WildMen

ASF pod Wrocławiem zapowiada upadek łowczego!

Wirus „przeskoczył” 60 kilometrów. Służby weterynaryjne potwierdziły, że dwa padłe dziki znalezione w OHZ-cie PZŁ były chore!
Reklama

W Ośrodku Hodowli Zwierzyny, którym zarządza ZO PZŁ we Wrocławiu znaleziono przypadkowo dwa padłe dziki. Badanie potwierdziło obecność wirusa ASF. W kolejnych dniach znaleziono jeszcze pięć dzików. Stan rozkładu nie pozwala stwierdzić, kiedy padły, więc można postawić tezę, że wirus na tym terenie rozprzestrzenia się przynajmniej od kilku tygodni.

Reklama

Opanowanie kolejnego ogniska będzie bardzo trudne, ponieważ na tym terenie populacja dzików jest bardzo liczna. Praktycznie w każdym obwodzie strzela się około 200 dzików w sezonie. Zwierzęta mają tam do dyspozycji setki tysięcy hektarów kukurydzy.

Widmo bankructwa

Pandemia i zakaz organizowania zbiorówek znacząco ograniczyły możliwość redukcji dzików w poprzednim sezonie w całym kraju. Utworzenie w tym roku niebieskiej strefy w okręgu wrocławskim przez służby weterynaryjne sparaliżowało tam odstrzał. Większość tamtejszych kół łowieckich nie posiada chłodni. Z tego powodu musiały wstrzymać polowania na dziki, co będzie miało poważne konsekwencje.

Reklama

Z rozmów z prezesami wrocławskich kół wynika, że sytuacja jest bardzo poważna. Pandemia uniemożliwiła organizację polowań komercyjnych, a ceny dziczyzny znacząco spadły. Większość kół twierdzi, że oszczędności wykorzystali, płacąc zeszłoroczne szkody i nie maja środków na zapłacenie tegorocznych odszkodowań.

Okręg wrocławski zawsze zaliczał się do ścisłej czołówki. Przypominam, że tylko w dziewięciu okręgach strzela się powyżej 10 tysięcy dzików. Panika, którą obserwujemy w Zarządzie Głównym PZŁ wynika z tego, że afrykański pomór świń właśnie dotarł do miejsc, gdzie populacja dzików jest najliczniejsza!

Reklama

Długi proces

Liczebność dzików na zachodniej granicy wymknęła się spod kontroli dwadzieścia lat temu. Powodem było znaczne zwiększenie areału kukurydzy. Rosły szkody, ale koła łowieckie znalazły rozwiązanie w postaci komercyjnych polowań zbiorowych. Nikt nie przypuszczał, że „źródło” przychodów może kiedyś wyschnąć!

Na zachodniej ścianie nikt nie wierzył w opowieści o afrykańskim pomorze świń. Redukcja liczebności dzików szła opornie i bardzo powoli. W wielu kołach obowiązywał zakaz strzelania do loch. Dokładnie 18 listopada 2019 roku ASF „przeskoczył” 300 kilometrów w lubuskie i mamy kryzys, którego związek – pod światłym kierownictwem „naszego” łowczego – nie umie rozwiązać.

Reklama

Pod presją rozdygotanych weterynarzy redukcja liczebności jest prawie niemożliwa. Chłodnie, bioasekuracja i tysiące kwitów paraliżują koła łowieckie. Wszystkim politykom i rolnikom wydaje się, że wystarczy wyjść na pole i „rozstrzelać” dziki, a dodatkowo uwierzyli w opowieść, że myśliwi nie chcą ich strzelać.

Zadaniem Zarządu Głównego oraz jego pracowników w okręgach była obrona myśliwych. Komisarze powinni umieć wyjaśnić obecną sytuację „zjednoczonej prawicy”, lekarzom weterynarii, samorządowcom i wymachującym widłami rolnikom.

Jak widać łowczy krajowy umie tylko potakiwać ministrowi Siarce, a sparaliżowane strachem okręgi czekają na wytyczne Zarządu Głównego, który dopiero teraz organizuje w tej kwestii zebrania. Właśnie wysłał do kół łowieckich „Ogólnokrajowy skoordynowany program zwalczania ASF”. Jedynym pomysłem dr inż. Lisiaka jest szukanie dzików podczas zbiorówek i cotygodniowe raportowanie…

Decyzja zapadła

Nie trzeba być jasnowidzem. Wszyscy wiemy, że martwe dziki leżą w kukurydzy, którą za moment zbiorą rolnicy. Ziarno trafi do chlewni i wirus będzie się rozprzestrzeniał. Służby weterynaryjne będą utylizować tysiące tuczników i znajdywać setki padłych dzików – co do reszty rozwścieczy rolników!

Piotr Jenoch i Albert Kołodziejski zostali odwołani, ponieważ w ocenie ministra nie umieli walczyć z afrykańskim pomorem świń. Pawłowi Lisiakowi udało się przetrwać dłużej, bo wybuchła pandemia COVD 19, która problemy z ASF zepchnęła na bok.

W tym czasie Polski Związek Łowiecki nie robił nic poza zbieraniem danych. Bez wątpienia nominat rządu PiS nie wykorzystał pandemii i teraz poniesie surowe konsekwencje. Tak jak jego poprzednicy wykazał się bezczynnością i zostanie kozłem ofiarnym, którego minister rzuci na pożarcie.

Nie będziemy płakać po „naszym” łowczym Lisiaku, ponieważ wielokrotnie złamał Statutu PZŁ i kiedyś zostanie za to rozliczony. Ten oczywisty fakt dla polityków PiS-u nie ma znaczenia. Paweł Lisiak zostanie jednak odwołany, ponieważ nie umiał zintensyfikować odstrzału dzików oraz nie kupił chłodni z rządowej dotacji, które mogły uratować sytuację między innymi we Wrocławiu.

Obejmując funkcję łowczego krajowego, dostał zadanie zażegnania sporów i ugaszenia pożarów, jakie rozniecili jego dwaj poprzednicy. Minister oczekiwał jedynie redukcji dzików i spokoju w strukturach Polskiego Związku Łowieckiego. Niestety doktor i inżynier z Krotoszyna nie podołał. Wszystkim udowodnił, że nie jest „generałem”, który może kierować ponad stutysięczną armią myśliwych.

Reklama

ZAPRASZAMY DO ZAKUPÓW

Galeria zdjęć

Więcej artykułów