PRZYPINKI DLA LUDZI NATURY

Fundusze pozyskane ze sprzedaży wspierają nasze projekty związane z ochroną przyrody i ratowaniem zagrożonych gatunków!

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Share on tumblr
Share on email
Share on print

Widłak jakich mało

Historia sarny w naszym polno-leśnym obwodzie ma dość osobliwy przebieg, ponieważ gdy zaczynałem polować prawie nikt w naszym kole nie traktował tego gatunku poważnie.

Utrwalony podział, że w Rudach, naszym leśnym łowisku, poluje się na grubą zwierzynę, a w Żorach to zając i pióro spowodował, że po ostatnich bażantach zainteresowanie tym łowiskiem spadało do zera i wzrastało dopiero wtedy, gdy zaczynał się sezon na kaczki.

A mieliśmy tam wtedy bardzo dobry stan rogaczy, były jelenie i przejściowy dzik. Sarny było nawet za dużo. Miała znakomite warunki rozwoju, a mała presja drapieżników i – nade wszystko – śladowy odstrzał sprawiał, że spotkanie jesienią czy w zimie rudli po pięćdziesiąt sztuk nie było żadną sensacją.

Plan odstrzału rzadko przekraczał kilkanaście sztuk i prawie nigdy nie był wykonywany, a w naszym kole na palcach jednej ręki można było policzyć myśliwych zainteresowanych rogaczem. Kozły można było strzelać niemal z zamkniętymi oczami, każdy prawie był selekcyjny!

Tusza była, oczywiście, niewielka i trofea słabiutkie, ale że koła nie płaciły od saren odszkodowań mało kto tym się przejmował. I tak utrwalał się wśród myśliwych nienormalny, w moim odczuciu, podział na dobre i samowystarczalne łowisko w Rudach i deficytowy, niezbyt atrakcyjny łowiecko obwód żorski, który Rudy muszą „utrzymywać”…

Gdy zostałem łowczym w tym obwodzie uznałem, że jedyna ekonomiczna baza dla rozwoju tego obwodu to właśnie sarna. Uzgodniłem zasady hodowli gatunku z niezwykle pozytywnie nastawionym do tego projektu nadleśniczym w Kobiórze i zacząłem, niestety, od redukcji stanu…

Nie lubię strzelać kóz i koźląt choć wiem, że trzeba to robić. Robiłem to jednak tylko dlatego, że rozumiałem potrzebę odstrzałów strukturalnych i chciałem uzyskać konkretny cel łowiecki i przy okazji, ekonomiczny.

Mój ojciec, w całym swoim długim żywocie myśliwego, nie strzelił nawet jednej kozy i zaliczył tylko jednego rogacza! W każdym razie, nie wchodząc w szczegóły realizacji tego zamierzenia, po pięciu, sześciu latach działań hodowlanych, w których właściwie jedynie Stefan i Michał pomagali mi jak mogli, doczekaliśmy się wzrostu jakości osobniczej na tyle, że zaczęły padać rogacze medalowe, a średnia waga tuszy wzrosła o ca 30 procent!

Konsekwentne działania spowodowały pojawienie się medalowych rogaczy!

Rygorystycznie wobec Kolegów, ale i siebie, stosowałem zasadę odstrzału w klasach wieku na długo, zanim zaczęły obowiązywać jako norma w PZŁ. A ma to w tej opowieści szczególne znaczenie.

Jedziemy ze Stefanem w objazd łowiska i chcemy ocenić, na ile to możliwe, strukturę wieku rogaczy na początku sezonu. Stefan ma już zaliczone dwa rogacze w starszych klasach i tylko jednego w I klasie wieku (kiedyś obowiązywały trzy klasy wieku również w przypadku sarny). Wracając już do jego domu, widzimy pod remizą dwa guzikarze, więc mówię mu, żeby wysiadł z samochodu, podszedł je i jednego strzelił.

–Ja objadę remizę od tyłu i zaczekam na Ciebie pod lasem

Stefan zabiera sztucer i wysiada z samochodu ruszając w podchód. Koziołki są w wysokiej trawie o 200, może 300 metrów od drogi. Odjeżdżam swoim maluchem i jadę dokoła lasku, wjeżdżam na drogę pod lasem i jeszcze dalej, aż do skrętu w pola, gdzie zatrzymuje się wśród firanki przydrożnych drzew.

Wychodzę z samochodu, przeciągam się, bo człowiek już na nogach od trzeciej rano, i rozglądam dookoła. Świeci piękne wiosenne słońce i jest 8 rano. Przez drzewa, na dość już ładnej oziminie widzę jakiś błysk, – Pastuch, strach na wróble? Sięgam do samochodu po lornetkę i w jej szkłach widzę szydlarza giganta!

