PRZYPINKI DLA LUDZI NATURY

Fundusze pozyskane ze sprzedaży wspierają nasze projekty związane z ochroną przyrody i ratowaniem zagrożonych gatunków!

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Share on tumblr
Share on email
Share on print

Psia „muzyka”

Najbardziej spektakularną pracą tropowca jest ta, podczas której pies po tropie dochodzi do żywego postrzałka, idzie za nim w głośny gon, a po chwili jest skuteczne i donośne stanowienie.

Ta psia „muzyka” pobudza nasze emocje i takie właśnie prace zapadają głęboko w pamięć. Choć nie wszystkie mają tak spektakularny przebieg, to z dwóch ostatnich mam niebywałą satysfakcję. Skuteczność zawsze napawa nas dumą i radością. Tym bardziej, że pokazały duży stopień trudności i różnorodność.

Pierwsza polegała na odszukaniu dzika, który sprytnie i cicho uchodził jak duch, przed nami, a mój Cezar „wszczyna alarm” dopiero gdy widzi naszego zbiega na własne oko, lub gdy czuje go bardzo blisko i wie, że czeka on na nas zaczajony nieruchomo w gąszczu.

Wielokrotnie to się nam przydarzało….

Kiedy szanse maleją

W innych przypadkach tropienie przebiega w ciszy, aż do momentu, gdy postrzałek dopuści wreszcie psa do bliskiego kontaktu. Jeśli dochodzenie trwa zbyt długo i tego kontaktu nie ma, to w znacznym stopniu rosną szanse postrzelonego zwierza, a gwałtownie maleją nasze.

W znacznej mierze jednak to my menerzy przyczyniamy się do niepowodzenia, jako najsłabsze ogniwo tego łańcucha pościgowego. Nasza kondycja i odporność psychiczna najszybciej się wyczerpują.

Czasami, gdy sił zaczyna brakować, a zwierz sprytnie unika kontaktu, potrzebne jest niekonwencjonalne rozwiązanie, takie musiałem zastosować w tym przypadku.

W kolejnej pracy niezbędna była cierpliwość, upór, konsekwencja i żelazna kondycja oraz wyjątkowa ingerencja menera. Choć w obu pracach Cezar nie użył swojego „barytonu”, który tak bardzo lubię i po którym skacze mi gwałtownie ciśnienie. W obu przykładach moja radość z powodu szczęśliwego ich zakończenia, była olbrzymia.

Śmiertelna rana

Tym razem, to Andrzej około godziny jedenastej w nocy strzelał z ambony do dużego odyńca. Niestety zwierz uszedł rączo, pozostawiając ciemną farbę… Podejmujemy wyzwanie i o godzinie szóstej rano spotykamy się w naszej Puszczy Kozienickiej we trzech, na zestrzale.

Informacje moich kolegów brzmią zachęcająco… Znaleźli w nocy mały kawałek wątroby, więc Andrzej już się zastanawia po ilu metrach znajdziemy martwego oraz czy tusza się nie zaparzyła.

Taki dowód na zestrzale, to jak wyrok, więc ruszamy pewni swego. Dyskutujemy, czy postrzałek był w stanie przejść 500 metrów. Jednak dzik ciągnie największymi gęstwinami, choć spodziewam się go w każdej chwili.

Czas upływa, kilometry lecą, a naszego pewnego nieboszczyka nie ma…

Po niecałych dwóch kilometrach dochodzimy do błotnego kąpieliska, gdzie widać, że się kurował, ale na tropie ani w kąpielisku nie dostrzegamy żadnych śladów, które powinny potwierdzać oznaki jego słabości…

Cezar tropi pewnie i spokojnie. Mam go ciągle na oku, z wyjątkiem momentów gdy wchodzimy w zwartą gęstwinę. I nagle w jednej z nich „odjeżdża” od nas dzik dość szybko na 100-120 metrów.

Spodziewam się lada moment głoszenia, ale niestety o dziwo jest cisza…

Gotowy do szarży

Po chwili dochodzę do niego na rzadszym kawałku lasu i widzę jak tam zawzięcie i konsekwentnie dalej tropi… Po kilometrze sytuacja powtarza się i zaczynam mieć złe przeczucia. Mam wrażenie, że zalegający w gęstwinie dzik, słysząc zbliżającą się pogoń, uchodzi przed nami…

Cezar czując jego świeży trop rusza za nim ostro. Jednak po paru zakrętach i pętelkach w tym gąszczu musi zwolnić, aby nie zgubić tropu i nie wpakować się na zaczajonego, gotowego do szarży dzika.

Ta sytuacja kompletnie nie pasowała do stawianej przez nas diagnozy, czyli postrzału na wątrobę. Uchodzący przed nami dzik zaprzecza jej kompletnie. Jednak po sześciu kilometrach pracy widzę, jak Cezar wraca do mnie krawędzią gęstwiny i ja już wiem, że go mamy!

Mówi mi o tym jego mina, sposób poruszania się, charakterystyczne machanie ogonem oraz to jak nawraca znów do tej kępy. Na moment, przed ponownym wejściem do niej przystaje charakterystycznie wachlując ogonem, a następnie nurkuje w nią…

Nadzwyczajne środki

W takich chwilach najzwyczajniej w świecie mam stracha, bo wiem, że ze starym, dużym odyńcem żartów nie ma. W tym gąszczu, to Cezar sporo ryzykuje, a ja… Mimo ściskanej broni, jestem prawie bez żadnych szans, dlatego wprowadzam nadzwyczajne środki.

Choć krótko znam Andrzeja, ale widzę że to stary i rozsądny nemrod. Stawiam go z drugiej strony kępy i upoważniam do strzelania, gdyby dzik kolejny raz zdecydował się na ucieczkę.

Cezar ma go odnaleźć w środku, a ja dość głośno poruszam się idąc drugą stroną kępy. Gdyby Cezar go zlokalizował i oznajmiał głośno, to będę musiał ruszyć z pomocą. Teoretycznie to proste, ale gęsią skórkę już mam na plecach, na myśl że będę musiał wejść w ten busz.

Kontrola Cezara trwała dobre 10 minut, jednak do bezpośredniego spotkania z dzikiem nie doszło… Odyniec sprytnie przemieszczał się w gąszczu. Gdy kolejny raz nawracaliśmy z Cezarem nagle pada strzał Andrzeja…

Kawałek wątroby

Odetchnąłem w tym momencie z ulgą. Pomyślałem nawet, że gdyby nie trafił do tego dzika, to też bym się cieszył, ze zrozumiałych względów…

Moja radość była nie mniejsza od Andrzeja, któremu tym razem ręka nie zadrżała. Dzik został w ogniu. Był to piękny, gruby odyniec o ładnym orężu. Został postrzelony na miękkie, tuż przy dole brzucha. Przy patroszeniu okazało się że kula kalibru 7×64 zawadziła wątrobę i śledzionę.

Marek miał rację z tym kawałkiem wątroby. Ale w tym wyjątkowym przypadku osiem godzin od postrzału, dla tego dzika, to nie był wystarczająco długi czas, aby się rozchorować.

W drugiej pracy zrobiliśmy osiem kilometrów poszukując rannego dzika. Jednak był on na tyle zdrowy, a rana tak niegroźna, że dołączył do watahy i zdecydowałem o zakończeniu poszukiwać.

ZAPRASZAMY DO ZAKUPÓW

Galeria zdjęć

Więcej artykułów