenia

Młodego psa myśliwskiego nie wolno rzucać na głęboką wodę, bo nawet jeśli uda mu się zatrzymać postrzałka może nabrać negatywnych cech, które w przyszłości będą utrapieniem!

Często zdarza mi się słyszeć pytania zadawane mi przez właścicieli młodych psów tropiących, czy mogą ze swym adeptem zaryzykować pracę na tropie rannego rogacza. Wszyscy mówią o niezwykle intensywnym i wyjątkowym sarnim zapachu, który powoduje, że nasz pupil będzie bez opamiętania gonił za sarnami…

Prace takie oczywiście im odradzam, niejako z przezorności, ale też z zupełnie innych powodów. Sam kiedyś nie uszanowałem tej reguły i gdy Cezar miał dokładnie pierwsze urodziny, a na swym koncie cztery prace i dwa sukcesy (dziki) poniekąd z grzeczności, będąc na majowym wyjeździe lekkomyślnie zaryzykowałem.

Pamiętam, że mieliśmy wówczas wyjątkowe szczęście, bo tropienie odbyło się na doskonałym wilgotnym podłożu, którym była łąka. Jednak gdy pies został zwolniony do gonu – postrzelony na cewkę rogacz – „kręcił” w olbrzymiej kępie polnych drzew i krzaków.

Łaskawe okoliczności

Zrezygnowany kombinowałem już jak z tych zarośli „odłowić” psa. Mój uparciuch miał fart i skutecznie dokończył dzieła. Rogacz utkwił w rowie pełnym błota. Śmiem twierdzić, że wiem dlaczego mieliśmy aż tyle szczęścia, a poszukiwanie rogacza w przypadku Cezara nie przyniosło negatywnych następstw.

Wszystkie elementy i okoliczności składające się na pracę tropowca ułożyły się wyjątkowo łaskawie czyniąc poszukiwanie łatwe i przyjemne, a ponadto, trafiły na psa zrównoważonego, co ma niebagatelne znaczenie. To nieliczna grupa wśród psów myśliwskich. Najczęściej nasze pupile mają spory temperament, co może przynieść niepożądane zachowania.

Dzisiaj nie zaryzykowałbym takiej pracy. Uważam takie dochodzenia, szczególnie w okresie ruji za najcięższą próbę i wyzwanie nawet dla posokowca. Mój Cezar w ósmym roku swojego życia, mając duże doświadczenie i na swym koncie ponad pół setki dojść przy tropieniu tego gatunku, musi bardzo często się natrudzić aby odnieść sukces, a bywa, że schodzi z ringu pokonani!

Jak to wygląda w praktyce. Spróbuję wyjaśnić problem na podstawie na trzech ostatnich prac.

Cezar rozwiązuje zagadkę

Tym razem ruszamy z Cezarem za prawdopodobnie postrzelonym przez dewizowca rogaczem. Polowanie miało miejsce pięć godzin wcześniej w OHZ-cie Chruściechów. Janek opowiada, że po strzale nie widzieli żadnej charakterystycznej reakcji rogacza, który o dziwo dość spokojnie odszedł.

Zagraniczny myśliwy twierdził stanowczo, że było to pudło, gdyż po strzale widział tryskający piach spod kozła. Jednak przezorny Jan wraz z kolegą po dwóch godzinach wrócili na miejsce zestrzału i przeszukując okoliczny teren znaleźli w odległości około 200 metrów kilka kropel farby.

Parę metrów dalej było jej jeszcze więcej, a potem zero. Teraz czas na Cezara, aby rozwiązał tą zagadkę. Ruszamy i wchodzimy w śródpolny, szeroki na kilkanaście metrów, a długi na kilometr pas porośnięty brzozami, sosnami i inną roślinnością. Tu zaczyna się mozolna praca psa wyglądająca jak szereg nieskoordynowanych, pokręconych i chaotycznych działań.

