PRZYPINKI DLA LUDZI NATURY

Fundusze pozyskane ze sprzedaży wspierają nasze projekty związane z ochroną przyrody i ratowaniem zagrożonych gatunków!

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Share on tumblr
Share on email
Share on print

Wspomnienia z buszu

Moje łowieckie korzenie to zupełnie inny świat łowów, bliższy książkom Weysennhoffa i Ejsmonda, wyrosły z tradycji kresowych polowań, o których opowiadała babcia, a potem ukształtowały nauki ojca.

Moje łowieckie korzenie to zupełnie inny świat łowów, bliższy książkom Weysennhoffa i Ejsmonda, wyrosły z tradycji kresowych polowań, o których opowiadała babcia, a potem ukształtowały nauki ojca.

Łowiecka codzienność na tyle się wypełniła, że zaczęła domagać się zupełnie innych, nowych wrażeń. Jednak opowiadania moich kolegów myśliwych, którzy „zaliczyli” fermowe safari i zawartość ofert firm sprzedających afrykańskie polowania powodowały, że myśl – aczkolwiek uporczywa – wciąż była odsuwana.

Łowy, o których słyszałem w tych relacjach odbiegały zasadniczo od moich oczekiwań i wyobrażeń o tym, o czym marzą mali chłopcy i myślą mężczyźni. Nie chodziło mi przecież wyłącznie o łatwe zdobywanie trofeów. Raczej o przeżycie czegoś więcej, o dotknięcie tej cząstki niezgłębionej afrykańskiej przyrody, tęsknotę do której każdy mały chłopiec czuje od czasów pierwszej lektury „W pustyni i w puszczy”, potem „Śniegów Kilimandżaro” i „Zielonych wzgórz Afryki”, a jako dojrzały już człowiek „Pożegnania z Afryką”.

Próba określenia najbardziej charakterystycznego, typowego afrykańskiego polowania zakończyła się wyborem łowów na bawoła kafryjskiego, jednego z najgroźniejszych przeciwników w buszu. Tak precyzując swoje marzenia miałem jeszcze jeden orzech, ostatni już, do zgryzienia. Potrzebny mi był kompan. Taki jak ja lub podobny, który byłby nie tylko towarzyszem, widzem, pocieszycielem gdy trzeba, ale i osobą, na której można w ciężkich chwilach polegać bez reszty.

Wszak takie polowanie, dla nas Europejczyków, stanowi zawsze pewną niewiadomą i może, przecież, skończyć się tragicznie. Wybór padł na Jarka. Bardzo szybko, pomimo wcześniejszej – dość powierzchownej – znajomości dokopaliśmy się pokładów takich samych, wcześniej nieodkrytych, oczekiwań i podobnego w łowiectwie zapału. Oczywiście, są rzeczy w temperamencie inne dla każdego z nas, ale były one na tyle nieistotne, że zauważyliśmy je dopiero dużo później, już po powrocie z Afryki.

Do takiego oto tandemu niedoszłych afrykańskich wyjadaczy dostroiła się wspaniale Ula, żona Jarka, która wniosła do towarzystwa iskrę kobiecej, delikatnej nie łowieckiej wrażliwości oraz odrobinę realizmu ocen, których nam – pochłoniętych zdobywaniem nowych, łowieckich doświadczeń – często brakowało.

Pozostawał do ustalenia kraj, termin, czas pobytu i gatunki zwierzyny, na które – oczywiście poza bawołem – zamierzaliśmy polować. Moje wcześniejsze studia nad dziesiątkami ofert doprowadziły mnie do wyboru Zimbabwe. Jest to na tyle „cywilizowany” kraj, że pozwala na dość łagodne i bezbolesne wchodzenie w świat afrykańskich łowów, jakże innych od tych, które znaliśmy, pełen niebezpieczeństw, czekających na żółtodziobów, takich jak my.

Wielka przygoda

Termin to początek maja, najlepszy dla nas ze względu na temperatury i najmniej bezpieczny, ze względu na ubogą szatę roślinną, dla bawołów…. Ponadto to okres rui u wielu gatunków antylop, co zwiększa ich aktywność dzienną, co – oczywiście – ułatwia obserwacje i polowanie.

Czas pobytu to minimum 14 dni; chcemy zobaczyć jeszcze wodospady Wiktorii, jedno z słynniejszych miejsc Afryki i wielkiej atrakcji turystycznej. Decydujemy się na strzelenie antylop: szablorogiej, kudu, kozła wodnego, impali oraz guźca. Bez żadnych dyskusji ustalamy, że jeżeli będzie okazja strzelić lamparta, hienę, szakala i pawiana, to każdy taką decyzję podejmie samodzielnie.

Opracowaliśmy bardzo dokładnie trasy przejazdu, daty i zasady przelotu/przejazdu do wodospadów Wiktorii, zasad odstrzałów i wzajemnej asekuracji.

Lot z Warszawy przez Frankfurt, Johannesburg do Harare trwa kilkanaście godzin i jest dość męczący. Już na lotnisku odczuwamy coś dziwnego i miłego zarazem; niemała część pasażerów to myśliwi z różnych stron świata i przyjemnie się robi człowiekowi na duszy, gdy uświadamia sobie, że wreszcie, po kilkudziesięciu latach życia w zaścianku Europy, możemy poczuć się jej częścią.

Jak to zwykle w takich razach bywa cały misternie opracowany plan runął w gruzach już drugiego dnia, gdy o umówionej porze w hotelu „Meikele” w Harare zjawił się „nasz” PH Peter i oznajmił, że zamiast do znanego bawolego łowiska w Chewore, w dolinie rzeki Zambezi, udajemy się 500 kilometrów na południowy zachód, w rejon znanych Safari Area Chete, Chizaryia i Parku Narodowego Hwange. Mamy tam być gośćmi Forestry Commission – odpowiednika Lasów Państwowych.

Uznajemy szybko, że choć to inny kraj i kontynent, to być może będzie to coś w rodzaju obwodu hodowlanego Lasów Państwowych i zamiana może być dla nas korzystna.
Na 116 kilometrze od Bulawayo skręcamy w gęsty busz i piaszczystą drogą, już po zmroku, dojeżdżamy do Amandundumella Base, Farauhar Safari Camp. I tak zaczyna się nasza afrykańska przygoda.

Pierwszy obóz

Po rozpakowaniu bagażu w przydzielonych nam bungalowach i odświeżeniu się po podróży spotykamy się na wspólnej kolacji. Ustalamy program na następny dzień. Niestety w trakcie rozmowy z kierownikiem obozu, Peter – nasz PH – dowiaduje się, że bawoły wprawdzie są, ale tylko 12 i to tak szkolonych przez dziesiątki białych i czarnych myśliwych, że szansa ich strzelenia jest bliska zeru.

Podobno, z uwagi na powstającą niedaleko (około 100 km) farmę krów, Lasy Państwowe zostały zobowiązane do pozbycia się tych niewygodnych sąsiadów, ponieważ krowy mogą być nosicielami groźnych chorób i epidemii wśród bawołów, a była już taka na początku XX wieku, która spowodowała niemal całkowite wyniszczenie populacji bawoła kafryjskiego w Afryce Wschodniej.

