PRZYPINKI DLA LUDZI NATURY

Fundusze pozyskane ze sprzedaży wspierają nasze projekty związane z ochroną przyrody i ratowaniem zagrożonych gatunków!

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Share on tumblr
Share on email
Share on print

Sześć kilometrów

Ten dzień możemy zaliczyć do udanych, choć pokazał jak nieprzewidywalne bywa poszukiwanie postrzałków…

Z polowania wróciliśmy z Cezarem późno w nocy. Dzik wystrychnął nas na „dudka”. Jednak po godzinie snu obudził mnie telefon od Wojtka z pobliskiego „Bażanta”. Jego dzik tak się z nim „bawił”, że ten zdeterminowany, nie widząc innego rozwiązania, oddał strzał „za ucho”.

Znalazł niewielką ilość farby i prosi o pomoc. Umawiamy się na siódmą rano. Niewyspany jadę do niego, a tu otrzymuję kolejny telefon. To Karol ze świętokrzyskiego „Huberta” ma podobny problem. To dość daleko, bo ponad 100 km, ale obiecuję pomoc po sprawdzeniu dzika Wojtka.

Bieg przez płoty

Na miejscu oglądamy zestrzał oraz słuchamy relacji jak to dzik po strzale przewrócił się i po chwili wstał, a następnie uszedł, pozostawiając niewielką ilość farby. Po takim strzale i reakcji, nie daję Wojtkowi wielkich nadziei na zakończenie naszej pracy sukcesem.

Ruszamy po tropie z Cezarem i Piotrem, a Wojtek czeka w samochodzie na wyniki naszej pracy… Las jest suchy i dość rzadki, więc szybko posuwamy się do przodu. Po około dwóch kilometrach wreszcie trafiamy na młodnik ogrodzony siatką. Cezar nurkuje pod nią bez problemów, ale mnie musi pomóc Piotr.

Czuję przez skórę, że to jest wreszcie dobry teren na kryjówkę dla dzika. Intuicja mnie nie myli. Ożywiony Cezar szybko obrabia młodnik, a ja w napięciu czekam na jego sygnał alarmowy. I nagle widzę na ekranie Alfy, że nie jest dobrze, bo Cezar odjeżdża szybko i bezgłośnie z młodnika na 150 metrów.

To dla mnie jednoznaczny sygnał, że jeśli ranny dzik słysząc nas, potrafi podnieś się z barłogu dużo wcześniej i uciec nim dotarł do niego pies, to świadczy o jego dobrym stanie zdrowia i kondycji!

Cezar oczywiście nie rezygnuje i po kilkuset metrach pościgu ma go. Widzę to na ekranie Garmina, a po chwili już słyszę jego baryton. Robię co mogę, aby dotrzeć do nich jak najszybciej, ale wszystko na nic. Gdy docieram zdyszany na miejsce stanowienia, widzę siatkę, a za nią gęste sosnowe młodniki.

Dzik w tej gęstwinie uwolnił się od Cezara i szybko się oddala. Błyskawicznie zmienia młodniki, nurkując pod ich grodzeniami. Pies nieźle sobie z tym radzi, ale mnie idzie gorzej. Pokonywanie kolejnych płotów bez pomocy, bo Piotr został z tyłu, jest dla mnie dużym problemem. Przedzieramy się tak za dzikiem prawie dwa kilometry nie potrafiąc go dojść.

Już wiem, że ten nasz „pacjent” nie potrzebuje naszego pogotowia. Zaczyna powoli pachnieć mi to nadgorliwością i gdy na Garminie wybija pięć kilometrów odwołuję Cezara.

Ten dzik świetnie sobie radzi i ma się dobrze. Prawdopodobnie postrzał po wyrostkach kręgosłupa, spowodował tylko jego chwilową niedyspozycję. Wracamy, bo czeka nas kolejne zadanie i to będzie debiut w nowym terenie!

Koń pociągowy

Jedziemy do Karola! Po drodze deszcz leje niemiłosiernie. Prawdziwe oberwanie chmury. Po dwóch godzinach takiej podróży, wreszcie meldujemy się na miejscu. Nagle deszcz ustaje, jak na zamówienie.

Witam się z Karolem, a ten robi mi informacyjną niespodziankę. Mówi, że jego dzik schronił się na terenie Parku Narodowego! Aby wejść na jego teren za postrzałkiem, musi nam towarzyszyć strażnik. To dla mnie nowa sytuacja…

Po chwili podjeżdża ładnie umundurowany szef straży, który służbowo, po wylegitymowaniu mnie, stanowczo instruuje, jakie przepisy mnie obowiązują. Najważniejszy z nich, jak dla mnie to ten mówiący o tym, że mam prowadzić psa na otoku, gdyż może on gonić lub płoszyć inną zwierzynę.