Posuwamy się bardzo wolno w górę tego pasa za tropiącym Cezarem, który kręci, nawraca, wychodzi w pola po obu stronach pasa, by po chwili powrócić do niego. Wrażenie jest takie, jakby gubił i odzyskiwał, co jakiś czas trop. Jest gorąco, ale sytuację poprawia padający deszczyk, który studzi trochę mojego orła.

Tak posuwamy się około 300 metrów w górę tego pasa, aby następnie zawrócić. Posokowiec pracuje niczym chaotyczny zegarmistrz tylko, że teraz w przeciwnym kierunku. Mija ponad godzina, a mnie zaczyna się już kręcić w głowie od tych ciągłych nawrotów i zakrętów. Podejrzewam, że ten rogacz prawdopodobnie z obcierką po kuli gania za kozą, bo ruja w pełni i nie zwraca uwagi na takie „drobiazgi”.

Na Garminie widać, że licznik nabił już Cezarowi pięć kilometrów i myślę, że nadchodzi czas na moją przykrą decyzję oznaczającą koniec tej pracy. W tym momencie mój orzeł przyspiesza i opuszcza zarośnięty pas, by poprzez orankę ruszyć ostro w nie skoszone zboże. Sytuacja w mgnieniu oka, zmieniła się diametralnie. Zapachniało mi finałem!

Zaskoczony widzę, jak na wprost mnie wypada sarna, gnając w popłochu. Sądzę, że to nasz poszukiwany rogacz i z goryczą pokazuję go Jankowi, gdyż widać gołym okiem, że jest całkiem zdrowy i Cezar nie będzie miał szansy na dojście.

Już pokornie godzę się z naszą przegraną, gdy nagle tuż obok w zbożu Cezar trzyma naszego postrzałka. To co ja rozemocjonowany widziałem, to była pewnie jego partnerka, za którą wykręcał nam taki labirynt.

Praca trwała ponad godzinę, podczas której pies zrobił pięć kilometrów – pomimo, że nie oddaliliśmy się od zestrzału dalej niż 500 metrów. Myślę, że to dobitnie pokazuje skalę trudności!

Okazało się, że rogacz miał nietypową obcierkę. Kula dosłownie wycięła mu półksiężyc w kości lewej przedniej cewki tuż przy drugim stawie. O dziwo cewka w tym miejscu nie pękła i była cała. Złamanie nastąpiło kilkanaście centymetrów powyżej. Choć nie wykluczam, że mogło nastąpić podczas naszej interwencji.

Farby brak

Kolejnego dnia pędzimy na pomoc zrozpaczonej dianie, która polowała mężem u Pawła w „Kniei”. Niestety strzelany przez nią rogacz ze sporej odległości też otrzymał trafienie na cewkę, co widział mąż. Do uchodzącego w gąszcz rogacza zdążył strzelić – chcąc ratować sytuację – ale nie trafił.

Próby poszukiwania zawodzą, bo farby brak, ale wiedzą dokładnie, w którą ze ścieżek w tych zaroślach wpadł ranny rogacz. Ruszamy z Cezarem po trzech godzinach – szykując się na długą, ciężką pracę z wyczerpującym gonem tym bardziej, że słońce już mocno pali.

Cezar tuż przy mnie wchodzi po tropie do wskazanego przez nich tunelu wysokich i gęstych roślin, wykonuje parę kroków i wycofuje się? Ja zaskoczony i lekko zażenowany jego brakiem pasji i ikry na starcie, patrzę w milczeniu, a on z flegmą wykręca i idąc po obrzeżu tego buszu i łąki zaledwie po czterech metrach wchodzi tuż obok nas w najbliższy krzak. Nagle przystaje i tak zastyga.

Wszyscy widzimy tylko koniec jego nieruchomego ogona wystający z tych liści! Zaciekawiony, co on wyprawia podchodzę i rozchylam gałęzie. A tam, tuż przed jego nosem leży martwy rogacz!

Tym razem, to była jego najfartowniejsza i najkrótsza praca oraz najłatwiejszy sukces. Po oględzinach tuszy okazało się, że rzeczywiście postrzał był na cewkę, ale „poprawka” trafiła kozła za ucho. Czasami szuka się daleko, a zguba jest tuż, tuż pod nogami, ale to tylko wyjątki.