Zagrożenie dla państwowych farm jest też przyczyną wybijania lwów i hien w ich bezpośrednim sąsiedztwie. Cóż, w tym przypadku dzika przyroda, niestety, ustępuję naporowi „cywilizacji”. Nie tracimy jednak animuszu tym bardziej, że dowiadujemy się, iż teren jest bardzo bogaty w inną zwierzynę i na pewno nie zabraknie łowieckich wrażeń.

Jednocześnie zobowiązujemy Petera do prowadzenia pertraktacji w sprawie przenosin w tereny, gdzie będą szanse strzelenia bawołów. Jeszcze tylko ustalenia, kto pierwszy strzela i zapowiedziana pobudka na 4:30 rano. Mimo informacji, które uzyskaliśmy mamy, jednak spróbować przy wodopoju i zacząć od tropienia bawołów.

Przekonuję całą drogę Jarka, by strzelał do bawoła na odległość nie większą niż 30-40 kroków. Umawiamy się też, że ładujemy pierwszą kulę, tak zwany „dead tough”, specjalny na gruboskórną zwierzynę pocisk A-SQUARE, a następne „monolite”, pełno płaszczowe. Kaliber naszych sztucerów to .375 H&H Mag.

Duży w Europie, uważany jest za klasyczny afrykański, ale i najmniejszy jaki jest dopuszczony do strzelania Wielkiej Piątki. Na bawoła stanowi absolutnie dolną granicę skuteczności. – Dlatego tak ważne jest dobre i bliskie trafienie pierwszym strzałem, przekonuję Jarka i – w miarę możliwości – ulokowanie jeszcze kolejnych kul.

Pobudka z angielską herbatą z mlekiem, podawaną do łóżka jest naprawdę sympatycznym początkiem dnia… O 5:00 śniadanie i wyjazd w teren.

Dopiero teraz mamy okazję obejrzeć obóz i jego lokalizację. Zbudowany został jeszcze w okresie panowania Brytyjczyków, w starym kolonialnym stylu. Składa się z okrągłych, przypominających murzyńskie chaty z wybielonej gliny krytych trzciną dla gości, owalnego salonu-jadalni podobnej konstrukcji tyle, że bez pełnych ścian oraz zaplecza obozowego, w którym żyją i pracują zatrudnieni tam Murzyni. Chaty są dwuosobowe, z charakterystycznymi dla tego klimatu moskitierami nad każdym łóżkiem i łazienką z ciepłą, doprowadzaną z kuchni wodą oraz WC. Na podłodze skóry antylop, na ścianach obrazki z fauną afrykańską, a w oknach siatki przeciw insektom. Do tego wszystkiego dodać należy codzienne usługi „pralnicze” – wszystkie przepocone rzeczy, zostawione w wiklinowym koszu, następnego dnia wyprane, wysuszone i poukładane w kosteczkę leżą na łóżku.

W salonie bar, stoją tam szklanki i napoje (również i alkoholowe) do naszej dyspozycji, a w drzwiach zawsze gotowy do spełnienia każdego, najbardziej wymyślnego życzenia, czarny kelner. W obu końcach jadalni dziwne, żeliwne kominki, z których – nie wiedzieć jak – zawsze, gdy się pojawiamy, bucha przyjemne ciepełko. Drzewo mopani jest tutaj podstawowym opałem, jest bardzo energetyczne i daje przyjemny zapach.

W dole wzgórza, na którym stoi obóz rozciąga się przepiękny widok na osnutą poranną mgiełką sawannę.

Zaczynamy przy wodopoju

Siedzimy w naszym Landcruiserze, na specjalnie skonstruowanej na skrzyni ładunkowej ławce i – zjeżdżając w dół – rozglądamy się dookoła. Teren jest rzeczywiście zachwycający. Zatopiony pomiędzy dwoma, obrośniętymi gęstym buszem wzgórzami pas sawanny, dosłownie tętni zwierzyną. Przeważnie antylopy, ale jakież ich bogactwo. Dominują szablorogie, piękne czarno-białe, o niecodziennym, stożkowatym kształcie łba z wielkimi szablasto zakrzywionymi pręgowanymi rogami. Trzymają się osobno. To czas ich rui. Byki krążą wokół krów i odganiają natrętnych konkurentów. Zupełnie przypomina nasze rykowisko. Tyle tylko, że to rozgrywa się w dzień, w otwartym terenie, coś zupełnie innego w formie, a jakże podobne w treści.

Dalej dziesiątki gnu błękitnych, wymieszanych z zebrami. W cieniu drzew stoją brzydkie tsessebee, dalej małe i zwinne impale, odbywające swoje gody. Gdzieniegdzie, truchtem, przemykają guźce. Widzimy też dostojne strusie, a za nimi w głębi byk kozła wodnego okrąża spokojnie żerujące łanie. Nieco wyżej żyrafy, ogryzające żółknące z wolna liście akacji i przemykające po otwartej przestrzeni stado młodych byczków elanda.

To, co zobaczyliśmy zaparło dech w piersiach nawet Peterowi, który stwierdził, że coś takiego trudno zobaczyć nawet w słynnym Serengeti. Brak tu tylko słoni i wielkich drapieżników. Cóż, nie można mieć od razu za wszystkiego! Wprawdzie spotykamy, przy wodopoju tropy i słoni i lamparta, a nawet tak upragnionych bawołów, ale niestety…

Nasi tropiciele mówią, że bawoły były wcześnie w nocy i poszły na tyle daleko, że szanse na dojście ich za dnia są znikome. Po krótkiej naradzie ustalamy, że teren jest bardzo obiecujący i postanawiamy szybko sprawdzić tylko jeszcze raz czy dwa tropy bawołów i polować na antylopy. Informujemy Petera, że wprawdzie zależy nam na dobrych sztukach, ale nie za wszelką cenę: żadnego strzelania z samochodu – tylko podchód.

Sprawdzamy celność broni. Mam sztucer .375 H&H, amunicję A-SQUARE i lornetkę 10×42. Nie mam pastorału, a jak się później okazało nawet lornetka nie była potrzebna, bo nasi tropiciele: Kanguen Petera i miejscowy widzą lepiej bez szkieł niż my przez najbardziej wymyślną optykę.

Afrykańska zdobycz

Wcześniej wylosowaliśmy, że to ja mam prawo pierwszego strzału. Decyduję się strzelać impalę. Jedziemy sawanną i zaraz na wstępie smutnym wzrokiem odprowadzamy piękne dwa byki kozła wodnego. Limit w tym obwodzie, pomimo nadzwyczajnego bogactwa tego gatunku, to tylko jedna sztuka, a ten został już wykupiony przez amerykańskiego myśliwego.

Stoją też trzy potężne byki antylopy szablorogiej. Peterowi odebrało mowę. Mimo, iż wcześniej namawiał nas, by szybko strzelić po bawole i jechać do niego na antylopy, uczciwie radzi nam:

-Strzelajcie! Takich dobrych byków i takiego wyboru nie widziałem nigdzie w Zimbabwe.

Ja jednak obstaję przy swoim. Najpierw impala. Z perspektywy czasu decyzja ta wydaje mi się co najmniej dziwna i wręcz dziecinna. Ale cóż zrobić, to się już nie odstanie. Objeżdżamy więc sawannę dookoła. Widzimy kapitalnego guźca. Niestety. Jest szybszy ode mnie i ucieka.

