WildMen

PRZYPINKI DLA LUDZI NATURY

Fundusze pozyskane ze sprzedaży wspierają nasze projekty związane z ochroną przyrody i ratowaniem zagrożonych gatunków!

Hubert czuwa

Każdy mener psa tropiącego przystępując do pracy powinien być w dobrej kondycji psychofizycznej, a cały ekwipunek powinien skrupulatnie sprawdzić.

Taki stan pozwala na sprawdzenie oraz zabranie ze sobą niezbędnego ekwipunku dla psa i siebie. To nasz podstawowy obowiązek. Wszelkie braki, czy zaniedbania w tym temacie mogą mieć bardzo negatywnie konsekwencje, a nawet tragiczne skutki.

Tym razem w następstwie mojej niedyspozycji, błędu i roztargnienia o mały włos Cezar nie zapłacił najwyższej ceny…

Dzień wcześniej, ze względu na zbliżające się rykowisko postanowiłem sprawdzić broń i lunetę na strzelnicy. Jelenie, w przeciwieństwie do dzików nie lubią zbyt bliskich spotkań, więc precyzja strzału na większym dystansie jest niezbędna.

Zapomniałem jednak słuchawek i moja „dziewiątka” kompletnie mnie ogłuszyła. Dla pewności poprosiłem kolegę o oddanie dwóch dodatkowych strzałów kontrolnych. Zadowolony, choć z bólem głowy wróciłem do domu.

Rankiem miałem szum w uszach, ale dostałem propozycję szukania trzech postrzałków. Pozbierałem sprzęt i wskoczyliśmy z Cezarem do samochodu. Wiedziałem, że nie mamy czasu. Zapowiadał się upał, więc im szybciej będziemy się uwijać, tym mamy większe szanse na sukces.

Niezwłocznie zatem pojawiamy się wraz z kolegą u Piotra w „Prochu”. Na miejsce zestrzału jedziemy wertepami poprzez olbrzymie trzcinowiska w starych stawach. Budzi to moje najgorsze obawy. Taka dżungla, to ulubione schronienie dla dzików…

Z obolałą głową – po wczorajszych doświadczeniach – czym prędzej ruszamy na zestrzał. Zawsze gdy mamy z Cezarem zacząć pracę na tropie to skrupulatnie i z namaszczeniem sprawdzam swój ekwipunek…

Mój dobry przyjaciel, który parę razy widział taką procedurę i z niecierpliwością czekał na jej zakończenie, żartobliwie pytał, czy aby ja nie szykuję się na wojnę… Tym razem będąc w wyjątkowo marnej formie, zrobiłem to niestety pobieżnie, czego na finale tej pracy ciężko żałowałem…

Mokry busz

Ruszamy od wskazanego miejsca. Na szczęście Cezar prowadzi nas po obrzeżach tych zarośniętych stawów. Podobno dzik puścił farbę po 80 metrach. Ja jej nie dostrzegam, ale taką weryfikację jego pracy uważam za całkowicie zbędną. Jeśli pies mnie prowadzi, to wiem, że trafienie lub obcierka była, a jej efekt zweryfikuje najlepiej przebyty przez nas i dzika dystans.

Jak zwykle z początku postrzałek idzie dla nas dość dobrym, niezbyt gęstym terenem. Wszystko, co dobre szybko się kończy i natrafiamy na wiatrołomy oraz zwartą roślinność. Cezar zwalnia swoją pracę nie chcąc nadziać się na kontrę przeciwnika. A to jest sygnał, aby mieć się na baczności.

Teraz przedzieramy się już przez mokry busz blisko jakiejś rzeczki. Na nasze szczęście dzik jej nie przekracza i tak docieramy do sterty zwalonych drzew. Po zachowaniu psa i jego zwiększonych obrotach widzę wyraźnie, że nasz zbieg, albo tu jest, albo przed chwilą uszedł. Kontrola tego rumowiska przez Cezara trwa parę sekund i widzimy jak rusza do gonu!

Rozregulowana luneta

Pędzimy za nim co sił. Krzysztof słyszy jego głoszenie jako pierwszy. Mamy przed nami dzika, więc za chwilę sprawdzimy w jakiej jest kondycji. Ważne jest, aby wykorzystać to pierwsze podejście. W przeciwnym wypadku gon za dość zdrowym dzikiem bywa, że trwa nawet parę kilometrów.

Bardzo często się zdarza, że nie otrzymujemy już drugiej szansy, więc bardzo zależy mi, aby zrobić to dobrze, szybko i za pierwszym razem. Pędzimy groblą, a dzik z Cezarem wolno przesuwa się brzegiem stawu. Emocje udzielają się wszystkim. Moja „korona” podpowiada mi, co widzi, jak niewidomemu!

