PRZYPINKI DLA LUDZI NATURY

Fundusze pozyskane ze sprzedaży wspierają nasze projekty związane z ochroną przyrody i ratowaniem zagrożonych gatunków!

Fot. shutterstock
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Share on tumblr
Share on email
Share on print

„Walczymy” z wirusem!

Jak w Lubuskiem administracja „zwalcza” ASF. Czyli opowieść o państwie z dykty, które się całkowicie pogubiło i wykonuje tylko pozorne ruchy.

Stara prawda mówi, że dopóki rzecz Cię nie dotknie osobiście niewiele o niej wiesz. Tak było z ASF. Gdy był za Wisłą, u nas w Brandenburskiej Marchii albo na Środkowym Nadodrzu (zależy kto do jakiej wersji jest przekonany), był jak bajka o żelaznym wilku. Trochę nierzeczywisty.

Niczym grom z jasnego nieba spadła informacja, że jest już w naszych stronach, konkretnie w Janka Dekierta pod Sławą. To duże zagłębie przetwórstwa mięsnego, więc kraina rozhuczała się od plotek, skąd się wziął, kto go przywiózł (może podrzucił) i jakie wrogie siły za tym stoją. Do spokoju wzywał Leszek Szewczyk

Panowie, nie dalej jak miesiąc temu, mieliśmy spotkania z weterynarzami, opowiadali jak są przygotowani, jaki mają program na wypadek „W”, wszystko jest rozpisane. Wszak na wschodzie ASF jest od pięciu lat i na pewno wnioski są wyciągane. W dodatku w maju było spotkanie z Czechami, gdzie opowiadali jak udało im się powstrzymać ASF. Nasi pewnie się czegoś od nich nauczyli.

Rzeczywiście sprawa ruszyła z kopyta. Jak tylko przyszły wyniki z Puław, że ten dzik – co go dwa tygodnie temu go znaleźli – ma wirusa. W środku nocy zebrał się „sztab kryzysowy”. Weterynarze, urzędnicy wojewody, leśnicy, zaproszono nawet myśliwych. O czym radzono do rana nie wiem, bom tam nie był, ale wieści dochodziły optymistyczne. Już, już, zaraz, zaraz ruszmy w bój. Leśnicy ogrodzą teren, myśliwi go przeszukają, potem wzorem Czech wystrzela się wszystko w ogrodzeniu.

Tylko bardzo młody prezes jednego z sąsiednich kół, którego nazwiska nie wymienię, bo w lasach pracuje, zadzwonił do mnie w środku nocy.

Wuja, to będzie wielka tragedia. Oni nie mają zielonego pojęcia o czym mówią. Nie przestudiowali doświadczeń z Podlasia, nie słuchali, co mówili Czesi, nie mają wiedzy o biologii i zachowaniach dzika.

Zaraz z rana osobiście pchnąłem maila do wojewody.

Panie wojewodo, tak się składa, że można spróbować opóźnić rozprzestrzenianie choroby na zachód. Od Szczecina po Polkowice i od Świecka po Poznań mamy autostrady oraz „eski” już solidnie ogrodzone. Wystarczy zagrodzić przejścia dla zwierzyny i mocno utrudnimy migrację dzików na zachód i północ.

Nie uwierzycie, ale za dwa dni otrzymałem odpowiedź od urzędnika wojewody.

– Dziękujemy za sugestię, myślimy o tym.

Sześć rozporządzeń

Wojewoda wydał pierwsze rozporządzenie w sprawie zwalczania ASF. W ciągu dwóch tygodni zostanie zmienione sześć razy, a pierwszy raz po 24 godzinach! W pierwszym określił obszar skażony wirusem. Polska nomenklatura jest odmienna od tej Unii Europejskiej, więc to co w Polsce nazywamy obszarem skażonym to Unia nazywa – strefą czerwoną, a to co wojewoda nazywa strefą ochronną to Bruksela strefą żółtą. Trzeba nieźle się najpierw nagimnastykować, by rozeznać się, w tym nowym dla nas nazewnictwie.