Wracamy i widzimy stojącego samotnie byczka impali. Schodzimy w trójkę, Peter, ja i nasz tropiciel. Podchodzimy na odległość 100-120 metrów. Kanguen rozkłada pastorał. Daję strzał i widzę, że impala odskakuje. Pudło. Podchodzimy za nią z 300 m. Stoi pod gęstym krzakiem. Tym razem z kolana. Mierzę spokojnie i ściągam spust. Widzę w lunecie dużą, powiększającą się plamę farby na komorze, lecz impala uchodzi. Po przebiegnięciu 80 metrów leży. Moja pierwsza afrykańska zdobycz…

Przyjeżdża Ula z Jarkiem i drugi tropiciel. Zdjęcia, gratulacje i uściski. Rogi ładne, ponad 50 cm. Emocje nie opadają. Ładujemy byka na samochód niepatroszonego i jedziemy dalej. Kolej na Jarka. Po kilkuset metrach widzimy samotnego byka. Jarek podchodzi taką samą grupą jak ja i spokojnie kładzie impalę ładnym strzałem na sztych. Znowu gratulacje, zdjęcia. Całe nasze polowanie, strzał mój i strzał Jarka spokojnie obserwuje stado szablorogich z pięknym bykiem. I nie ucieka!

Kolej na mnie, ale odmawiam. Nie tak wyobrażałem sobie to polowanie. Byk i krowy zajęte są prawie wyłącznie sobą i nie zwracają na nas w ogóle uwagi. Mimo strzałów, rozmów i samochodu. Peter jednak nalega. Mówi, że takiego byka nie łatwo zdobyć i kiep, kto taką okazję przepuści. Jarek zgadza się i zaczyna podchód, rozstawia pastorał i czeka. Odległość nieduża, ale ma problem ze zlokalizowaniem byka w stadzie. Wchodzę na samochód i usiłuję go znaleźć. Widzę go po chwili, jest na końcu. Mówię Jarkowi, gdzie jest, pada strzał i byk po 30 metrach pada.

Podchodzimy. Jest rzeczywiście imponujący. Rogi 106 cm, grube u nasady, robią ogromne ważenie. Zdjęcia, uściski – rutyna. Ładujemy znowu niepatroszoną sztukę, tym razem nie bez problemu, bo to tusza 300-350 kg, i jedziemy do domu.

Ciernisty busz

Wieczorem, przy piwie ustalamy plan na następny dzień i do łóżek. Rano ja mam strzelać szablorogą. Chcę, by mój byk miał mocno zakrzywione rogi – inaczej medalion nie wejdzie mi do mieszkania! Cóż tu mogę dodać… Frycowe trzeba płacić. Dzień wcześniej zrezygnowałem ze strzelenia olbrzyma, o rogach co najmniej 130cm!

Po śniadaniu jedziemy droga w dół, do naszej sawanny. Chcemy, dla świętego spokoju, a trochę i po to, by ostatecznie przekonać naszych gospodarzy, że szansa na bawoła w tym obwodzie jest żadna, odwiedzić wodopój. Okazuje się oczywiście, że bawoły, jak co dnia, schodzą do ostoi głęboką nocą. Z podchodu nici. W drodze powrotnej chcę przestrzelać, jeszcze raz, broń. Jedziemy więc strzelać, gdy nagle spotykamy trzy samotne byki antylopy szablorogiej. Peter mimo moich wątpliwości co do celności broni, kategorycznie, namawia mnie bym strzelał. Twierdzi, że komora szablorogiej jest tak duża, że nawet przy dołującym lub górującym sztucerze strzał będzie skuteczny.

Podchodzę zatem na odległość około 120-130 m, kładę sztucer na pastorał, spokojnie ściągam przyśpiesznik i widzę w lunecie byka, który zaznacza zbyt niski, lecz jednak komorowy strzał. Cóż z tego, kiedy uchodzi pod górę i wpada w gęsty, ciernisty busz. Dopiero teraz zaczyna się prawdziwe polowanie. Po niewielkich kropelkach farby idziemy, krok za krokiem, najpierw w piątkę, potem czwórkę. Ula zostaje w aucie, Jarek i kierowca wracają do obozu.

Jest godzina 7:00 rano. Idziemy za tropem, a farby coraz mniej. Momentami tracę ją w ogóle z oczu i nie widzę jej nawet wtedy, gdy wskazuje mi ją Kanguen. Bujamy się w buszu kilka godzin i wprawdzie dwa razy dochodzimy byka, lecz jest za gęsto by go dostrzelić. Zresztą to on zawsze wcześniej nas dostrzega. Po sześciu godzinach tropienia, pełen zwątpienia, proponuję Peterowi, by byka zostawić i wrócić za 2-3 godziny. Zgadza się, lecz niestety nadciąga burza i z małą nadzieją na powrót w to samo miejsce idę za tropicielem w drogę powrotną. Gdy opuszczamy polankę, zaznaczam ją na krzakach papierem toaletowym. Tak, jakby to miało pomóc w jej odnalezieniu!?

Peter spokojnie stwierdza, że tropiciel „zaznaczy” drogę. Zaznaczanie polegało na ciągnięciu za sobą po krzakach, przez które musieliśmy się przedzierać, po skałach, trawach i spalonej ziemi cienkiego, metrowej długości patyka…

Do auta, które po nas przyjechało, dochodziliśmy już w strugach ulewnego deszczu. Byłem mokry i kompletnie zrezygnowany. Jest godzina 15:30, gdy po lunchu i przebraniu się w suche rzeczy ruszamy ponownie w busz. Gwałtowny deszcz, jak w książkach, tak szybko jak się pojawił, równie szybko znikł. Idę zamyślony i zrezygnowany za tropicielami i nie wierzę w możliwość odnalezienia tropów, a cóż tu mówić o antylopie. Gdy tak błąkam się myślami po zupełnie innych rejonach ludzkiej świadomości, nagle ze zdziwieniem, widzę miejsce obwieszone wiszącymi, mokrymi strzępami papieru toaletowego.

Powraca napięcie. Tropiciele ruszają, by podjąć trop i nie ma ich blisko 45 minut. Zarówno my jak i Peter zaczynamy się mocno niepokoić. Gdyby zabłądzili, oni dojdą do obozu. My zginiemy!

Wokół kilometry gęstego niemal jak żywopłot ciernistego buszu i niedaleko do zmroku. Na szczęście Murzyni wracają i mówią że znaleźli byka, który wolno odchodzi. Musimy się pośpieszyć. Po krótkim, 500 metrowym marszu, nagle Kanguen klęka i pokazuje mi coś palcem. Strzał na kark i byk pada. Podchodzimy. Jestem naprawdę szczęśliwy. Nie tylko z wyniku polowania, ale z całego jego przebiegu.

Poddawany byłem tak wielu różnym, wręcz skrajnym nastrojom, byłem świadkiem nadzwyczajnej pracy naszych tropicieli, przewędrowałem ładne kilkanaście kilometrów absolutnie dzikiego buszu, widziałem cmentarzysko słoni, podszedłem starego i potężnego byka antylopy eland i w końcu przeżyłem w buszu autentyczną afrykańska burzę. I to wszystko w ciągu zaledwie jednego dnia. Do tego to piękne zwierzę na rozkładzie. Potężne, mocno zakręcone rogi o długości 93 cm. Zdjęcia, uściski i zasłużony powrót do domu. Tej nocy śpię naprawdę mocno i spokojnie.