Wybielone i wysokie na ponad 25 cm grube tyki. Stoi na sztych! Zdaje się, że mnie nie widzi, a zainteresował się tylko hałasem, jaki zrobiłem wychodząc z auta. Uspokaja się po chwili i powoli odwraca, schyla łeb i dalej żeruje. Ma dobrze ponad sześć lat. Cichutko wyciągam sztucer i delikatnie – jak tylko umiem – repetuję go. Mam małą kulę .222 Remington, ale to sztucer i kaliber na sarny znakomity, o ile się dobrze trafi. Ta zasada, przecież, dotyczy każdej broni…

Podchodzę schylony wpół do drzew, ręce zaczynają mi drżeć i nie umiem się uspokoić. Kozioł jest na jakieś 120-130 metrów ode mnie. Oddycham głęboko, a cap, jak gdyby nigdy nic spokojnie, żeruje. Opieram się o pień i czekam, gdy ten staje na blat pociągam za spust.

Rogacz zdziwiony podnosi łeb i czujnie się rozgląda…

Głuchy, czy co? Sam się sobie dziwie, że w takiej chwili przychodzą mi do głowy takie głupoty. Sztucer już przerepetowany, więc znów, jeszcze bardziej roztrzęsiony próbuję złapać komorę rogacza w krzyż lunety. Ściągam spust i szybko okazuje się, że kozioł słyszy doskonale i w pełnym biegu, sadząc susy po kilka metrów, mknie do lasu.

Strzałem rozpaczy z wolnej ręki posyłam mu trzecią kulę, nakładając chyba ponad metr przed niego. Niknie, niestety w krzakach na linii lasu. Stoję wściekły, nogi mi drżą, więc siadam opierając się o pień drzewa, staram się uspokoić i zrozumieć, co się stało. Sztucer źle bije?

Niemożliwe, wczoraj strzeliłem guzikarza na dobre 100 metrów i został w miejscu. Moje rozmyślania przerywa widok obu guzikarzy, które Stefan najwyraźniej spłoszył. Idą w las powoli i będą mnie mijać w odległości mniejszej niż 70 kroków.

– Strzelę przynajmniej guzikarza, myślę i powoli opieram sztucer na kolanach. Pozycję mam wymarzoną, więc jestem pewien wyniku strzału. Gdy rogacz wchodzi na drogę i z tyłu mam kulochwyt wysokiego nasypu, spokojnie ściągam spust. Kozioł nawet nie draśnięty wskoczył do lasu, a za nim jego, pewnie, braciszek!

Co jest? Nie mogę zrozumieć, co się dzisiaj dzieje! Idzie Stefan i widzę, że jest dość blady. Zaczyna docierać do mnie, że rogacz, o którym mi mówił wcześniej i którego pozwoliłem mu strzelić po tym, jak strzeli w końcu jakiegoś guzikarza, musiał chodzić gdzieś tutaj! Słyszał, oczywiście, moje strzały, więc pyta o wynik. Gdy słyszy, że chyba spudłowałem pojawia się nieśmiały uśmieszek na jego twarzy.

Nie to, żeby mi źle życzył, ale ten rogacz jest zaledwie kilkaset metrów od jego domu…

Dla pewności sprawdzam guzikarza, czyste pudło, więc bez nadziei idziemy na oziminę sprawdzić, czy nie ma gdzieś farby lub ścinki szydlarza. Gdzie tam, ani kropli! Idziemy pod las i drogą wracamy do samochodu, gdy nagle w rowie, na skraju lasu leży mój rogacz!

Bohater opowiadania – widłak jakich mało

Ostatni strzał złamał mu kręgosłup i kiedy już prawie martwy wpadał między drzewa, nie mogłem już tego zobaczyć. Fala krwi napływa mi we wszystkie kończyny i ciśnienie skacze wysoko ponad dopuszczalną normę.

To przepiękny, z ledwo zaznaczonymi ocznymi odnogami widłak, który jeszcze teraz, po ponad dwudziestu latach, na wadze pokazuje 430 gramów. Przyjmuję gratulacje od Stefana, któremu zrozumiała łowiecka zazdrość już minęła. Jego życzenia są serdeczne i wierzę, że szczere. Po wypatroszeniu sprawdzam sztucer i bije dobrze…

Najwyraźniej św. Hubert miał na ten dzień w stosunku do mnie, a i Stefana, taki właśnie plan.

Strzeliłem w życiu blisko dwieście rogaczy i każdy ma dla mnie wielką emocjonalną wartość, mam nawet najmniejsze, najbardziej słabe trofea guzikarzy i jest ich naprawdę dużo! Wszystkie wiszą na ścianie i przypominają mi niezwykłe łowy na te piękne jeleniowate naszych łąk, pól i lasów.

JEŚLI ZAMIESZCZANE TREŚCI NA PORTALU WildMen SĄ DLA CIEBIE INTERESUJĄCE, WESPRZYJ NAS I

KUP KALENDARZ NA 2021 ROK!

Galeria zdjęć

Więcej artykułów