Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Share on tumblr
Share on email
Share on print

Wiosenne kaczory

Wspaniałe opowiadanie Juliana Ejsmonda przeniesie Was na Polesie, gdzie sto lat temu wśród bezkresnych rozlewisk Prypeci myśliwi polowali na wiosenne kaczory.

Stare książki moim zdaniem mają niesamowity urok, a niekiedy również swoje tajemnice. Na pożółkłych stronach można znaleźć cenne dedykacje, a w kolejnych wydaniach sprawdzić, co autor dopisał lub wykreślił.

Jednym z moich ulubionych autorów opowiadań myśliwskich jest Julian Ejsmond. W dwudziestoleciu międzywojennym był redaktorem naczelnym „Łowca Polskiego”. Miał wielki talent – niestety tragicznie zginął w wypadku samochodowym.

Pierwszy zbiór swoich opowiadań wydał w 1925 roku. Na zakończenie skreślił kilka akapitów, które moim zdaniem będą doskonałym wstępem do „wiosennego polowania”, na które Was dziś zapraszam.

Piękno i słodycz wspomnień myśliwskich

Wspomnienia myśliwskie są dla nas w chwilach smutku i codziennych trosk, pokrzepiającym nektarem, haszyszem cudownym, po którego wypiciu przed naszemi oczyma wstają umiłowane wizje śnieżnych ostępów, mszarów wysrebrzonych księżycowym blaskiem, rozlewów rzek, wiosennych zielonych i kwietnych kniej…

Budzą się głosy przebrzmiałe. Głuszec poczyna pieśń… Bełkot cietrzewi napełnia mszary… Tysiąc głosów tworzy czarowny hymn boru… Śpiewa wiosna i lato, jesień i zima… Gonem ogarów dźwięczy las… Brzmią trąbki łowieckie triumfalną fanfarą…

Reklama

Wspomnienia myśliwskie są dla nas baśniowym skarbcem, w którym kryjemy skrzętnie przed wzrokiem obcych ludzi najkosztowniejsze klejnoty naszego życia, szmaragdy puszcz dziewiczych, szafiry niebios pogodnych i rubiny krwi, ubitej przez nas zwierzyny…

Serce myśliwskie bije w rytm otaczającej je przyrody – Julian Ejsmond

Na wiosennych rozlewiskach Prypeci

Szeroko rozlała Prypeć swoje wiosenne wody. Pierwszy uśmiech jutrzenki barwił je różowo na wschodzie, zaś na zachodzie przesycał błękitne fale ciemnym fioletem.

W przemglonych jeszcze szuwarach słychać było tajemniczy głos bąka. Gdzieś w górze w miarowych odstępach odzywał się dudniący odzew bekasa, a śniące we mgle oczerety pełne były gwaru kaczych zalotów.

Był to czas radosny dla myśliwych, gdy barwne kaczory w godowych szatach, strojnych w szafiry i szmaragdy, na bezmiernych topielach wezbranej rzeki uganiały się szybkim lotem, gnane tęsknotą do kwaczących kochanek. Był to czas polowania z „krekuchą”, oswojoną dziką kaczką, która z dalekich trzcin i szuwarów wzywa namiętnym głosem spragnione pieszczoty kaczory na miłość i na śmierć…

W zaroślach złotej kwitnącej wikliny z ukrytej łodzi śledzi zaczajony myśliwiec „krekuchę”. Słyszy astry furkot skrzydeł nadlatujących do niej kochanków, a gdy nad gęstwą łozy, jak barwny kwiat, szumnie zabłyśnie nadlatujący kaczor – strzał bucha i lśniący ptak pada kamieniem na wodę, lub… Przyśpieszonym lotem oddala się od zdradliwej kochanki…

Na takie gody myśliwskie zabrał nas Wacław Malczewski, aż hen za Łuniniec i Łachwę, do Kożangródka, na wiosenne rozlewy Prypeci. W Kożangródku miał nas oczekiwać pan W., miejscowy myśliwy, właściciel sześciu „krekuch”. Niestety, depesza, którą do niego tydzień przedtem wysłał z Warszawy Wacław Malczewski, nie doszła. To też pan W. zamiast czekać na nas, korzystając z pięknej pogody, wyjechał na Prypeć, a co gorsza, zabrał ze sobą wszystkie swoje nieocenione „krekuszki”.