Nagle spotykamy trzy samotne byki antylopy szablorogiej…

Przedpotopowe zjawy

Rano jedziemy z zadaniem strzelenia gnu i ogiera zebry, które w zamian za kozły wodne oferują nam gospodarze. Jarek decyduje się na zebrę, mnie się dostaje byk gnu. Po zjechaniu na sawannę spotykamy duże stado antylop tsessebee, podobnych lecz nie tak proporcjonalnie zbudowanych jak bardziej na północy występujące topi. Dalej guźce, całe watahy. Cóż z tego, kiedy wszystko małe, nawet bez widocznego oręża, a loch strzelać nie chcemy.

Nagle, w oparach unoszącej się po wczorajszym deszczu mgły, spostrzegamy – niczym przedpotopowe zjawy – pięć olbrzymich, białych nosorożców. Te dochodzące do 3,5 tony wagi zwierzęta, w odróżnieniu od ich mniejszych, lecz znacznie bardziej złośliwych i niebezpiecznych braci – nosorożców czarnych – są trawożercami. Można je odróżnić po charakterystycznej, przystosowanej do obcinania dużych ilości trawy, szerokiej górnej wardze. Nosorożec czarny, będący pędożercą ma górną wargę w kształcie trójkąta tak, by umożliwiała mu zjadanie, pędów i gałązek. Są to podobno niedobitki po rzeziach, jakie urządzają zambijscy kłusownicy w pogoni za rogami tych niesamowitych zwierząt. Za kilogram ich rogu handlarze na Dalekim Wschodzie płacą ponoć 18 000 USD! Kręcimy film, robimy kilka zdjęć i jedziemy dalej.

Nagle dostrzegam starego, samotnego byka gnu. Schodzimy z Peterem i obu tropicielami i zaczynamy podchód. Po 200-300 metrach widzimy go, jak stoi na sztych i patrzy na nas zdziwiony. Kanguen rozkłada pastorał, a Peter pokazuje mi bym strzelał w pierś. W lunecie widzę jednak zbyt mały cel pod dużym łbem, a odległość wynosi ze 150 m. To daleko by spokojnie oddać skuteczny strzał. Decyduję się jednak błyskawicznie. Strzelam w prawy bok byka, gdzie znajduje się wątroba. Wątroba to, wg Petera, dobry cel.

Byk uchodzi trafiony, a miejscowy tropiciel, stojący za mną potwierdza miejsce trafienia. Trudno w to uwierzyć, ale On to widział gołym okiem!

Biegniemy za nim. Widzę przesuwającego się gnu, klękam i daję drugi trafny i równie „skuteczny” strzał. Zwierz już wolniej, idzie dalej. Podbiegam do drzewa, opieram się i strzelam go na sztych, od tyłu. Wali się w ogniu. Peter nazywa to „portugalski strzał w serce”. Jest piękny. Duże i ładnie wykręcone rogi, ładna broda. Zdjęcia, gratulacje i ładujemy byka na samochód. Tusza duża – ponad 250 kg – ocenia Peter. Zwierz wykazuje cechy męskie i żeńskie – to podobno częste u gnu błękitnego. Jedziemy dalej, Jarek ma strzelać samca zebry.

Po trzykrotnym, nieudanym podejściu, w końcu dochodzimy do stada, składającego się z kilku krów i jednego samca. Wiemy z filmów i literatury, jak trudno jest zidentyfikować ogiera w stadzie, które jest zaniepokojone. Wszystkie zebry stoją wtedy na sztych i ustalenie, „co jest co” jest niemożliwe. Mamy jednak trochę szczęścia, stado nas na razie nie widzi i nie bez trudu, ale lokalizujemy samca.

Ten wciąż krąży wokół stada… W odległości około 150-170 m niestety nas dostrzega. Jarek szybko się składa i daje strzał z podpórki. Ogier zaznacza strzał, lecz niestety uchodzi trafiony chyba na przedni badyl. Idziemy na zestrzał i natychmiast podejmujemy tropienie. Chodzimy kilka godzin bez rezultatu. Farby coraz mniej, a byka nie daje się dojść i dostrzelić. Szkoda. Postanawiamy spróbować, nazajutrz, raz jeszcze. Jeżeli trafienie jest niegroźne, wówczas – jak twierdzą tropiciele i Peter – jest szansa na ponowne spotkanie.

Jeżeli ogier odniósł poważniejszą ranę, wówczas nie zejdzie z buszu w dół i jest dla nas bezpowrotnie stracony; lamparty, hieny i inne drapieżniki nie pozwolą, by tusza się zmarnowała.

Rano pobudka i wyjazd po zebrę. Jarek postanawia, że jeżeli nie dojdziemy do wczorajszej, spróbuje strzelić inną. Peter doradza nawet by strzelać samicę, jeżeli byłyby problemy ze spotkaniem samca. Jarek jednak odmawia. I chyba słusznie. Niestety – zebry nie spotykamy, ani rannej, ani zdrowej…

Po spakowaniu rzeczy, pożegnaniu z gościnnymi gospodarzami i po ustaleniach co do terminu odbioru trofeów, ruszamy do Binga, na wybrzeżu Kariba Sea. Stamtąd mamy odjechać łodzią do oddalonego o 35 minut jazdy motorówką obozu. Czekają na nas tak długo oczekiwane emocje, związane ze spotkaniem z przedstawicielem Wielkiej Piątki – bawołem kafryjskim.

Moje gnu jest piękne ma duże i ładnie wykręcone rogi i ładną brodę

Jezioro Zambezi

Na miejsce docieramy prawie po ciemku, mamy jednak możliwość oglądania na własne oczy zachwycającego zachodu słońca, które w ciągu kwadransa po prostu tonie w jeziorze. Kariba Sea to sztuczny, ogromny, długości 460 km zbiornik na rzece Zambezi. Woda, spiętrzona zaporą (postawioną przez Włochów) zalała obrośnięte wzgórza, wysokości nieco mniejszej od naszych Bieszczad, tworząc niezliczoną ilość zatok, zatoczek i kilka – nie małych rozmiarów – wysp. W wodzie aż roi się od ryb, krokodyli i hipopotamów. Ostrzega nas o tym tablica informacyjna, ustawiona na zachęcająco wyglądającej, czystej i piaszczystej plaży.

Na szczęście w obozie jest niewielki basen, w którym można się ochłodzić, a sam obóz, podobnie jak poprzedni, jest czysty i schludny. Różnią się od siebie trochę tylko dlatego, że inne są temperatury i wilgotność. Wszystkie chaty – za wyjątkiem kuchni – nie mają ścian w ogóle.

Stoją na palach, pod którymi codziennie wygrabiano piasek (by sprawdzić, czy nie ma pod nimi węży i jadowitych pająków) i składają się z dwóch powierzchni. Większa, stanowiła sypialnię, oddzieloną od zewnątrz jedynie metrowej wysokości plecioną ścianką i od znajdującej się z tyłu, murowaną – tym razem – do wysokości 1,5 m, łazienką. W sypialni 2 łóżka z moskitierami, lampy zasilane są w prąd przez stojące pod chatą akumulatory. Dają dość liche światło. Oprócz tego jedna szafa, 2 krzesła i stolik na malutkim tarasie, stanowiącym część sypialni. Wszystko na wysokości około 1,5 m nad ziemią tak, że osoba z zewnątrz nie ma wglądu do środka.