To irytuje mnie dodatkowo podbijając ciśnienie, bo doskonale widzę dzika gołym okiem z 20 metrów, ale przez moją lunetę dostrzegam tylko jakąś ciemną plamę! Okazuje się, że jej szkła są całe mokre tak jak i ja. Ostrość jest rozregulowana – jak sobie później uświadomiłem – przestawił ją mój kolega na strzelnicy, którego poprosiłem o oddanie strzału.

Przecieranie mokrym palcem niewiele pomaga – bo oczywiście nie zabrałem suchej chusteczki – a kręcenie regulacją ostrości nie przynosi widocznego skutku.

Zamarłem z przerażenia…

Marna dyspozycja, zaskoczenie, stres, pośpiech i podpowiedzi „korony” nie pozwalają mi na racjonalne działać, a dzik nie czeka tylko uchodzi. Zdezorientowany próbuję namierzyć jego rozmazaną sylwetkę w lunecie. Jednak on przesuwa się, a Cezar jest tuż za nim!

Trzykrotne, gorączkowe i nieudolne próby namierzenia go i oddania strzału zawodzą, a dzik pakuje się tuż przed nami na wąską groblę poprzez otaczającą ją gęstą roślinność, chcę to wykorzystać nim za dzikiem wyskoczy pies. Niestety, przy tak rozmytym obrazie robiłem to tak ślamazarnie i powolnie, że gdy wreszcie ciągnąłem za spust… Cezar zdążył wyskoczyć na groblę!

Jak to się stało, że kula przeleciała nad nim obalając tylko dzika, wie tylko św. Hubert. Zamarłem na moment z przerażenia i gdy wreszcie dał głos poczułem, jak mocno bije moje serce…

Ten moment zostanie ze mną na długo i obiecałem sobie solennie, że już zawsze przed wejściem na trop będę się szykował jak na wojnę!

Testowanie pogotowia

Wracamy z dzikiem postrzelonym na bieg do samochodów i z ulgą wyjeżdżamy z tej dżungli. Teraz pędzimy 50 kilometrów dalej, aby przekonać się, że nasz kolega spudłował rogacza. Cezar stawia diagnozę szybko i zdecydowanie.

Na niewiele się to jednak zdaje, bo w „Rysiu” u Tomka lądujemy prawie w południe. Jest już bardzo gorąco. Mariusz opowiada, że strzelał do dzika w zbożu przed północą. Niestety sprowadzony gończy niewiele tu pomógł.

Rano kolejny pies nic nie wskórał, więc zdeterminowani łowcy postanowili wypróbować, co warte jest „Pogotowie postrzałkowe”. Tym sposobem Cezar ma okazję zadebiutować w ich kole, a przy debiutach trzeba się starać..

Drugiej szansy możemy nie dostać. Cezar intuicyjnie chyba to wie, bo pracuje jak po sznurku. Nie przeszkadza mu brak farby, czy tropy jego poprzedników. Szybko pokonujemy lasek i ciągniemy suchymi polami do kolejnego.

Słodki smak sukcesu

Koledzy z „Rysia” patrzą w milczeniu dość sceptycznie, bo dowodów bytności na swej trasie ucieczki dzik nie pozostawia! Chyba dla podbicia ciśnienia w kolejnym lesie wykonuje uparcie parę kółek na niewielkim obszarze przecinając własny trop, tak jakby zgubił ślad.

Ja domyślam się, że to dzik tak krążył poszukując dobrego miejsca na odpoczynek. Po chwili Cezar prostuje trop i po 100 metrach widzę na Garminie, jak stoi w jednym miejscu.

Wreszcie znalazł naszą zgubę. Jesteśmy od niego parę metrów, a jednak w tym liściastym gąszczu trudno go dostrzec. Okazuje się, że stoi posłusznie nad poszukiwanym dzikiem – trafionym na miękkie. Radość udziela się nam wszystkim, tylko on stoi tak spokojnie, jakby był zawiedziony…

Koledzy z „Rysia” szli w milczeniu i byli sceptyczni…

Może to dlatego, że gdy dochodzi się już prawie dwusetnego dzika to emocje umie się trzymać na wodzy?

Wracamy w doskonałych humorach i z wielkim koszem słodkości ofiarowanym przez Tomka z jego piekarni. Droga do domu i sukces ma bardzo słodki smak. Pozwala zapomnieć o kropelce porannej goryczy…

ZAPRASZAMY DO ZAKUPÓW

Galeria zdjęć

Więcej artykułów