WildMen

PRZYPINKI DLA LUDZI NATURY

Fundusze pozyskane ze sprzedaży wspierają nasze projekty związane z ochroną przyrody i ratowaniem zagrożonych gatunków!

rogacz i odyniec

W maju dobry posokowiec zawsze znajdzie zajęcie. Rozpoczęcie sezonu na rogacze skutecznie wypełnia lukę w poszukiwaniach dzików.

Prace te nie są tak spektakularne jak na dziku, ale z reguły stwarzają szereg nowych wyzwań i poważnych problemów. Sarna zajmuje z reguły polne rewiry, co powoduje, że dochodzenia postrzelonych sztuk są prowadzone w zupełnie innym warunkach.

Okres polowań na rogacze – szczególnie w okresie rui – to upały i praca w pełnym słońcu, na pozbawionym wilgoci podłożu, co powoduje spore utrudnienia dla psa. Trop z racji małych racic jest dużo słabszy, a dodatkowo sarna lubi kluczyć.

Ale to wszystko jest niczym w porównaniu z próbą jego zatrzymania. Tropiący pies aby zatrzymać kozła musi go dogonić i bezpośrednio interweniować, co bywa bardzo ryzykowne, ponieważ zatrzymany siłą rogacz potrafi się bronić.

W przypadku sarny nie dochodzi do osaczenia i stanowienia postrzałka. To nie jest dzik, czy jeleń, który z racji swoich rozmiarów wzbudza respekt u psa, co stwarza menerowi szansę do oddania strzału.

Odgłosy zatrzymanego zwierza powodują mój osobisty dyskomfort. Dlatego dochodzenie postrzałków saren nie należy do moich ulubionych. Uważam je za męczące i ryzykowne dla psa. Jak dla mnie jedynym, małym plusem jest to, że prace bywają niezbyt długie.

Nie mogę odmówić

Tak więc, gdy późnym wieczorem zadzwonił Robert mówiąc, że ma do szukania kozła, nie zapałałem wielkim entuzjazmem. Tym bardziej, gdy usłyszałem, że poluje 250 kilometrów od mojego domu.

To mój bliski znajomy. Należy do niewielkiego grona osób, które wyjątkowo cenię, między innymi za umiejętność prowadzenia rozsądnej gospodarki łowieckiej. Mimo sporej odległości, jemu odmówić nie mogę i umawiamy się na rano.

Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że rozpoczęliśmy dwa wyjątkowe dni, które dały nam nieźle w kość. Nawet wyspać nie było mi dane, ponieważ w nocy odbieram jeszcze jeden telefon z propozycją szukania dużego odyńca. Moja oferta popołudniowej pracy zostaje jednak odrzucona w obawie, że upływający czas spowoduje zepsucie tuszy.

Kolejny telefon rano, to propozycja poszukiwania dwóch rogaczy. Tu ostrożnie oferuję ewentualną moją pomoc dopiero późnym południem, bo to całkiem przeciwny kierunek jazdy i dodatkowe 70 kilometrów…

Orzeł robi swoje

Tak więc rankiem kolejnego dnia jetem blisko ukraińskiej granicy. Robert wraz z miejscowymi kolegami opowiadają mi historię tego rogacza. Zaznaczył strzał i utykając umknął poprzez pola w rzepak. Łajka, którą podłożyli wytropiła go i nawet oszczekiwała, lecz niestety zdołał jej umknąć i pozostali bezradni….

Rusza na trop beztroski Cezar i tylko ja dźwigam ciężar presji oraz oczekiwań kolegów na wyniki tego przyjezdnego wirtuoza. A mój orzeł spokojnie robi swoje i po kilometrze rusza w gon. Po 500 metrach zatrzymuje rogacza, pokonując dwa bardzo głębokie i szerokie rowy. Choć rogacz nie był medalowy, to satysfakcję miałem wyjątkową, bo nie zawiedliśmy kolegów i Roberta.