– Szukaj wiatru w polu! Były to słowa, które nam wszystkim przyszły na usta. Lecz określenie to nie było ścisłe. Znaleźć bowiem wiatr w polu jest rzeczą niewątpliwie o wiele łatwiejszą, niż znaleźć samotnego myśliwca zagubionego wśród bezbrzeżnych przestrzeni rozlanej rzeki, podobnej do wezbranego morza, pełnej ostrowów i zarośli, zatok i jeziorek, ukrytych za złotą ścianą trzcin i za gąszczem wikliny.

Lecz myśliwi nie tracą nigdy nadziei, a szczęśliwy zbieg okoliczności należy do grona ich najserdeczniejszych przyjaciół. To też nie tracąc czasu na rozpacz i biadanie, wynajęliśmy pięć łodzi i pięciu przewoźników, tylu bowiem było strzelców, i wieczorem jeszcze wyruszyliśmy na poszukiwania.

W tej chwili rozległ się daleki strzał, przetoczył się gromkim echem od brzegu do brzegu. Echo rosło i przewalało, się po wodzie, aż umilkło gdzieś we mgłach, ulatujących ku błękitom…

Przewoźnicy znali rzekę wyśmienicie, znali każdą wysepkę i każde jeziorko najbardziej utajone, znali pozatem pana W. i domyślali się miejsc, w których należało go szukać o poranku. Sądziliśmy wreszcie, iż o świcie rozlegną się strzały poszukiwanego przez nas myśliwca, ku którym z łatwością będziemy mogli skierować nasze łodzie.

Ruszyliśmy więc odważnie w ciemność nocy, w gwiezdny mrok śpiącej rzeki, której wezbrane wody otoczyły nas dookoła swoją ciszą dostojną, mąconą jedynie miarowym pluskiem wioseł…

Jak widma płynęły łodzie… Czasem mignął ognik zapalanego papierosa, złotą iskrą rozświetlał ciemność, która po jego zgaśnięciu stawała się jeszcze większą. Z przed łodzi rwały się w mroku niewidzialne kaczki z głośnem, przerażonem kwakaniem, z ostrym furkotem skrzydeł i zapadały nieopodal na wodę, jak rzucone z góry kamienie.

Mijała je łódź nasza, jak duch i wsiąkała w ciemność… Zmęczony po nieprzespanej nocy, wyciągnąłem się na dnie czółna, na miękkiem sianie. Leżałem cicho, z twarzą zwróconą ku błękitom. Nade mną – czarne niebo roziskrzone zimnem światłem ‘gwiazd. Koło mnie – czarna woda, jak niebo bezbrzeżna i jak niebo ognikami gwiazd migocąca…

Przymknąłem oczy… A gdy je otworzyłem, otaczało mig już gwiezdne niebo ze wszystkich stron… Srebrna łódź rozpuściła się w srebrnej ciemności… Niebo rzeka zlały się w ciemny, gwiezdny bezmiar… Plusk wioseł kołysał do marzeń… Przymknąłem oczy raz jeszcze i usnąłem…

Gdy się zbudziłem, świt począł już zapalać pierwsze nieśmiałe blaski na śpiącej rzece. Łódź moja cicho sunęła po zbudzonej fali, zostawiając za sobą świetlaną bruzdę, a mgła poranna przesłoniła inne łodzie, do białych zjawisk podobne. W tej mgle wkrótce poczęliśmy wzajemnie tracić się z oczu. Biały tuman wstawał z wód. Gąszcze oczeretów stawały się widmowe. Spowite mgłą ostrówki rozpływały się w mlecznym obłoku – nierealne, jak senne zjawiska…

I oto pierwszy promień słońca, jak złota strzała, uderzył w potworne cielsko mgieł. Poczęło ono drgać, wznosić białe kłęby, bałwanić się i dygotać w przedśmiertnych konwulsjach konania. A zwycięskie słońce ukazało się na widnokręgu za gęstym oparem jeszcze, podobne do olbrzymiego, krwawego księżyca. Lecz mgły wznosiły się coraz bardziej ku górze. Czerwony księżyc promieniał coraz ogniściej. Snopy światła przepalały mleczny opar… Fiolet i purpura rozpalać poczęły rzekę ogniem poranku…