Między czterema chatami i salonem-jadalnią, świetnie utrzymany trawnik, podlewany i strzyżony codziennie przez boya, a w bliskiej perspektywie plaża, z wylegującym się w słońcu 5 metrowej długości krokodylem. Dalej przechadzające się, w poszukiwaniu świeżej trawy, trzy hipopotamy i za nimi jezioro. W nocy woda skrzy się blaskiem setek zapalonych latarni, których światło wabi ryby, są wyciągane wielkimi siatkami przez rybaków. Widok naprawdę niesamowity.

Zasiadamy do stołu i omawiamy plan polowania na następne dni. Siedzimy w salonie i sączymy drinka z naturalnym sokiem z jakiegoś nieznanego nam owocu. W drzwiach między klubem, a kuchnią stoi zawsze – gotowy na każde skinienie – boy o oryginalnym imieniu America.

Dowiadujemy się, w trakcie miłej rozmowy z wielkim i czarnym gospodarzem „ośrodka”, że teren jest mocno pagórkowaty i gęsto zarośnięty buszem. Polowanie jest trudne, a dodatkowym kłopotem jest plaga słoni, które występują tu w ogromnych ilościach.

W samej dolinie Zambezi, tylko po stronie Zimbabwe, zaplanowano do odstrzału w 1995 roku 9000 słoni. Ze względu na – moim zdaniem – nietrafioną decyzję ruchu Green Peace o wycofaniu funduszy na ochronę przyrody w przypadku realizacji takiego planu wycofano się z tego z wielką, niestety i widoczną gołym okiem, szkodą dla lasów mopane.

Jedynie gigantyczne baobaby były względnie bezpieczne. Całe połacie „lasu” były połamane. Myślę, że nasi leśnicy życzliwszym okiem spojrzeliby na jelenie, gdyby to widzieli.

Agresywne słonie

Bawoły są również, lecz nie będą łatwe do dostania. Cierpnie nam skóra na plecach po raz drugi. Wiemy, że to nasza ostatnia szansa. Rano około 6:00 ruszamy w busz. Poinformowano nas wcześniej o zakazie wyjeżdżania samochodem po zachodzie słońca i przed wschodem z obozu. Słonie nie lubią świateł i mogą być agresywne, a ponadto polujący przed nami Amerykanin postrzelił byka, którego nie udało się dojść. Dzięki swemu nadzwyczajnie rozwiniętemu instynktowi socjalnemu wszystkie są w związku z tym bardzo podenerwowane. Pięknie…

Polowanie na bawoły polega na próbie odnalezienia ich porannych śladów przy wodopoju lub ich samych, chłodzących się w wodzie. I albo idąc za tropami dojść je w ich dziennej ostoi, albo strzelić w babrzysku. Wymaga to niemałego doświadczenia, hartu ducha, nerwów i kondycji, gdyż tropienie trwa zwykle kilka godzin i to w upalnym słońcu. Po zbliżeniu na max. 30-40 m trzeba oddać minimum jeden precyzyjny strzał.

Miejsca na ulokowanie śmiertelnej kuli są praktycznie dwa. Jedno to łeb, a drugie to płuca i serce, schowane – jak u dzika – za masywną kością ramienia.

Już po drodze spotykamy na drodze dwa świeże tropy dużych – jak mówią nasi tropiciele – byków. Są rzeczywiście imponujące, wielkości małego talerza, okrągłe, większe z przodu i nieco mniejsze, tylne. Próbujemy do nich podejść i nawet się nam udaje. Jednak są w bardzo gęstym buszu, praktycznie uniemożliwiającym nie tylko strzał, ale wręcz rozpoznanie celu.

Byki dostały wiatru lub nas usłyszały i uchodzą. Wrażenie ogromne – busz po prostu łamie się pod naporem ich olbrzymich cielsk. Wracamy do samochodu i jedziemy dalej. Zatrzymujemy się w środku połamanego przez słonie zagajnika mopane. Mamy schodzić w dół do wydrążonych w skale dwóch nisz, wypełnionych wodą. Ja z Jarkiem i jednym tropicielem idę do jednej, a Peter z Kanguenem ma sprawdzić drugą, znajdującą się w odległości 100 metrów od naszej.

Nie dochodzimy do wodopoju, gdy słyszymy cichy gwizd Petera. Odwracamy się i widzimy jego gest, który oznacza: „chodźcie, powoli, do mnie”. Posłusznie odwracamy się i wychodzimy poza krzewy, za którymi miał być wodopój. Włosy nam się niemal prostują, gdy widzimy stojącego nad wodą gigantycznych rozmiarów byka słonia. Ma przepiękne 35-40 funtowe, długie na ponad 1,5 metra ciosy; przynajmniej Peter potem tak twierdził. Co jednak gorsze, wydaje się mieć świeżą ranę na łbie, koło gęby. Cofamy się powolutku i słyszymy, jak Peter ładuje swój sztucer .458 Win.Mag. Jarek nie traci głowy i „strzela” cztery szybkie zdjęcia. Sytuacja jest bardzo groźna. Przez lornetkę widzę, że to, co wydawało mi się być raną jest jedynie smugą mokrej skóry na łbie od wtryskiwanej trąbą wody. Ulga, lecz nogi jeszcze dość miękkie. Przed wyjściem zarówno Peter jak i Fatman powiedzieli nam, że w przypadku szarży słonia nie wolno strzelać, wszystko ma załatwić zawodowy myśliwy. Nonsens. Aldin, ojciec Petera powiedział mi zaraz potem, szeptem – „nawet się przez sekundę nie zastanawiaj, bo może być za późno. Strzelaj w nasadę trąby, tuż ponad linię wychodzących z czaszki ciosów”.

Wydawało mi się wtedy, że to za nisko. Patrząc jednak na słonia z odległości 30, może 40 metrów i wiedząc, że strzela się jeszcze bliżej – na 15-20 kroków, uświadamiam sobie jak bardzo pod kątem w górę jest to strzał. Obchodzimy słonia, już spokojniej, dookoła. W pewnej chwili byk rusza w naszą stronę lecz wolno, bez specjalnego celu – ot po prostu postanowił iść w tę, a nie inną stronę.

W tym momencie straciłem jakąkolwiek ochotę do strzelania kiedykolwiek do słoni. To jedyny zwierz, który niemal całkowicie nas ignoruje i wydaje się być czymś nieuczciwym strzelanie do niego, gdy on, ufając w swoją olbrzymią naturalną siłę, lekceważy nas zupełnie.

Nieuchwytne bawoły

Tropów bawołów jednak nie mamy, więc wsiadamy do samochodu i jedziemy dalej. Dojeżdżamy po godzinie do jednej z zatok Kariby. Peter mówi nam, byśmy odpoczęli w cieniu, a on z tropicielami pójdzie sprawdzić, czy są tropy przy wodzie. Patrzymy w trójkę na oddalających się ludzi i z rozkoszą pijemy zimną Coca Colę.