Moja próba zapewnienia go, że ten pies pracując luzem nie oddali się powyżej 50 metrów i nie pogoni jakiegokolwiek innego zwierza poza tym, którego szuka, wywołuje na nim momentalnie złe wrażenie. Moje deklaracje, że to pies specjalnie wyszkolony do takich prac szybko kończę, bo widzę że to zdeterminowany rygorysta, trzymający się przepisów i za chwilę możemy odjechać do domu z kwitkiem.

Posłusznie zapinam Cezarowi otok i pytam grzecznie co w przypadku, gdy dojdziemy tego dzika, a on będzie uciekał? Czy mogę psa puścić w gon? Odpowiedzi nie otrzymałem, może dlatego, że już zdążyłem go zdenerwować.

Ruszamy na zestrzał we trzech, oczywiście z Cezarem na otoku. Karol opowiada o tym, jak 13 godzin wcześniej strzelał do dzika przed ścianą lasu. Dzik strzał zaznaczył i uciekł z watahą w las. Na zestrzale farby brak, ale 80 metrów dalej kilka kropel znalazł…

Zaczynamy pracę! Cezar podejmuje trop i ciągnie mnie na tym otoku, jak koń pociągowy, a ja tylko patrzę – hamując jak mogę – aby nie wyrżnąć w jakieś drzewo. Całe szczęście, że nie jest zbyt gęsto i teren w miarę równy, więc pędzimy przez Park Narodowy niczym pociąg pospieszny.

Napełnianie wiarą

W dość szybkim tempie, ale bez większych problemów pokonujemy zakosami teren. Nasz strażnik dość sceptycznie patrzy na nasze poczynania i moją zadyszkę…

Nagle dowiaduję się, że przekroczyliśmy teren parku i jesteśmy już w prywatnym lesie. Oddycham z ulgą, bo nie ma już żadnego problemu, aby zwolnić Cezara z otoku.

Mam teraz czas, aby swobodnie zamienić parę słów z szefem straży…

Nie jest myśliwym, ale widząc pracę psa luzem, zgodną z moimi wcześniejszymi deklaracjami, jest lekko zdziwiony i pozytywnie zaskoczony. A gdy przed nami i Cezarem uchodzi spokojnie sarna, którą on kompletnie ignoruje, pyta, czy może nam dalej towarzyszyć w tym poszukiwaniu, już za terenem parku.

Jest mi bardzo miło, bo dostrzegam, że teraz z rygorysty zmienił się w sympatycznie zaciekawionego gościa, choć niewierzącego w nasz sukces…

Nigdzie oprócz tego jednego miejsca na tropie nie znajdujemy nawet kropelki farby. Mimo to ja zapewniam, że pies pracuje bezbłędnie i z pewnością dojdziemy do tego dzika.

Jednak po sześciu kilometrach słyszę u moich kolegów pierwsze oznaki zwątpienia. Jak zawsze w takich przypadkach staram się pewnością siebie dodać im sił, bo często bez „pomocników” nie moglibyśmy kontynuować naszej pracy.

Tak dzieje się i tym razem. Sugeruję, że dzika za chwilę dojdziemy. Zależy mi bardzo na skutecznym zakończeniu pracy, bo to nasz debiut w nowym terenie. A tylko sukces będzie naszą dobrą wizytówką i przepustką do kolejnych prac. To przecież nie konkurs estetycznych robót, tylko praktycznych efektów…

Zaskoczony dzik

Tym razem na ten właśnie „efekt” nie czekaliśmy zbyt długo. Szliśmy z dość mocnym wiatrem, wiejącym nam w plecy, ale mimo to dochodząc do zwalonego wielkiego drzewa, traktowałem go, jako potencjalną kryjówkę dzika. Jednak i tak zostałem zaskoczony. Cezar dość późno zasygnalizował mi jego obecność, zachodząc zwalone drzewo pod wiatr i wszczynając alarm. Dzik wydawał się, o dziwo też zaskoczony.

Musiałem szybko skorzystać z okazji, aby efekt końcowy nie był podobny do naszej porannej pracy. Co z tego, że Cezar dzika doszedł i głosił, skoro ja nie umiałbym zakończyć sprawy…

Tym razem, jak się później okazało, rana postrzałowa była poważna i nie pozwalała na to aby dzik zbyt daleko nam uszedł. Moje celne trafienie zakończyło poszukiwanie i wreszcie mogłem odetchnąć z ulgą, a Cezar nacieszyć się swoim sukcesem.

Najlepszą dla mnie nagrodą była uśmiechnięta twarz przemiłego Karola spieszącego z gratulacjami i mina pracownika parku, który od dzisiaj będzie już w nas i naszą pracę na pewno wierzył!

W tym przypadku dzik otrzymał postrzał na wysoki przedni bieg ze strzaskaniem kości. Cezar pokonał sześć kilometrów i czterysta metrów.

JEŚLI ZAMIESZCZANE TREŚCI NA PORTALU WildMen SĄ DLA CIEBIE INTERESUJĄCE, WESPRZYJ NAS I

KUP KALENDARZ NA 2021 ROK!

Galeria zdjęć

Więcej artykułów