W tej chwili rozległ się daleki strzał, przetoczył się gromkim echem od brzegu do brzegu. Echo rosło i przewalało, się po wodzie, aż umilkło gdzieś we mgłach, ulatujących ku błękitom… Nadzieja wstąpiła w nasze serca, lecz strzał odległy napełnił całą rzekę, a. trudno było dojść, skąd pochodził… Popłynęliśmy jednak w przypuszczalnym jego kierunku. Wkrótce dwa, jeden po drugim następujące strzały, tym razem bliskie, upewniły nas, że płyniemy dobrze.

Po zebraniu trofeów – posililiśmy się we trójkę, poczem „krekucha” zapadła w słodki sen, my zaś ruszyliśmy na rzekę napawać się jej wiosennym czarem.

Myśliwy znajdował: się za ostrówkiem, ku któremu zmierzała nasza łódź. Jakoż wkrótce ujrzeliśmy go, jak szukał czegoś śród wodorostów – zapewne znaleźć pragnął ubitego ptaka. Niestety – był to jeden z naszych towarzyszy.

Znów zagrzmiał strzał stłumiony odległością. Ruszyliśmy dwoma łodziami w jego stronę, a słysząc w drodze kilka jeszcze coraz bliższych wystrzałów, pochodzących z tego samego miejsca,, nabraliśmy przekonania, że tym razem zmierzamy ku panu W. szczęśliwemu posiadaczowi „krekuch”.

I nie omyliły nas przypuszczenia. Pan W. wyjechał z zarośli, w których ukrył swą łódź podczas, polowania, i zbierał rozrzuconą po wodzie zdobycz, unoszoną dość szybko przez bystry prąd rzeki. Zobaczywszy nas i dowiedziawszy się kim jesteśmy, pan W., szczerze się ucieszył, a jednocześnie zmartwił z powodu nienadejścia depeszy.

„Krekuchę” – niestety – posiadał ze sobą tylko, jedną. Reszta kaczek (w ilości pięciu) znajdowała się tak daleko, że nie było nawet mowy o dostarczeniu ich myśliwym na dzisiejszy poranek, Wkrótce z poza trzcin wysunęły się kolejno łodzie naszych. pozostałych towarzyszy.

Po ich przybyciu odbyliśmy wszyscy. krótką naradę wojenną. Jasne było tylko jedno, iż dzisiejszy poranek był już dla czterech z nas, pod względem myśliwskim, prawie stracony.

Postanowiliśmy przedewszystkiem ciągnąć losy, kto zapoluje z jedyną, będącą do naszego rozporządzenia „krekuchą”. Pan W. udał się tymczasem po pozostałe kaczki, by nam nazajutrz umożliwić zapolowanie z niemi od samego rana. Szczęśliwym wybrańcem losu okazał się inż. Kossowski. Pozostali zaś myśliwi rozjechali się po rzece strzelać do kaczorów z podrywu.

Na wodzie wiosennej i wiosennie radosnej płyniemy w dal uśmiechniętą. Łódź nasza przebija złotą ścianę trzcin i przenika do utajonych jeziorek w gęstwinie. Siedzę na przedzie czółna, wioślarz mój stoi z tyłu – na kolanach mam nabitą broń, gotową do strzału – torba leży w dziobie łódki…

Dwie cyraneczki ozdobne śmigają błyskawicowym lotem ponad morzem trzcin. Dążą ku nam, Mierzę do drugiej, która jest niewątpliwie kaczorkiem. Pada strzał i cyraneczka spada w wodę, jak gdyby piersią uderzyła o niewidzialną zaporę. Wbijamy łódź w gąszcze…

Przewoźnik mój zagłębia się, brnąc po kolana w wodzie i wraca bez kaczki. Wchodzę w wodę – pamiętam wyniosły krzew łozy, gdzie upadała cyraneczka. Znajduję ją wkrótce, błyszczącą białym aksamitem brzuszka na czarnej wodzie, Oglądam z lubością jej strój godowy, złotą zielenią błyszczący, diamentami wody operlony… Poczem ruszamy dalej.

