PRZYPINKI DLA LUDZI NATURY

Fundusze pozyskane ze sprzedaży wspierają nasze projekty związane z ochroną przyrody i ratowaniem zagrożonych gatunków!

Fot Shutterstock
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Share on tumblr
Share on email
Share on print

Debata o łowiectwie

Redaktor Jurszo w „Gazecie Wyborczej” publikuje cykl antyłowieckich wywiadów z osobami, które nie mają zielonego pojęcia o polowaniu.

Ogólnopolski dziennik zatrudnił redaktora Jurszo, ponieważ pisze kontrowersyjne teksty na temat ochrony bioróżnorodności i „praw” zwierząt. Myśliwi występują u niego zawsze jako chłopcy do bicia, co wywołuje silne emocje.

Najmocniejsze u przeciwników zabijania zwierząt. To nieliczna, ale bardzo aktywna grupa. Każdy „łowiecki” temat udostępnią, a nawet komentują, co wywołuje reakcję myśliwych i nakręca sprzedaż!

Profesor z Białowieży

Redaktor Jurszo „zawsze” współpracował z weganami, dla których „mordowanie” zwierząt było największą „zbrodnią”. Był bardzo aktywny w czasie, kiedy Jarosław Kaczyński dewastował ustawę łowiecką. Bił brawo, kiedy prezes ogłosił „piątkę dla zwierząt” i rwał szaty, kiedy pomysł Kaczyńskiego upadł.

Teraz przeszedł do „Gazety Wyborczej” i razem z Adamem Wajrakiem będzie nakręcał negatywne emocje przeciwko leśnikom i myśliwym. Na pierwszy ogień poszedł wywiad z Zenonem Kruczyńskim – wegańskim guru, a dla „równowagi” zamieścił rozmowę z dyrektorem warszawskiego ZOO Andrzejem Kruszewiczem.

Zenon Kruczyński od dłuższego czasu jest wycofany. Można nawet powiedzieć, że znikł z mediów. Robert Jurszo „odkopał” jednak największego przeciwnika łowiectwa, ale pan Zenon „powtórzył” znane od wielu lat bajki, którymi „karmi” wegan. Czytając, miałem dziwne wrażenie, że ktoś skopiował jego stare wypowiedzi…

Natomiast dyrektor warszawskiego ZOO, który miesiąc temu w „Łowcu Polskim” pozował ze sztucerem i wypowiadał się jako myśliwy, w „Gazecie Wyborczej” prezentuje się jako sympatyk łowiectwa. Nie rozumiem ludzi, którzy mają problem z jasnym stanowiskiem, ale nie będę się „znęcał” nad dyrektorem, ponieważ…

W zeszłym tygodniu pan Jurszo zaprosił do rozmowy prof. Rafała Kowalczyka – dyrektora Instytutu Biologii Ssaków PAN w Białowieży, który też kiedyś „polował”, ale nie miał wystarczająco dużo środków, aby się zapisać do koła…

Myśliwy bez wykształcenia

Wywiad z panem profesorem jest prawdziwą perełką. Można się śmiać prawie z każdego zdania, dlatego wybiorę tylko najsmaczniejsze kąski. Proszę się mocno trzymać!

Profesor dostrzega „rozziew” między naukową wiedzą, a praktyką łowiecką w Polsce. „Polskie łowiectwo ma dość niski poziom merytoryczny. W pierwszej kolejności mam na myśli samych myśliwych, którzy najczęściej nie legitymują się wykształceniem przyrodniczym.”

No prawie spadłem z fotela! Czyżby zdaniem pana profesora, aby zapolować na kaczki łowca ma skończyć wyższe studia przyrodnicze? Pewnie wszyscy zastanawiają się teraz dlaczego mamy mieć tak wysokie kompetencje…

„Często ich jedyny kontakt z wiedzą przyrodniczą ma miejsce na kursie łowiectwa, a potem już tej wiedzy nie pogłębiają. Nie śledzą wyników badań naukowych, nie przykładają wagi do rozumienia mechanizmów funkcjonowania populacji zwierząt, co ma podstawowe znaczenie dla zarządzania zasobami przyrody.”