W pewnej chwili Jarek zauważa uchodzące przed Peterem, z traw nad wodą, stado bawołów. Jest ich co najmniej kilkanaście. Wracają szybko i ustalamy plan działania. Mam strzelać pierwszy idziemy już dalej tylko w piątkę – Ula zostaje z kierowcą w samochodzie. Jest strasznie gorąco, ani krztyny wiatru, a słońce pali niemiłosiernie. O tej porze nie powinny pójść daleko. Rzeczywiście, w pewnej chwili widzimy przesuwające się wolno, w odległości 30-40 m od nas, krowy z cielakami. Mamy dobry wiatr.

Byków, które widzieli w stadzie, nie ma. Zostały. Peter postanawia, że Jarek z tropicielami zostanie i w razie kontaktu z bykami, podążającymi tropem krów – strzeli wskazanego przez nich byka. Ja z Peterem idę w dół do byków.

Po męczącym tropieniu w wydeptanych przez bawoły korytarzach pośród krzaków i traw, w dół i w górę, dochodzimy do 2, może 3 byków na odległość kilkunastu kroków. Widzę gołym okiem bardzo wyraźnie cielsko bawołu. Niestety jest to tylko mały fragment tuszy, a cała postać dokładnie ukryta w krzakach; ani Peter ani ja nie możemy ocenić, co to za część. Zdecydowanie nie chcę strzelać w takich warunkach. Wracamy do samochodu i po drodze znajdujemy wnyki, na antylopy. Rzekomo, kłusownicy z Zambii z drugiej strony jeziora, przypływają łodziami i kłusują. Mam poważne wątpliwości. Po co mieliby ryzykować pływanie przez jezioro mając taką samą, a może większą, dzicz u siebie. Cóż, to w końcu nie moja sprawa.

Po powrocie Peter przeprowadza poważną rozmowę z Fatmanem. Ustalamy, że następnego dnia idziemy osobno. Fatman idzie ze mną, a on z Jarkiem. Mają nam towarzyszyć: miejscowy tropiciel mnie i Kanguen Jarkowi. Mój tropiciel to śmieszna figura: ubrany jak na Syberię, w jednoczęściowy gruby kombinezon, wysokie skórzane i ciężkie buty, sweter wełniany, mocno nadwyrężony przez jakieś afrykańskie mole, kapelusz z piórkami. Przy pasie nosi pusty futerał na nóż Browning’a, na szyi lornetkę 10×25, przez którą kompletnie nic nie widać i w końcu „sztucer” post-angielski, z czasów chyba wojny burskiej, z którego nie można strzelać, bo nie ma amunicji. Chodząc z nim nie widziałem, by się choć raz spocił mimo, że temperatura w słońcu musiała przekraczać 40-45 stopni.

Mordercze tropienie

Zgodnie z ustaleniami ruszamy w dwa auta w busz. O godz. 6:30 jesteśmy w tym samym miejscu, co dzień wcześniej. Tropiciel schodzi z Grubasem i po chwili przywołują nas ruchem ręki, są świeże tropy stada bawołów, w tym kilka byków. Zaczynamy podchód. Trwa on nieprzerwanie do godz. 11:00 w palącym do szaleństwa słońcu. Po drodze mijamy wielkie rumowiska skalne, po których nasz tropiciel, z niczym niezmąconym spokojem tropi, by po chwili znaleźć „placki” odchodów, potwierdzające przejście bawołów. Co jakiś czas bada ich temperaturę. Tłumaczą mi, że ocenia czas, który minął od ich pozostawienia po to, żeby ocenić odległość. W pewnej chwili sprawdzając kolejną „minę” bawolą wokół pojawiają się jakieś ptaszki. To ponoć nieomylny znak, że niedaleko są bawoły, z którymi żyją w szczególnej symbiozie.

Po ostatnim „eksperymencie” tropiciel mówi nam, że bawoły powinny być w odległości około 400-500 m. Uśmiecham się w duchu na takie oceny, ale gdzieś w środku tli się nadzieja, że w końcu uda mi się dojść do strzału. Teren jest dość otwarty, krzewów jakby mniej, są drzewa mopani, kilka baobabów i – o dziwo – mało traw.

W pewnej chwili tropiciel rzuca się na ziemię, a my za nim. Mówi o czymś Grubasowi. Powoli podnosimy głowy, a oni pokazują mi coś palcami, nakazując jednocześnie zachowanie kompletnej ciszy. Patrzę przed siebie i w odległości 100 metrów nie widzę nic szczególnego. Teraz schyleni podchodzimy w trójkę, tropiciel przodem, za nim ja i na końcu Grubas. Dochodzimy do jakiegoś „niedużego” baobabu, przy którym rośnie gęsty krzak. Tropiciel znów kuca i znów pokazuje coś przed nami. Powoli podnoszę głowę i zdumiony widzę, że jesteśmy w odległości zaledwie 20 kroków od leżącego w cieniu drzew stada bawołów.

Grubas, stojący za mną, pokazuje mi leżącego tyłem – jak twierdzi – byka. Kładzie palec z tyłu głowy, pod czapką. Mam go strzelać pod hełm, w tył łba. Kątem oka widzę dużego bawoła, który stoi i patrzy na nas, jak pisał Robert Ruark, jak gdyśmy byli winni mu pieniądze…

Szybko opieram się o drzewo, przyśpiesznik, krzyż pod hełm i lekko ściągam spust. Byk nawet nie drgnął. Reszta w popłochu omija metrowej wysokości termitierę i uchodzi. Grubas podbiega do byka od tyłu i pociąga mnie za sobą. Mówi, by „wsadzić” mu jeszcze dwie, trzy kule na łopatkę. Tak na wszelki wypadek, posłusznie, pociągam jeszcze 2 razy za spust. Byk jest MÓJ!! Jest godzina 11:45.

Emocje powoli opadają, a ja czuję, że coś mnie ściska z tyłu za kręgosłup i nie pozwała na jakikolwiek ruch. Stoję tak jak słup soli z pięć minut i przyjmuję gratulacje. Nie mogę się nawet schylić, by obejrzeć bawołu. Jest piękny, a Grubas mówi – po obejrzeniu siekaczy – że jest stary. Na dowód pokazuje mi starte, od tarzania się w skalistym gruncie, końce rogów. Czy to jest dowód, nie wiem.

Rozłoga ponad 39” , a więc blisko metr!! Nie umiem z siebie wydobyć żadnego dźwięku i gdy to „coś” mnie puszcza, podchodzę wreszcie do byka. Próbuję mu zamknąć powiekę, lecz ta wraca na swoje miejsce. Byk leży z otwartymi świecami i – poza tym, że kula przeszła mu przez mózg i przeszyła dwakroć płuca, łamiąc kręgosłup – wygląda na żywego.

Radzą, by – tak dla pewności – wsadzić mu jeszcze jedną kulę. Widziano już bawoły, z którymi robiono zdjęcia, a te nagle zrywały się na nogi i porywając na rogi strzelca, uchodziły. Podchodzę do tej uwagi dość sceptycznie lecz, w końcu cóż mi szkodzi. Strzelam jeszcze raz i zaczynamy robić zdjęcia.