Nic tak nie zbliża ludzkich serc, jak polowanie w dobranej kompanji. A że wszystkie serca biją w rytm przyrody – biją więc wszystkie zgodnym rytmem…

Pod wieczór wszyscy spotkaliśmy się w kureniu. Pan W. przywiózł swoje „krekuchy”, z kłóremi nazajutrz rano mieliśmy wyruszyć na upragnione łowy. Kureń znajdował się na małej wyspie, kilka kroków wzdłuż i wszerz liczącej. Był on schroniskiem dla rybaków i myśliwców w czasie zimnej nocy lub szalejącej burzy, Sklecony z okopconych belek, w środku miał palenisko, z którego dym przesycał wnętrze duszącym czadem. Dym ów wydostawać się mógł na zewnątrz jedynie przez małe drzwiczki, które były szczelnie zamykane, żeby przez nie ciepło nie uciekało.

Kureń pełen był tedy gęstego, gryzącego dymu, Nie był to ów pachnący dym smolny ognisk leśnych, lecz przykry czad, który oczy napełniał łzami, a piersi pobudzał do kaszlu. Przy ogniu siedziało dwóch rybaków. Za chwilę mieli ruszyć na nocny połów ryb z ością i łuczywem. Gdyśmy przysiedli na ziemi – dyni stał się mniej dokuczliwym, Widocznie górne warstwy głównie były przesiąknięte jego żrącym obłokiem. A może powoli zaczęliśmy przyzwyczajać się do tej duszącej woni, w której wędziliśmy się za życia? Zagotowaliśmy wodę na herbatę, wyjęli zakąski z plecaków, i rozpoczęła się uczta wesoła mimo ciasnoty „lokalu”.

Podczas tej uczty suszyliśmy przemoczone obuwie, parujące pod wpływem ciepła ogniska. Abstynencja jest rzeczą chwalebną na polowaniu. Na polowaniu jednak, gdzie myśliwy przesiąka wilgocią i chłodem – konieczną jest podwójna abstynencja. Podwójną abstynencją nazywam abstynencję od abstynencji. Zastosowanie tego w praktyce wybornie wpłynęło na polepszenie naszych humorów, które i tak nie pozostawiały wiele do życzenia.

Humor na polowaniu! Cała radość staropolska jest w jego niefrasobliwej pogodzie. Wesoły towarzysz łowów – to skarb. Rozmowa z nim to rozkosz, równa łowieckiej rozkoszy. Przesuwają się przygody minione – przygody dobre i złe – opromienione dowcipem, jak słońcem.

Humor na polowaniu tryska bujną kaskadą żartów, szydzi i chłosta, drwi wesoło, śmieje się i przedrzeźnia, ale jakoś tak serdecznie i tak dobrodusznie, że śmieje się nawet ten, kogo wyśmiewają. Ten zaś jedynie jest prawdziwie śmieszny, kto się nie śmieje, lecz obraża.

Rubaszny jest czasem ten humor myśliwski, ale nie zgryźliwy, bezlitosny nieraz dla niefortunnego strzelca ale nie jadowity.

Nic tak nie zbliża ludzkich serc, jak polowanie w dobranej kompanji. A że wszystkie serca biją w rytm przyrody – biją więc wszystkie zgodnym rytmem…

Polowaliśmy w dobranej kompanji. To też wesoło było w samotnym kureniu na maleńkiej wysepce, zagubionej śród bezmiarów wielkiej rzeki.

Po skończonej wieczerzy i po wyruszeniu rybaków na Prypeć wyciągnęliśmy się przy dogasającem ognisku, tlącem jeszcze różowym odblaskiem popiołu i próbowaliśmy spać… Lecz zaledwie sen począł nas, jak to mówią „brać w swoje objęcia”, w zadymionym kureniu zaczęły się dziać rzeczy straszne.

Ogień zagasi zupełnie i wnętrze pogrążyło się w mrok. W ciemności zaś jakieś tajemnicze istoty poczęły harce. Plecak, leżący w moich nogach, poruszył się gwałtownie. Płaszcz, którym byłem przykryty, stał się terenem jakiejś zawrotnej gonitwy. Gdy zaś tańce nocnych istot doszły już do mojej głowy – zapaliłem nagle latarkę elektryczną, przy której jaskrawem świetle ujrzałem wielkiego wodnego szczura, wpatrującego się we mnie czarnemi przerażonemi ślepkami.