Do dzisiaj nie wiem, czy zakazy i nakazy, które wydaje wojewoda dla strefy zagrożenia obowiązują gdy staje się ona strefą czerwoną, co Unijni urzędnicy załatwiają błyskawicznie, bo w ciągu kilku dni, czy wtedy znikają obostrzenia wprowadzone przez wojewodę, a obowiązują te z rozporządzenia UE, które się nieco różnią. Z „ostrożności procesowej” my tu staramy się stosować do rozporządzeń wojewody choć… Ich rozkminienie wymaga nie lada umiejętności prawniczych.

Od 15 listopada do lasu w województwie lubuskim w strefie czerwonej i żółtej obowiązuje bezwzględny zakaz wstępu. Z czego najbardziej cieszą się kłusownicy. W lesie spokój, a prawdopodobieństwo, że spotka się leśnika, czy myśliwego zerowe.

Wojewoda wprowadza również rozliczne zakazy i nakazy. Najpierw – bezwzględny zakaz wstępu do lasu w tym obszarze. Bezwzględny. To znaczy, że od 15 listopada do lasu w województwie lubuskim w strefach czerwonej i żółtej (tak dla uproszczenia) nie mogą też wchodzić leśnicy, pracownicy ZUL-i, myśliwi. Przez las nie mogą przejeżdżać rolnicy do swoich pól, ani poruszać się po nim nie może Straż Leśna. Wiecie już kto się najbardziej z tego cieszył? Kłusownicy. Spokój w lesie, prawdopodobieństwo, że spotka się leśnika, czy myśliwego zerowe.

Wprawdzie niektórzy leśnicy pod nosem mruczeli, że wojewoda nie ma podstaw prawnych do wprowadzania takiej regulacji, ale w państwie, w którym naczelne organy sądownicze powołuje się wbrew Konstytucji, nikt się takimi drobiazgami nie przejmuje.

Ten zakaz obowiązuje do dziś! Ale jednocześnie…

Zakaz polowania

Trzymajmy się choć z grubsza chronologii, przecież wszyscy wiemy, że postanowiono zbudować płot, ale zanim powstał zarządzono przeszukiwania w poszukiwaniu padłych dzików. Zmobilizowano leśników, policjantów, strażaków. Myśliwych przywieziono nawet spod Gorzowa. Tak, tak! Nie przewidziało się Wam! W czerwonej strefie dzików szukali myśliwi z terenów gdzie jeszcze o ASF nie śnili!

Tu dochodzimy do kolejnego paradoksu. Wojewoda lubuski zabronił polować w czerwonej strefie. „Bo polowanie rozgania dziki i mogą one przenosić zarazę”- twierdzi uparcie Lubuska Wojewódzka Inspektor Weterynarii Zofia Batorczyk. Ale jej zdaniem przeszukiwania w poszukiwaniu padłych dzików zwierzyny nie rozgania. Pewnie, jak ponad setka ludzi przejdzie zwartą tyralierą przez las to zwierzyna ma to w pompce i nigdzie się nie rusza.

Tu jednak muszę coś powiedzieć na usprawiedliwienie pani weterynarz. Pojęcia o biologii i zachowaniach dzika nie ma. O tym, że polowania przeganiają zwierzyną wyczytała w „mądrym opracowaniu” zrobionym przez naukowca z profesorskim tytułem, który specjalizuje się w chorobach świń… domowych. Tam „przeszukiwania” zostały uznane za najlepszą metodę zapobiegania ASF. Dlatego jak Polska długa i szeroka przepędza się zwierzynę (bo nie tylko dziki) z miejsca na miejsce.

Jak Polska długa i szeroka w kolorowych strefach nie wolno polować, ale oddziały w specjalnych skafandrach przepędzają zwierzynę (bo nie tylko dziki) z miejsca na miejsce.

I teraz zaczął się cyrk. Nim teren ogrodzono (jak grodzono będzie dalej) to choroba już była „na zewnętrznej”. To znów wojewoda wydał rozporządzenie, w którym rozszerzył czerwoną strefą (w nomenklaturowym uproszczeniu) i rozszerzył również zakaz wstępu do lasu i zakaz polowań i tak co kilka dni.

Teraz to na koła łowieckie padł już blady strach. Bo rzecz się dzieje w sezonie polowań zbiorowych, w czasie kiedy koła gromadzą środki na przyszłoroczne wypłaty dla rolników. Z dnia na dzień musieliśmy odwołać dziesiątki, jeśli nie setki polowań dewizowych i wypłacić kary za zerwane umowy.Kolejne biura polowań rezygnują z przyszłorocznych umów, a dziki buszują po polach, szkody robią, a polować nie można!