Rokowania niepewne

Po dniu przerwy ruszamy do kolejnej pracy na rogaczu. Nie była to łatwa decyzja, bo do pokonania miałem 180 kilometrów, a rokowania były bardzo niepewne!

Strzelany w warszawskim kole „Darz Bór” przez dewizowca rogacz dosłownie rozpłynął się w olbrzymiej plantacji porzeczek. Pozostało trochę farby na długości paru metrów. Reakcji nie udało się zobaczyć, a sprowadzone przez Huberta kolejno dwa psy, nic nie wskórały.

Jednak te ich poszukiwawcze próby spowodowały, że docieramy na miejsce prawie w samo południe, gdy upał i słońce już bardzo doskwiera. Cezar rusza po 14 godzinach. Prowadzi nas w las. Tam po wysuszonej ściółce i dość szarpanej pracy, z mozołem ale systematycznie posuwamy się slalomem do przodu. Po bitej godzinie i sześciu kilometrach – w zbożu dzielącym laski – znajduję splamiony farbą kłos, co przekonuje Huberta i jego kolegę o poprawnej pracy mojego orła.

Jednak gdy pokonujemy kolejny las i po dwóch godzinach znajdujemy się na rozległym, suchym rżysku widzę, że Cezar pada z przegrzania. Mordercza praca na tej patelni wykończyło wszystkich. 10 min odpoczynku w słońcu pozwala nam dotrzeć do pobliskich krzaków przy łąkach. Rozsądek mówi mi, że w tych warunkach, temperaturze i zmęczeniu psa ewentualny gon – gdyby do niego doszło – nie przyniesie skutku. Przerywam z przykrością pracę, choć zmęczony Cezar jeszcze przewąchuje te ugory. Wracamy pokonani…

Dwa dni później dostaję SMS-a od Huberta w którym pisze: „Mamy go, był 100 metów od miejsca gdzie skończyliśmy.” Ten doświadczony myśliwy, poprosił kolegów o odwiedzanie kępy zarośli na łąkach.

Zabrakło 100 metrów…

Rogacz leżał po dwóch dniach z raną postrzałową stawu skokowego przedniej prawej cewki. Nie reagował zbytnio na zbliżanie i niemrawo się oddalał kulejąc, co pozwoliło go dostrzelić. Hubert miał świadomość, że prawdopodobnym błędem było zbyt wczesne poszukiwania z psami, po których jeszcze zdrowy i goniony rogacz uszedł tak daleko.

Resztę dopełniły: wysoka temperatura i słońce. W takich warunkach szybko znikają resztki zapachu rogacza, których nigdy zbyt dużo nie pozostawia – szczególnie na wysuszonym podłożu!

Prowadzić jak boksera

Te trzy przypadki pokazują jak nieprzewidywalne są prace na rogaczach latem. Nawet doświadczony pies ma z nimi duże problemy.

Jestem zdania, że młodego posokowca trzeba prowadzić tak jak boksera. Delikatnie, od sukcesu, do sukcesu – bez niepotrzebnego ryzyka. Ciężkie zadania mogą go tylko zniechęcić. Ulotna i słaba woń skomplikowanego tropu rogaczy w tym czasie nie jest dobrym materiałem do szkolenia.

Gon w takich pracach ciężko jest zakończyć jakimkolwiek stanowieniem. Młody i temperamentny pies, jeśli już nawet zakończy go swoją bezpośrednią ingerencją, może te zachowanie przenieść na inne dochodzone gatunki, a to prosta droga do kłopotów, a nawet tragedii.

Ranny rogacz, to twardy przeciwnik i w jego arsenale oprócz parostków są ostre jak włócznie cewki, które mogą pozostawić trwały ślad nie tylko na ciele, ale również delikatnej psychice szczeniaka, dlatego nie ryzykujmy zbyt szybko!

ZAPRASZAMY DO ZAKUPÓW

Galeria zdjęć

Więcej artykułów