Inne szczury – one to bowiem ‘wyprawiały po nas harce – w popłochu schroniły się do nory, która znajdowała się w rogu kurenia i prowadziła zapewne do wody. Za niemi pomknął również ich towarzysz, znajdujący się koło mojej głowy. Skoro tylko zgasiłem latarkę i przewróciwszy się na drugi bok usiłowałem zasnąć, harce rozpoczęły się na nowo ze zdwojoną zaciekłością.

Miałem wrażenie, że szczury ze specjalnem zamiłowaniem obrały sobie moje Bogu ducha winne ciało jako teren wyścigowy. Okryłem się płaszczem i wyszedłem na dwór z zamiarem spędzenia nocy na łodzi. Owionęła mnie przenikliwa wilgoć i usłyszałem szum padającego deszczu…

Niebo zaciągnięte było szaremi chmurami, a chłodna, dżdżysta noc smutnie wróżyła o powodzeniu myśliwskiemu nadchodzącego poranku. Wróciłem do kurenia i z rezygnacją wyciągnąłem się na ziemi…

Szczury rozpoczęły swój taniec… Lecz nagle przyszedł sukurs niespodziewany zbawca, o jakiem nie marzyłem nawet, i to w chwili, gdy wszelka opuściła mnie już nadzieja. Kochany pan Wacław zaczął chrapać…

Po pierwszem jego chrapnięciu szczury zdrętwiały… Po drugiem w szalonym popłochu schroniły się w swojej dziurze, by już nie wyjrzeć z niej aż do końca naszego pobytu…

Nigdy jeszcze na odległej wysepce zagubionej śród olbrzymich wód Prypeci nie słyszały zapewne podobnego koncertu… A pan Wacław chrapał… W chrapaniu tem była cała poezja myśliwskiego żywota… Było w nim stękanie łosia… i zew króla gór – jelenia, i mruczenie wspaniałego niedźwiedzia – puszcz mocarza i głos trąby myśliwskiej, ogłaszającej triumfy łowieckie polom i kniejom…

To też pod wpływem tego głosu poczęliśmy marzyć, sen nas utulił rozkosznie, a śniliśmy najczarowniejsze przygody, w których łosie, jelenie, niedźwiedzie i trąby odzywały się naprzemian…

Gdy się zbudziłem – albowiem nawet z najrozkoszniejszych snów budzić się trzeba – czas już był ruszać na stanowisko. Deszcz przestał padać… Ostatnie chmurki, lekkim wietrzykiem pędzone, pierzchały na zachód, odsłaniając niebo, na którem blednąć już poczęły gwiazdy.

Łódź nasza przebija złotą ścianę trzcin i przenika do utajonych jeziorek w gęstwinie. Siedzę na przedzie czółna, wioślarz mój stoi z tyłu – na kolanach mam nabitą broń, gotową do strzału…

Przewoźnicy otrzymali rozkazy od pana W., gdzie mają się udać i łodzie szybko pomknęły ku wyznaczonym na zasadzkę miejscom. „Krekucha” nasza siedziała w milczeniu za mną na sianie. I znowu tak, jak nocy ubiegłej, płoszyliśmy po drodze niezliczone ilości kaczek…

Szum skrzydeł, głośne kwakanie i plusk siadających na wodzie ptaków – towarzyszyły nam bez ustanku. Dojechaliśmy wreszcie do celu naszej wędrówki. Wasyl – tak bowiem zwał się mój przewoźnik – puścił „krekuchę” na wodę, wbił ostrożnie palik w dno rzeczne, płytkie w tym miejscu, następnie zaś silnym uderzeniem wiosła wepchnął Łódź w zbitą gęstwinę łozy.

Nożem myśliwskim wyciąłem gałęzie, które mogłyby mi zawadzać w strzale do nadlatujących kaczorów. Strzelać zamierzałem przedewszysłkiem na niebie, gdyż strzał taki jest o wiele milszy od strzału na wodzie, poza tem zaś bezpieczniejszy dla „krekuchy”, której strzelanie kaczorów na wodzie grozić może nieraz rykoszetami.