Nie zawiedliśmy Roberta!

Wracając odbieram telefon od Waldka, który jednak ponownie prosi o poszukanie tego odyńca. Ich musterlander podniósł go rano z niedalekich tarnin, lecz dzik uszedł.

Sprawdzam trasę i mimo, że muszę z niej zboczyć, zgadzam się, będąc pełen nadziei na powtórkę z porannej pracy. Mobilizuje mnie chęć rewanżu w tym kole, bo w tegorocznej pracy za bykiem zrobiliśmy 21 kilometrów, ale bez efektu.

Niestety i tym razem zrobiliśmy kolejne 10 kilometrów. Dzik wiał nie pozostawiając ani jednej kropelki farby mimo, że Cezar bez wątpliwości rwał jak po sznurku jego tropem. Cóż w tej „Krępiance” mamy wyjątkowego pecha. Pozostaje nam wierzyć w przysłowie – do trzech razy sztuka!

Ślady farby

Pędzimy w kierunku domu, bo w kolejnym kole czekają nas dwie prace na rogaczach z poprzedniego dnia, ale pojawia się problem. Późna pora zmusza nas do przełożenia poszukiwania na rano. Niestety okazuje się, że strzelec musiał wyjechać, a jego kolega, który miał być przewodnikiem nie może przyjechać i nie ma nam kto pokazać zestrzałów.

Padamy w domu ze zmęczenia, a rankiem budzi nas telefon. Tym razem, to kolega z „Żubra”, który niezbyt precyzyjnie ulokował kulę na odyńcu. Po godzinie jesteśmy u Karola.

Strzał z podchodu na moment przewrócił w zbożu dzika, lecz ślady farby znaleźli dopiero po 200 metrach. Źle to nam wróży, bo podejrzewam trafienie na wyrostki kręgosłupa. Studzę przezornie nadzieje Karola i ruszamy w trójkę na trop.

Ślady farby momentalnie nikną, ale Cezarowi nie robi to żadnej różnicy. Prowadzi nas rączo przez łąki i laski. Rozgadałem się i byłem niewystarczająco skupiony na pracy psa, niestety zbyt późno dostrzegam tą jego charakterystyczną mowę ciała, mówiącą o bliskości postrzałka.

W pośpiechu zdejmuję broń z pleców, otwieram klapki na lunecie, zapalam punkt, a tu wielki dzik niczym z katapulty startuje spod moich nóg i rwie niknąc w gąszczu.

Odejście rakietowe

Spóźniony skład i zad Cezara tuż za dzikiem dopełnia czary goryczy. Wściekły na siebie pędzę za nimi nasłuchując, czy mój orzeł będzie w stanie go stanowić, bo dzik miał start piorunujący i odejście rakietowe.

Ale o dziwo Cezar nam to funduje już po 400 metrach gonu. Niestety dzik mu się urywa i teraz dopiero zaczyna się prawdziwy maraton pościgowy. Przez ponad trzy kilometry z kilkoma przerwami na stanowienie pędzą przez lasy, pola, asfaltowe drogi i łąki, tuż obok gospodarstw wiejskich.

Gnamy za nimi na skróty, pokonując grodzenia z elektrycznych pastuchów, a dystans między nami, raz maleje to znów rośnie. Zaniepokojony Karol, widząc dobrą kondycję uchodzącego dzika sugeruje przerwanie pracy, ale on nie wie, że w pełni zdrowy dzik już dawno urwałby się Cezarowi.

Tu rządzi mój orzeł i to on decyduje kiedy ta praca ma być zakończona. Jeśli głosi postrzałka to znaczy, że nie wolno go zawieść, bo on dobrze wie, że w końcu skutecznie go zatrzyma.