Awantura na zebraniu

Wraz z przesuwaniem się czerwonej strefy rozszerzała się automatycznie strefa żółta. Teoretycznie polować w niej można, ale każdy dzik odstrzelony musi być poddany badaniu w kierunku ASF. Czyli dostarczony do chłodni. Tylko…

Lubuska weterynaria do dziś nie jest w stanie wskazać, do której chłodni! Bo ich nie ma! W efekcie w strefie żółtej też polować nie można .W połowie grudnia praktycznie nie można było polować w prawie całym okręgu zielonogórskim PZŁ, czyli na połowie województwa lubuskiego!

Ardanowski grzmiał w telewizji, że myśliwi nie chcą strzelać dzików, rolnicy urządzali hucpy na Nowym Świecie, a zielonogórscy myśliwi zgrzytali zębami, bo za oknem piękna, grudniowa, a potem styczniowa pełnia, a my nie możemy polować.

Już po miesiącu od wybuchu zarazy zwołano wszystkich prezesów i łowczych na wielką naradę. W założeniu organizatorów miała chyba służyć zdyscyplinowaniu kół i przekazaniu im prostych wytycznych, co im wolno, a czego nie. Ale już na początku rozpętała się awantura, po pierwszych słowach przedstawiciela wojewody, dyrektora Wydziału Zarządzania Kryzysowego, niejakiego Gretki, który jest myśliwym. Otóż przywitał on gremium i przeprosił, ale „zaraz muszę Państwa opuścić i wracać do Gorzowa”.

Wtedy, dość obcesowo, trzeba powiedzieć, do mikrofonu dorwał się prezes jednego z kół. Mówiąc krótko, w dość niewybrednych słowach, powiedział co myśli o dyrektorze.

Nie miałem zamiaru zabierać głosu, ale kiedy na początku narady najwyższy rangą na sali przedstawiciel administracji rządowej mówi, że fajnie, że przyjechaliście, ale tak naprawdę mam Was w d…, bo nawet nie zamierzam słuchać, co macie do powiedzenia, to się wściekłem. Bo to była doskonała egzemplifikacja stosunku administracji rządowej do myśliwych – siedzieć, słuchać, nie odzywać się – powiedział później prezes „Borówki”

Jego wystąpienie było niczym kamyczek, który poruszył lawinę. Okazało się bowiem, że myśliwi nie gorzej, a może nawet lepiej niż administracja znają przepisy unijne i krajowe. Młody łowczy z koła „Grandel” Grzesiek Walkowiak przyszedł z całym segregatorem ustaw i rozporządzeń i co chwila cytował je głośno pytając, głównie wojewódzkiego inspektora weterynarii – a kiedy wprowadzicie to? Jak będzie z tym? Wtórował mu dzielnie generał Nowakowski, prezes żarskiego „Rysia”, pola nie oddawał łowczy z „Cietrzewia” Marek Czajkowski. Dyskusja była długa, a jej rezultaty… żadne.

Z dnia na dzień koła musiały odwołać dziesiątki polowań dewizowych i wypłacić kary za zerwane umowy.Kolejne biura polowań rezygnują z przyszłorocznych umów, a dziki buszują po polach i szkody robią!

Kierownictwa kół nie dostały odpowiedzi na najważniejsze pytania: kiedy wreszcie wskażecie chłodnie, kiedy wreszcie będziemy polować oraz kto zapłaci za szkody wyrządzone przez zwierzynę w okresie kiedy polować nie wolno. Odpowiedź Gretki na to pytanie:- powinniście iść z tym do sądu, wzbudziła tylko gromki śmiech politowania na sali.

Tylko Dyrektor Regionalny Lasów wojciech Grochala okazał się człowiekiem na miejscu.

Ponieważ wiem, że zakaz polowań obejmuje też płową to mogę zadeklarować, że nie będziemy obciążać kół za niewykonanie planu w tym zakresie– zadeklarował czym zapunktował u łowieckiej braci.