Po wycięciu jednak gałęzi nade mną na prawo i na lewo zrobiłem również „okno” przed sobą, ażebym dobrze mógł widzieć ,,krekuchę” i jej zachowanie, oraz abyśmy z Wasylem nie tracili z oczu spadających zabitych i postrzelonych kaczorów.

Tymczasem Wasyl przyłożył do ust wabik, kwaknął namiętnie i zamilkł. „Krekucha”, znalazłszy się na wodzie, kilkakrotnie dała nurka, otrząsnęła się z lubością, a następnie, ku naszej wielkiej radości, poczęła kwakać rozgłośnie.

Świt już zapanował wszechwładnie nad budzącą się z nocnych cieniów rzeką i począł płynnym złotem przesycać różaność jej cichych wód. Z dalekich trzcin doleciał miłosny odzew kaczora. I zaczął się dwugłos czarowny, muzyka rozkoszna dla myśliwskiego ucha, duet pełen żądzy i kochania pomiędzy naszą szarą „krekuchą”, a jej barwnym kochankiem o głowie skrzącej dumnie zielenią i złotem. Ostry świst lotu. Warczenie skrzydeł, pęd hamujących… Ponad łozami ukazuje się namiętny kochanek… Strzał bucha z zaczajonej łodzi. Ptak spada w kępę wikliny i zostaje na wodzie bez ruchu.

Wasyl chwali mój strzał i poczyna „czyrykać” głosem kaczora-cyranki. Robi to wybornie. Wkrótce też rozlega się namiętne „czyrykanie” i cyranka szybkim lotem zbliża się ku naszej łodzi.

Szykuję broń do strzału… Lecz czujny i baczny na wszystko ptak zoczył widocznie zasadzkę. ostry świst skrzydeł – oddała się i ginie. Niezrażony Wasyl „czyryka”, „krekucha” drze się jak opętana, a ja — czekam. Znów świst lotu… Dwie cyranki krążą nad wodą mieniącą, się fioletem i różowemi ogniami słońca…

Oba kaczorki… Padają z pluskiem na rzekę tuż koło mnie… Krzak je prze słania. Widzę wreszcie, jak płyną ku „krekusze”, nieufne jeszcze, oczekujące możliwego niebezpieczeństwa i bacznie śledzące podejrzaną gęstwinę…

Wasyl daje mi rozpaczliwe znaki, bym strzelał.

– Dobrze – odpowiadam, chcąc spłoszyć kaczorki i w ten sposób umożliwić sobie strzał. Zrywają się, a ja szczęśliwym dubletem zabijam oba. Wasyl, który mi odradzał strzelania „na letu”, nabiera dla mnie respektu. Nie zawsze jednak szło mi tak pomyślnie: nieraz kaczka siadała na wodę w nie widocznym dla mnie miejscu, a gdym szukał jej wzrokiem – zrywała się za krzakami i oddalała bez strzału, przesłonięta gęstemi kępami trzciny i łozy.

To znów śmigła cyranka zniżała lot błyskawiczny nad samą moją głową i powitana szybkim strzałem ulatywała zdrowo, rozmyślając o zdradliwości serca wabiącej zalotnicy. Na ogół jednak strzelałem dobrze, to też po wodzie pływały zastrzelone kaczki lekko kołysane spokojną falą, podobne do białoszarych barwnie znaczonych plam…

– Pora zmienić miejsce – rzekł Wasyl i wziąwszy do ręki wiosło, wypchnął łódź na wodę tak, jak ją poprzednio wepchnął do gęstwiny. Następnie pozbierał kaczki, ułożył je w dziobie łodzi, wyjął z dna rzeki palik, do którego była przywiązana „krekucha”, wsadził ją do czółna, poczem ruszyliśmy na nowe przygody.

Na polowaniu, gdzie myśliwy przesiąka wilgocią i chłodem – konieczną jest podwójna abstynencja, czyli abstynencja od abstynencji. Zastosowanie tego w praktyce wybornie wpływa na polepszenie humoru.