Przecieram oczy, bo przecież każdy myśliwy z wielkim zainteresowaniem czyta i ogląda każdą ciekawostkę przyrodniczą. Kolejne zdanie jednak wszystko tłumaczy…

„Ale problem jest również w tym, że w Polsce prawie nie mamy ekologów łowieckich, którzy zajmowaliby się badaniami dotyczącymi populacji gatunków łownych i przekazywali tę wiedzę myśliwym. Tak dzieje się w wielu krajach, które miałem okazję odwiedzić, jak Republika Południowej Afryki czy Skandynawia. Tam badania naukowe są podstawą zarządzania populacjami dzikich zwierząt.”

Byłem pracownikiem Polskiego Związku Łowieckiego prawie 20 lat i poznałem wielu naszych naukowców. Wszyscy ubolewają, że związek nie finansuje badań. Jednak najbardziej cierpią, że nie chcemy płacić honorariów za ich opinie!

Stagnacja modelu

Można odnieść wrażenie, że przez lata narosła niechęć PZŁ do naukowców, ale to wiosek fałszywy. Choć trzeba przyznać, że tezy i opinie naszego rodzimego środowiska naukowego w dużej mierze nie znajdywały potwierdzenia w badaniach realizowanych w Europie. Oczywiście nasz świat nauki tych badań nie kwestionuje, ale twierdzi, że należy je zweryfikować w Polsce. Dlatego na przykład nie strzelamy w Polsce do srok, bo – choć w całej Europie kontroluje się ich liczebność – bez rodzimych badań zdaniem naszych biologów nie możemy stwierdzić, że zagrażają one krajowej populacji kuropatw…

Świat biologów w większości nie związany jest z myśliwymi i dlatego musimy nieustanie odpierać ich zarzuty o „stagnacji” łowiectwa, co jest wierutną bzdurą, aby to udowodnić musimy się cofnąć na chwilę do 1945 roku.

Po drugiej wojnie światowej nasze łowiska świeciły pustkami. To czego nie powystrzelali Niemcy, zjadła Armia Czerwona. Ograniczając wielkie kłusownictwo – które po wojnie wynikało z biedy i głodu – odbudowaliśmy populację zwierzyny drobnej. Wystarczyło tylko 20 lat, by po naszych polach kicały zające i latały stadka kuropatw.

Strzelaliśmy, ale również odławialiśmy. Żywe zające były hitem eksportowym. Zachodnia Europa płaciła za nasze szaraki twardą walutą. Kronika Filmowa kręciła reportaże, a do sklepów „Jedności Łowieckiej” trafiała ekskluzywna broń z Niemieckiej Republiki Demokratycznej.

Jak to możliwe, że myśliwym w gumofilcach – bez przyrodniczego wykształceniem – udało się tak szybko odbudować stany zwierzyny drobnej? Mieliśmy idealne środowisko, więc myśliwi ograniczali kłusownictwo, zdejmowali wnyki, strzelali do drapieżników, psów oraz kotów i zwierzyna się odbudowała. W tamtych czasach nie potrzebne były badania, bo nasze działania przynosiły wymierne efekty.

Wielkołanowa gospodarka

Francuzi i Włosi wsiedlali nasze szaraki bez większych sukcesów. Niestety do nas w końcu też przyszła „kapitalistyczna” zaraza, którą były środki ochrony roślin. To one sukcesywnie niszczyły populację zająca i kuropatwy. W latach 90 dołożyliśmy szczepionkę na wściekliznę a na polach pojawiła się nieobecna wcześniej kukurydza.

W szybkim tempie znikały śródpolne remizy i miedze, a razem z nimi skowronki, czajki, derkacze, kuropatwy i szaraki. Pola opustoszały, ale w coraz większych łanach kukurydzy znalazły idealne warunki bytowania dziki i jelenie.

Przejście do kapitalizmu nie było łatwe zarówno dla związku jak i zwierzyny. Na pierwszy ogień poszły łosie – których nie lubili leśnicy – ale Pan profesor twierdzi, że to myśliwi je „wybili”. Tymczasem to Polski Związek Łowiecki, wykorzystując zmianę rządu, skutecznie złożył wniosek o moratorium.