Widzimy to na polu, tuż obok gospodarstwa, gdzie pokrzykuje zaniepokojona gospodyni. Karol ją uspokaja, a dzik resztkami sił zdobywa się na kolejny odjazd. Jego słabnącą kondycję poznaję po malejącym dystansie między nami.

Odyniec szarżuje

To już jest tylko 100-150 metrów. Będąc skrajnie wyczerpany wreszcie dopadam do nich na obrzeżach pola i lasu. Zdenerwowany odyniec szarżuje na Cezara i nie zachowuje czujności. Zagalopował się parę metrów w pole.

Wracając do gęstwiny spóźnił się o sekundę i tym razem już nie mogłem zmarnować takiej okazji. Kula dosięgła go na samym skraju lasu. Gdy dotarłem do nich sam byłem zaskoczony jego rozmiarami i pięknym orężem.

Robił imponujące wrażenie. Moc i siła biły od niego. Z pewnością poległ dziczy władca. Szybka obdukcja pokazała, że jego raną postrzałową było trafienie na „puste”, tuż pod kręgosłup. Cezar zrobił prawie sześć kilometrów z czego ponad trzy w ostrym gonie.

Odyniec jest imponujący i robi wrażenie

Dwa rogacze

Niestety na świętowanie nie mamy czasu, bo okazuje się, że w końcu znalazł się ktoś, kto pokaże nam miejsca, gdzie były strzelane te dwa nieodnalezione rogacze z poprzedniego dnia.

Dojeżdżamy tam o godzinie 13.00 i spędzamy kolejne sześć godzin w słońcu i upale. To dla mnie była wojna nerwów. Sugestia jest taka, że pierwszy otrzymał trafienie, bo słyszano uderzenie kuli, a drugi, to prawdopodobnie pudło.

Na wskazanym nam pierwszym miejscu po 32 godzinach mój Cezar nie podejmuje żadnego tropu. Niedowierzając w informacje przekazywane sobie przez kolejne osoby, robimy olbrzymie koło w poszukiwaniu tropu na tych łąkach. Niestety bez efektu.

Kolejne telefoniczne rozmowy zarówno ze strzelcem i świadkiem nic do sprawy nie wnoszą tak jak i kolejne kontrole, ale osoby te sugerują jednak trafienie. Ja będąc tym poddenerwowany, ale pewny umiejętności Cezara stanowczo twierdzę, że źle wskazano nam miejsce zestrzału… albo było to pudło!

Sytuacja jest patowa, więc po trzech godzinach poirytowany jadę dalej, tym razem sprawdzić rzekome pudło w lesie do drugiego rogacza. A tu o dziwo, pomimo braku jakichkolwiek potwierdzeń Cezar łapie trop.

Niestety wysuszona ściółka po 36 godzinach powoduje, że praca przebiega w żółwim tempie. Przerywam ją będąc pewny, że rogacz otrzymał jednak niegroźną dla niego obcierkę. Zawiedziony i nie dając za wygraną korzystam z okazji, że bezpośredni świadek strzału do pierwszego rogacza jest już w okolicy i proszę go o przyjazd.

Nie każdy sukces cieszy

Zmęczony i rozgoryczony

Okazuje się, że jedziemy kilkaset metrów dalej niż za pierwszym razem i tam wreszcie Cezar łapie trop i po minucie doprowadza nas do martwego kozła!

Czuję jak zalewa mnie fala bezsilnej irytacji, lecz gryzę się w język! Straciliśmy trzy godziny robiąc pięć kilometrów w upale tylko dlatego, że myśliwemu nie przyszło do głowy oznaczyć papierkiem lub szmatką miejsca zestrzału…

Wracam do domu zmęczony i rozgoryczony mimo, że mój orzeł zakończył ten dzień dwoma niewątpliwymi sukcesami. Mamy kolejne 20 kilometrów w nogach. Cóż nie każdy sukces cieszy jednakowo.

ZAPRASZAMY DO ZAKUPÓW

Galeria zdjęć

Więcej artykułów