Tym razem łódź znalazła się wśród wiklin tak gęstych, iż z wielkim trudem udało nam się przeciąć małe „okienka” na wodę. Miejsce jednak było świetnie wybrane. Po chwili wabienia na okrzyk miłosny naszej poczciwej „krekuchy” odpowiedziały ze wszystkich stron namiętne wołania kaczorów. Jeden z nich odezwał się gdzieś w zwartej gęstwinie – za naszą łodzią.

Kwacząc rozgłośnie, począł przedzierać się ku nam i płynąć poprzez splątane zarośla po czarnej wodzie. Ciemno było pod sklepieniem krzewów wodnych. Jeno zielona, lśniąca głowa od czasu do czasu migała w tej ciemności, oświetlona promieniem słońca, zabłąkanym śród trzcin…

Pochylił się na bok stojący za mną Wasyl strzeliłem za siebie… Znikła świecąca głowa… Po chwili zaś kaczor wypłynął, niesiony ku nam rozkołysaną falą, nieżywy. Po moim strzale z oczeretów porwało się z chlupotem i szumem parę kaczorów,.. Lecz jeszcze echo nie umilkło, a już nowi lotni kochankowie powietrzem i wodą poczęli przybywać do rozwrzeszczanej zalotnicy.

„Krekucha” wpadła w istny szał. Darła się jak opętana. Kaczory nadlatywały zewsząd. Strzały rozlegały się bezustannie, przewalając się od szuwaru do szuwaru, od rozlewu do rozlewu. Zabite ptaki uderzały o falę, wzbijając swoim upadkiem srebrne wodotryski i unosiły się na niej lekko rozkołysane…

Przylatywały wielkie kaczory-krzyżówki o głowach ciemno-zielonych, o skrzydłach strojnych w błękit i fiolety, rozpalone żądzą namiętną, baczne jednak na niebezpieczeństwo nawet w chwili najgorętszego pożądania. Przybywały kaczorki-cyranki szybkimi nieuchwytnym lotem, zdobne w popielate ł zielone suknie godowe. Przybywały podgorzałki rudo-szare i najpiękniejsze ze wszystkich cyraneczki ozdobne, podobne do klejnotów złotozielonych.

„Krekucha” wpadła w istny szał. Darła się jak opętana. Kaczory nadlatywały zewsząd. Strzały rozlegały się bezustannie…

Rozgrzała się broń, rozgrzało się serce myśliwskie od strzelania. Wasyl zacierał ręce z zadowolenia. Ja i „krekucha” byliśmy również w wybornych humorach. Po zebraniu trofeów – posililiśmy się we trójkę, poczem „krekucha” zapadła w słodki sen, my zaś ruszyliśmy na rzekę napawać się jej wiosennym czarem.

Słońce wysoko już wzniesione na niebie, złote i promienne, uśmiechało się do błękitnej wody, a wielka rzeka uśmiechała się do słońca… Napęczniałe pąki kaczeńców promiennie jaśnieją z pod fali, Jeden poranek rozzłocił ich zieleń, kwiecąc niebieskie głębiny tysiącem gwiazd podwodnych.

Prypeć w milczeniu toczyła nagrzane fale pod ciepłą pieszczotą słońca… Opar gęsty przesłaniał daleki horyzont szarym dymem… Nagle powiew z zachodu zakołysał łozami, zaszeleściał w kępach trzcin… Zdziwiła się fala pierzchliwa, miłością słońca złudzona, a na niebie opar rosnąć począł i przybrał kształt ciemnego obłoku.

– Do kurenia pojedziem, panoczku – rzekł Wasyl burza idzie… I pomknął w stronę wyspy dalekiej, na której miał się znajdować kureń – miejsce naszego spotkania po ukończonem polowaniu, a zarazem miejsce naszego noclegu. Burza tymczasem nadchodziła. Czarne chmury, coraz czarniejsze w złowrogim blasku słońca, pędziły ku nam jak olbrzymie, potworne ptaki, Zerwał się wiatr groźny, rzucił nam w twarz gniewną falę, dopadł rzeki i począł hulać po niej jak opętany…

Szybka błyskawica rozświetliła na chwilę ciemną chmurę. Rozległ się huk gromu. Zdało się, iż zagniewane bóstwo rzeki rozpoczyna teraz swe złowrogie łowy, bóstwo gniewne na myśliwców, którzy zamącili strzałami błękitny spokój jego dziedziny… Zbałwanił się odmęt. Pioruny bić poczęły. Rozwarło się niebo pełne grozy, i lunął deszcz smagającą, siekącą ulewą, a potem wodospadem olbrzymim z nieba walącym, strumieniem z chmur spadającym, topielą…