Cel podróży – bawół afrykański

Po sesji fotograficznej, gdy emocje osłabły siedząc w cieniu baobabu zaczynam się zastanawiać, co dalej. Pytam Fatmana, który odpowiada, że wysłał tropiciela po samochód, a byk, niepatroszony, leży i puchnie w palącym słońcu. Po 4-5 godzinach, które zajęły tropicielowi, by wrócić do samochodu, pojechać do obozu po ludzi i – na przełaj – podjechać do nas, Murzyni zaczynają ćwiartowanie zaparzonej tuszy, a my – po tylko 15 minutowym marszu – dochodzimy do trucka i zmęczeni, lecz bardzo szczęśliwi wracamy do domu.

Po drodze zastanawiam się nad nadzwyczajną orientacją Murzynów w terenie. Jak oni trafili do nas z obozu? Przecież nie jechali tak jak my, po tropach bawołów! Zaczęli w obozie, nie przy wodopoju i jadąc na przełaj trafili do miejsca strzelenia bawołu bez pudła. Dla nas białych jest to zupełnie niepojęta rzecz, a dla nich kamień, drobne, niezauważalne szczegóły surowego krajobrazu są takimi „charakterystycznymi” szczegółami, jakimi dla nas jest kwiaciarnia na skrzyżowaniu dwóch, znanych nam ulic w rodzinnym mieście.

Gigantyczne wodospady

Po lunchu rzucam się do basenu, by nawodnić swoje wysuszone na wiór ciało. Opowiadam moje przeżycia Uli i czekamy wspólnie na Jarka, który niestety, nie miał szczęścia i bawołów nie doszedł.

Wspólna kolacja i plany na dzień następny. Postanawiamy, że wspólnie z Ulą spróbujemy wybrać się na połowy ryby tygrysiej, znanej atrakcji Kariba Sea, Jarek zaś – z Peterem – będzie dalej szukać szczęścia. Po śniadaniu wyruszamy z Driverem na jezioro. Słońce pali, a my zwiedzamy południowe zatoczki, robiąc zdjęcia ptaków, hipopotamów, krokodyli i wspaniałych krajobrazów. Połowy nie są zbyt udane – za wyjątkiem tut. odmiany okoni nie łowimy nic godnego uwagi.

Ciekawy jest natomiast sposób łowienia. Otóż łowi się na rosówki tak cienkie, że mnie nie udałoby się na pewno ich nanizać na niepotrzebnie wielkie haki. Na szczęście mamy Drivera, którego zadaniem jest i ta czynność. Robi to w mgnieniu oka. Wędki nie mają spławików. Ciężarek na końcu żyłki, wielki hak i przynęta to wszystko. Co kraj to obyczaj. Wracamy nieco zmęczeni upałem i z rozkoszą zasiadamy w cieniu, przy zimnej Coca Coli, by porozmawiać z Grubasem.

Wielkie jezioro małe ryby…

Po południu wraca zmęczony Jarek i opowiada swoje wrażenia. Miał byka bawoła na otwartej przestrzeni, na sto metrów, lecz nie zdecydował się na strzał. Za daleko. Opowiada nam, jak to „daje popalić Murzynom” przy podchodach. Wyjaśniam mu, że nasi Murzyni – po polowaniach z nim, podczas gdy on moczy się w basenie – idą przez busz do swoich rodzin, do Binga i rano, o 4:30 są gotowi do dalszych łowów.

Jarek idzie nazajutrz z Fatmanem, a my z Ulą, Peterem i Kanguenem jedziemy na wycieczkę do Victoria Falls, gigantycznych wodospadów na rzece Zambezi. Ten niezwykły cud natury, to 5 kaskad (70-100 m wysokości) o szerokości 1700 m, gdzie przetacza się 550 mln litrów wody na minutę, a wielka chmura drobinek wody, wznoszących się na 500 m w niebo. Wokół „las deszczowy” w subtropikalnym klimacie z właściwą dla takiego lasu roślinnością. Tak to jedna z największych afrykańskich atrakcji turystycznych!

Wracamy z wycieczki po południu. Jarek i tym razem nie ma dobrych wieści. Postanawiam od razu, że teraz pójdziemy razem. Może ja przyniosę mu szczęście… Niestety to nie pomaga i wracamy z niczym.

Ostatni dzień polowania zaczynamy w tym samym miejscu, gdzie ja zaczynałem tropienie swojego byka. Po kilkuset metrach, gdy dochodzimy do koryta wyschniętej rzeki, pierwszej z przekroczonych przeze mnie, Fatman mówi, że dalej nie można, bo to nie ich teren! Dopiero teraz uświadamiam sobie i odkrywam to przed Jarkiem, że mój byk był – w takim razie – strzelony w sąsiednim obwodzie! Nie chcę się zastanawiać, czy za zgodą czy bez właściciela. Kimkolwiek by on nie był i jakie by tutaj nie panowały zasady…

Antylop masa

Rano następnego dnia ruszamy do pierwszego obozu po nasze trofea i – przez Bulawayo – dojeżdżamy do Kadoma. Jarek jest zły i nie ma się co dziwić, choć przecież takie jest polowanie. W Bulawayo zostawiamy trofea u preparatora, młodego Anglika i byłego zawodowego myśliwego. Przyjmuje nas bardzo grzecznie, pyta o prezydenta Wałęsę i informuje, że jesteśmy pierwszymi Polakami w jego karierze. Miał wcześniej trofea Czecha i dwóch Chorwatów. Zakład olbrzymi i różnorodność trofeów ogromna, od dik-dików po medaliony ze słonia i całe żyrafy.

W Kadoma, w domu Petera, jemy kolację i już po ciemku ruszamy dalej, do naszego trzeciego obozu. Mamy tu polować na antylopy, głównie kudu, choć Jarek ma jeszcze ochotę na gnu. Naszym przewodnikiem ma być brat Petera i nieodłączny Kanguen.

Wcześnie rano ruszamy w busz. Antylop masa, ale trudny teren jak i fakt, że polowania tutaj odbywają się znacznie częściej powoduje, że zwierzyna jest bardzo ostrożna.

Wracamy, po pierwszym dniu do obozu, bez sukcesu. Jest podobny jak w Kariba, bez pełnych ścian, nad rzeką. Chaty nie mają własnych łazienek. Łazienka jest wspólna: to otwarty szałas z mat trzcinowych z natryskiem. Wodę doprowadza agregat, a podgrzewa kucharz, przygotowujący posiłki. Podobnie wygląda ubikacja – sedes otoczony trzcinową matą. Warunki – w porównaniu z obozami poprzednimi – prymitywne, lecz każdy ma to czego potrzebuje, ale jest czysto. Obsługa miła i uczynna.

Najgorsze wrażenie na nas – co niestety potwierdzają późniejsze polowania – robi brat Petera. Jest to były zawodnik wrestlingu, najwyraźniej nie mający pojęcia o polowaniu. Pierwszego dnia jedziemy na farmę państwową, która zaskakuje absolutnym bałaganem panującym wszędzie. Do złudzenia przypomina nasze PGR-y. Mamy tu polować na kudu…

Łowy to szczególne, zupełnie jak nasze na dziki w kukurydzy. Tyle, że to kudu przychodzą na pola bawełny i w nich robią szkody!

Wjeżdżamy na pole. Zaczyna się rozwidniać. Nie widzimy jeszcze nic, gdy wtem Kanguen szepcze: są! Wytężamy wzrok i nic. Po 10 minutach, w szkłach lornetek widzimy 2 byki i łanię. Nie widzimy rogów, gdyż na tle krzaków bawełny nie sposób rozróżnić takie „szczegóły”.