Reasumując – w połowie grudnia w okręgu zielonogórskim polować nie można było, szkody rosły, a dziki chyba się cieszyły, bo zakaz polowań i wstępu do lasu tworzył idealne warunki do huczki, zerowania na polach i… spotykania się dziczych watah, czyli rozprzestrzeniania wirusa.

Minister „walczy”

Ale oficjalnie „walczyliśmy z wirusem”. Minister Ardanowski grzmiał, że myśliwi nie chcą strzelać, a lokalna administracja rządowa… Zakazywała polowań.

Autor tego artykułu tłumaczy sobie to w dwój sposób – albo lokalna administracja rządowa, przede wszystkim Lubuska Wojewódzka Inspektor Weterynarii, sabotuje politykę rządu, albo Ardanowski nie ma pojęcia, co dzieje się w podległym mu obszarze. Najpewniej jedno i drugie!

Tuż przed świętami wojewoda w końcu się obudził i wydał rozporządzenie nakazujące odstrzał sanitarny dzików w niektórych kołach. Ale żeby nas rozśmieszyć dał czas do 30 grudnia! Pewnie myślał sobie, że on będzie z rodziną siedział przy choince, a myśliwi będą ganiać po polach (przypominam, zakaz wstępu do lasu cały czas obowiązuje). W czasie nowiu kazał szukać czarnego zwierza.

Tutaj myśliwym przyszedł z pomocą poseł PiS Jerzy Materna. Po jego interwencji odstrzał sanitarny w żółtej strefie przedłużono do 15 stycznia, a w czerwonej do 30 stycznia. Czemu tak? Nikt nie wie… I można by na tym zakończyć tą pasjonującą opowieść, gdyby nie to, że ten nakazany przez wojewodę odstrzał to „pic na wodę, fotomontaż”.

Po dwóch miesiącach! Weterynaria ogłosiła przetargi na zakup chłodni. Procedura potrwa kolejne dwa miesiące i już od marca pewnie będzie można polować na dziki.

Bowiem nadal weterynaria nie wskazała chłodni, do których koła mają odstawiać dziki. Więc teoretycznie polować można, ale praktycznie nie możemy.

Lokalne media rozpisują się o „rzezi dzików”, a myśliwi zgrzytają zębami raz na głupstwa wypisywane przez redaktorów, dwa na wrabianie ich w nie swoje grzechy. Bowiem nie mają wątpliwości – za chwilę to im przypisze się winę za brak odstrzału.

Kluczowym elementem w tej „zabawie w chowanego” jest brak miejsc, do których można odstawiać odstrzelone tusze (tym, którzy nie wiedzą przypominam, że takie odstawianie jest obowiązkowe!). Słowem – kluczowym elementem jest brak chłodni!

Pełne zaskoczenie

Koła, z małymi wyjątkami, ich nie posiadały, bo przecież do tej pory odstawiały tusze do firm skupowych, które zwłaszcza te duże – trzeba to powiedzieć wprost – wypięły się na myśliwych i po prostu zamknęły interes. Rozumiem, że mięsa nie mogą wprowadzać do obrotu, ale jako miejsce przechowywanie tusz w celu ich badania mogły je udostępnić podpisując odpowiednie umowy z weterynarią. A może to znów weterynaria dała ciała nie proponując dzierżawy? Jedna z lokalnych firm zaproponowała kołom dzierżawę swoich chłodni za 1000 zł miesięcznie i 50 zł od przechowywanego dzika. Słowem, za roczny koszt tej propozycji można by kupić nowiuteńką chłodnię – taki interes.

W tej sytuacji znów PZŁ przejął na siebie to, co było zadaniem administracji rządowej. Prezes koła „Św. Eustachy” znalazł gdzieś w Polsce używane chłodnie ze… sklepów spożywczych, które po niewielkiej przeróbce nadawały się jako miejsce przechowywania tusz. Łowczy Okręgowy Jacek Banaszek sprawę skoordynował i kilka kół (na ponad 60) dostało takie chłodziarki. Trzeba uczciwie przyznać – zapłaciła za nie weterynaria. Tyle, że koła musiały je zmontować i przystosować do wymogów weterynaryjnych.

Po dwóch miesiącach zagrodzono przejścia dla zwierzyny na S-3. Pięć tygodni po tym jak ASF „przekroczył” tę trasę, Ciągle nie zagrodzono przejść na A-2, A-18 i A-4.