Łódź nasza napełniać zaczęła woda — ze wszystkich stron. Przeraził się przewodnik. Lecz św. Hubert nie opuścił swoich wiernych sług: ujrzeliśmy wyspę zamgloną, między jedną ulewą a drugą, w przebłysku krótkiej chwili. Widok ten zdwoił siły Wasyla. Dojechaliśmy też wkrótce do ostrówka, na którym był kureń.

Był, gdyż ubiegłej nocy spłonął. Pozostała po nim garść popiołu i czad spalenizny… Dymy stłumił dopiero deszcz… Na wyspie nie było nikogo z naszych towarzyszy, Nie wiedzieliśmy, czy przyjechali wcześniej, a zobaczywszy, co się stało, gdzie indziej pojechali na nocleg? Czy może nie przybyli jeszcze i nie wiedzą o niczem?

Przemoknięci i zziębnięci do szpiku kości czekamy, aż deszcz się uspokoi…

Lecz deszcz padał bezustanku, Minęła wprawdzie szybko wiosenna burza, uspokoiła się rzeka gniewna, umilkły gromy — ale nie rozjaśniło się już zasępione niebo, Zbliżał się wieczór. Nocleg na pustej wysepce, bez osłony nad głową, bez możności rozgrzania się i osuszenia, — pod smagającym deszczem i dojmującym, chłodem, nie należał do rozkoszy.

Zwłaszcza nocleg tego rodzaju przykry był w zupełnej samotności. To też postanowiliśmy przedewszystkiem odszukać naszych towarzyszów podróży, a że wielka rzeka uspokoiła się niemal zupełnie – ruszyliśmy więc bez zwłoki na poszukiwania. Jakoż nie trwały one długo. Rozległy się wkrótce strzały, z jednego miejsca pochodzące. Tam. Wasyl skierował łódź…

Po drodze spotkałem paru naszych myśliwych, dążących w tym samym kierunku. Wkrótce dojechaliśmy do wyspy. Na wyspie oczekiwali nas pozostali towarzysze. Deszcz ciągle padał.

Krótka narada, co robić? Nie mieliśmy co prawda pod tym względem wielkiego wyboru. Wszyscy oświadczyli bowiem, że należałoby się ogrzać i osuszyć. Zgodzili się jednak z rozbrajającą jednomyślnością, że jest to niemożebne. Po ulewnym deszczu niemożebne było nawet rozpalenie ogniska na wilgotnej wysepce. Pozostawały zatem dwie rzeczy do wyboru: albo nocować’ w mokrych łodziach na deszczu i zimnie i o świcie ruszyć z powrotem, albo też niezwłocznie wyruszyć w drogę i przybyć rano do Kożangródka. Zgodnie wybraliśmy drugi z powyższych projektów.

Łodzie pomknęły też niebawem w powrotną dal, mgłą przesiąkniętą, szarą i beznadziejną… Lecz deszcz przestał padać i nadchodzący zmierzch roztoczył nad naszą wędrówką swoje czarne zasłony. Prypeć jednak nie spała, a oczerety jej rozbrzmiewały tysiącem szelestów tajemniczych, szeptów i nawoływań, świstów i poświstów – głosów nocy, rzeki i wiosny…

Wracamy z rozkosznej podróży w blasku zbudzonego poranka…

Po burzy, po przemoknięciu i z ziębnięciu na rozhukanej Prypeci, która zdała się żywiołem gniewu – żegna nas rajska rzeka uśmiechem słońca tak zalotnym, jakby nas skusić i oczarować chciała…

Oczarowała nas ta czarodziejka poleska i rozmiłowała w sobie bez granic, a nasze tęskne wspomnienia długo jeszcze wracać będą do modrych topieli, nad którymi brzmi dzikich kaczorów miłosny zew o poranku…

Włodzimierz Korsak, Julian Ejsmond oraz Bolesław Świętorzecki przy wiosennym pokocie.

Galeria zdjęć

Więcej artykułów