Postanawiamy, że Jarek z bratem Petera objedzie pole i zaczeka na zejście w przeciwległym rogu pola, ja zaś z Zachiem, miejscowym tropicielem, zostaniemy na miejscu. Po odjechaniu Jarka widzę, na tle jasnego już nieba, wspaniałego byka o grubych (2,5 skrętu) rogach. Wolno przesuwa się w moją stronę. Emocje rosną – niestety byki zawracają i idą dokładnie w stronę miejsca, gdzie powinien być Jarek. Czekam na strzał. Cisza. Po kilku chwilach przyjeżdża samochód.

Jarek spokojnie opowiada, że byki doszły do nich na 60 kroków! Ocenił byka jako nie dość mocnego. Szkoda. Wracamy i po drodze strzelam do ładnej impali, jednak bardzo gęste krzaki nie dają przedrzeć się kuli na tyle skutecznie by ją trafić. Jarek próbuje dostać gnu, też bez rezultatu.

W Afryce zachód słońca to prawdziwy spektakl

Wspaniały byk

Wracamy do obozu, jemy smaczny lunch i znów do łowiska. Jarek strzela do pawiana, szakala, ja do kudu – wszystko bez rezultatu. Widzę jak narasta w nim napięcie… Ponowna próba dostania gnu i dalej nic. Wieczorem ognisko, kolacja i spać.

Wstajemy o 4:00 i jedziemy 50 km otwartym Land Roverem na farmę bawełny. Po przyjeździe na pole nie widzimy kompletnie nic – jest już za późno. Chcemy wracać, gdy nagle – nie wiadomo skąd – pojawiają się 2 byki i 2 łanie. Czasu do odjazdu pozostało niewiele – jutro ostatni dzień – więc postanawiam strzelać. Byk wali się w ogniu strzelony na wysoką łopatkę. Jest wielki i naprawdę piękny. To chyba król antylop afrykańskich, w każdym razie czołówka. Rogi bardzo grube, 2 pełne skręty – ładne trofeum.

Kudu – król afrykańskich antylop i wspaniałe trofeum.

Mam więc to co chciałem. Jedynie gnu zastąpiło kozła wodnego. Wracamy na farmę po ludzi do załadunku byka, który przypomina najlepsze czasy realnego socjalizmu. Sześciu dorosłych Murzynów ładuje przez 40 min. 300 kg byka. Mam w swoim terenie strażnika i miejscowego myśliwego, którzy 200 kg byki ładują na przyczepę we dwóch w ciągu 5 min. A są w wieku ponad 50 lat!

Wracając, Jarek strzela młodego byczka impali. Jemy lunch i ruszamy, tym razem bez grubasa i Kanguena, pieszo w busz. Towarzyszy nam tylko Zach. Podchodzimy dwakroć zebry, lecz Jarek nie dochodzi do strzału. W końcu, około godziny 14:00 mamy stado gnu, a właściwie wchodzimy w jego środek. Jarek strzela ładnego byka, dość małego w tuszy ale o przyzwoitych rogach. Po długim marszu do obozu i posiłku, pijemy przy ognisku wódkę i rozmawiamy o planach, a także – powoli – o powrocie.

Rano znów na pole bawełny, tym razem kudu nie ma. Powracając do obozu spotykamy jednak byka, lecz próba podejścia się nie udaje. Ale po chwili jest następny. Jarek – chyba zbyt lekkomyślnie – strzela na ponad 150 m i byk uchodzi. Idą z Kanguenem sprawdzić zestrzał i ewentualnie dojść ponownie do strzału. Jarek jest wyraźnie zły. Żal mi go – przeleciał pół świata za bawołem, nachodził się tyle, ile niejeden myśliwy nie robi w ciągu sezonu i praktycznie nie doszedł do czystego strzału. Teraz jeszcze to kudu! Dyskutujemy na ten temat długo wieczorem, już w obozie i podejmujemy ostatnią próbę.

Ostatnia szansa

Pojedziemy rano do Kadoma, spakowani, a po drodze Jarek ostatni raz zapoluje na kudu na polu bawełny. Tylko Jarek i tylko kudu. Grubas budzi nas oczywiście za późno, ładuje samochód tak nieudolnie i długo, że przyjeżdżamy na pole już za dnia. Objeżdżamy teren i nic. Zach proponuje jeszcze uprawę słoneczników – widzę desperację w oczach Jarka i rosnącą złość na grubasa, a może i na mnie. Zaczynam myśleć, że powrót do domu może być milczący…

Nagle Zach mówi: – Kudu, i widzimy, w rogu uprawy pod płotem łanię i dwa byki. Jeden z nich jest naprawdę dobry. Łania, z gracją, z miejsca przeskakuje 3 m ogrodzenie, byki są bardziej leniwe. Próbują przecisnąć się przez dziury w siatce. Młodemu się udaję, dużemu nie. Stoi bokiem i wystawia połeć. Jarek ściąga spust i słychać trzask iglicy.- Niewypał, mówi, lecz to tylko spuszczony przyśpiesznik przy zabezpieczonej broni. Przeładowuje, wielki nabój .375 spada na metalową podłogę. Cierpnie nam wszystkim skóra, a byk stoi. Odwraca się na sztych i wsadza głowę w dziurę w siatce. Pada strzał, byk zaznacza i uchodzi. Tropimy go przez dwie godziny. Patrzę na zegarek, bo za 10 godzin mamy samolot do Polski, a farby coraz mniej.

Po trzech godzinach zrezygnowany Jarek nieśmiało i ze złością sugeruje, by byka zostawić, bo nie ma farby. Kanguen mówi łamanym angielskim, że niedługo będzie leżał, bo tropy z prawej strony są „słabiej odciśnięte”! Faktycznie, nagle pokazuje się byk. Odległość około 200 m. Strzał i byk przyjmuje kulę na wątrobę. Myślimy, że to już koniec. Niestety. Po następnych 200 m byka dalej nie ma. Dochodzimy do ogrodzenia z następną farmą i Zach mówi, że bez pozwolenia nie można. Cholera. Jarek ma ostatnią kulę! Mówi, że sprawdzi tylko ze 100 m za ogrodzeniem i przeskakuje przez siatkę. JEST. Na szczęście. Byk leżał 50 m dalej i jeszcze żył, ale krótko. Strzał na kark kończy tę emocjonującą przygodę. Ma piękne skręcone rogi.

Czekamy, aż Kanguen sprowadzi samochód i robimy zdjęcia. Czas ucieka, a my ciągle 150 km od lotniska. W końcu są. Załadunek byka na nasze walizki i pędzimy do Kadomy. Szybkie rozliczenie i dalej do Harare. Na lotnisku, już spokojnie, jemy obiad i wchodzimy do samolotu. Po 14 godzinny locie jesteśmy w kraju.

Zamknęła się za nami wspaniała karta niezwykłych afrykańskich przygód. Chcemy wrócić znowu lecz do Tanzanii, na sawannę i tylko na bawoły!

JEŚLI ZAMIESZCZANE TREŚCI NA PORTALU WildMen SĄ DLA CIEBIE INTERESUJĄCE, WESPRZYJ NAS I

KUP KALENDARZ NA 2021 ROK!

Galeria zdjęć

Więcej artykułów