Redaktor Jurszo i pan profesor Kowalczyk doskonale o tym wiedzą, ale nie pasuje to do ich tezy i moim zdaniem specjalnie tego nie dopowiadają. Wyliczając „grzechy” myśliwych, wskazują między innymi „dokarmianie”, które ich zdaniem jest powodem „eksplozji” liczebności dzików.

Pełna zgoda, że wykładanie nienaturalnej karmy jest szkodliwe, ale jego skala nigdy nie miała większego znaczenia na stan zdrowotny saren i jeleni. Mamy liczną i zdrową populację. Czy zatem wykładanie karmy przez myśliwych miało wpływ na poziom populacji dzików? Nie znam badań, które dały potwierdzenie dla tej mocno kontrowersyjnej tezy profesora Kowalczyka.

Reforma łowiectwa

Profesor Kowalczyk i redaktor Jurszo sugerują, że myśliwi nie chcą reformy. Tymczasem my jej żądamy! Prezes Kaczyński zabrał nam samorządność i wprowadził do Polskiego Związku Łowieckiego komisarzy, a tego nigdy nie zaakceptujemy.

Mamy wiele pomysłów na temat rewitalizacji terenów bagiennych (co pozwoli odtworzyć siedliska wielu zagrożonych gatunków ptaków) czy zmian w rolnictwie (które mogą uratować cały ekosystem środowiska polnego). Wiemy jak bez konfliktów znieść moratorium dla łosia, ale również rozwiązać nabrzmiały problem wilków!

Profesor Kowalczyk twierdzi, że walczymy o nasze przywileje. Można tylko ubolewać, że człowiekowi z tytułem naukowym trzeba tłumaczyć, że zabieranie naszych dzieci na polowania to nie przywilej tylko konstytucyjne prawo!

Tak, nie akceptujemy ograniczania naszych praw i nie będzie zgody na wegańskie oraz „naukawe” pomysły, których prawdziwym celem jest zakazanie polowania. Moim zdaniem, pan profesor strasznie błądzi, twierdząc, że można przestać polować w dużych kompleksach leśnych. Proponuję poczytać, co się stało w słonecznej Italii z populacją dzików…

Duża liczba rezerwatów, gdzie nie wolno polować jest głównym powodem geometrycznego przyrostu i całkowitej utraty kontroli nad populacją dzików. Włosi doprowadzili do katastrofy i nie mają teraz żadnego pomysłu jak rozwiązać ten problem!

Idealny model

Zwolennicy komercjalizacji łowiectwa, jak i weganie, nie potrafią zrozumieć, że obecny system jest idealny dla przyrody, ale również dla polityków, którzy nie mają środków na wypłatę odszkodowań łowieckich. Nie myślę tutaj o niewielkiej kwocie, jaką dostają rolnicy, tylko o kosztach samego szacowania, które dziś społecznie wykonują myśliwi!

Przerzucając pełną odpowiedzialność w tej kwestii na Polski Związek Łowiecki, rząd ma czyste ręce i czyste sumienie, bo silny związek przyjmuje na siebie dodatkowo niewdzięczną rolę bufora przed zakusami leśników i rolników domagających się ogólnopolskiej redukcji „szkodników” żerujących na uprawach polnych i leśnych.

To kompromis, którego tak naprawdę nie akceptuje tylko niewielka grupa wegan. Na szczęście konserwatywne polskie społeczeństwo uważa ich za totalnych dziwaków. Trudno uwierzyć, że statystyczny Polak zrezygnuje z golonki i schabowego. Czy będzie popierać wegan w kwestii zakazu wycinki drzew, tworzenia kolejnych parków narodowych i wprowadzania stref wolnych od polowania? Bojownicy o prawa zwierząt widzą świat czarno-biały, zapominając o człowieku!

Oczywiście możemy wszystkie lasy przekształcić w rezerwaty, płacić horrendalne kwoty na odszkodowania i tolerować dzikie zwierzęta w miastach, ale na koniec ktoś będzie musiał za to wszystko zapłacić!

ZAPRASZAMY DO ZAKUPÓW

Galeria zdjęć

Więcej artykułów