W przypadku mojego koła koszt był większy niż sama chłodnia. Ale teraz jesteśmy paniska pełna gębą. Koledzy z innych kół w pas się kłaniają, by móc zwozić dziki do nas. Ale to kropla w morzu potrzeb…
I tak dochodzimy do konkluzji. W Polsce ASF jest od 6 lat. Po początkowym zaskoczeniu, co naturalne, wydawałoby się, że jesteśmy przygotowani na zwalczanie choroby. Sam spodziewałem się, że w moim województwie w szafach pancernych weterynarii są gotowe scenariusze na wypadek „W”. Okazało się, ze nie ma nie tylko szaf pancernych, ale i scenariuszy.

Działania pozorne

Całe działania, przynajmniej u nas, sprowadzają się do trzech rzeczy;

  1. Praktycznego zakazu polowań.
  2. Rozpędzania zwierzyny pod pretekstem przeszukiwań.
  3. Masowego grodzenia siatką leśną, które pomagają… jak umarłemu kadzidło.

Za udział w poszukiwaniach się płaci. 250 zł za dzień. Skromnie licząc koszt jednego dnia w jednym terenie to około 25-40 tys. złotych! A odbywa się ich co najmniej 4 w tygodniu.

Koszt jednego kilometra ogrodzenia to około 15 tys. złotych. Postawiono tych płotów już ze dwie setki kilometrów i maja być dalsze. Każdy myśliwy wie, że takie ogrodzenie nie jest przeszkodą dla dziczej watahy. Tym bardziej, że w ogrodzeniach pozostawiono… dziury. Celem dojazdu do pól.

To są pieniądze wyrzucone w błoto! Zdaniem niżej podpisanego, gdyby te środki trafiły do rolników, na bioasekurację, na budowę, jak należy, podwójnych ogrodzeń wokół chlewni, to byłby z nich pożytek. Tak – wydajemy miliony na działanie pozorne.

W Lubuskiem ASF jest już ponad dwa miesiące. Rozwija się swobodnie, a zarażone dziki znajdowane są coraz dalej od pierwotnego ogniska. W całym okręgu polować można ledwie w kilku obwodach, tam gdzie koła lub OHZ-ty maja własne chłodnie.

O kolizji prawnej między ciągle istniejącym zakazem wstępu do lasu, a nakazem odstrzałów sanitarnych szerzej rozpisywać się nie będę.

Po dwóch miesiącach zagrodzono przejścia dla zwierzyny na S-3. Pięć tygodni po tym jak ASF „przekroczył” tę trasę, Ciągle nie zagrodzono przejść na A-2, A-18 i A-4.

Po dwóch miesiącach! Weterynaria ogłosiła przetargi na zakup chłodni. Procedura potrwa kolejne dwa miesiące i już od marca pewnie będzie można polować. A będzie na co, bo okres huczki był dla dzików spokojny jak nigdy i przez dwa miesiące nie odstrzelono w okręgu maleńki procent tego, co w minionych latach.

A kiedy wiosną rolnicy rozkrzyczą się o dziczych watahach masakrujących pola i łąki to znów okaże się, że wszystkiemu winni są myśliwi…

PS

W panikę wpadli Niemcy, ale w ciągu dosłownie kilku dni zbudowali płot (elektryczny) na brzegach Nysy Łużyckiej i Odry i na razie udają, że afrykańskiego pomoru u nich nie ma.

Wice minister rolnictwa Szymon Giżyński fot ministerstwo rolnictwa

A minister rolnictwa Szymon Giżyński żyje w przekonaniu, że podległe mu służby świetnie sobie radzą. W Senacie 17 stycznia tak opowiadał – 15 listopada pojawiłem się na sztabie kryzysowym w Gorzowie Wielkopolskim, który był znakomicie przygotowany. Wszystko było rozpisane na role – ludzie się rwali do pracy i walki – trzeba było postawić wielki płot stacjonarny ponad 100 kilometrów. Tam znakomicie to działa, ale są luki prawne i nowa ustawa je wypełni i będzie działać z automatu, bo tam musieliśmy nadrabiać te luki wolą, decyzją, stanowczością i determinacją – wyszło to świetnie!

https://www.senat.gov.pl/transmisje/podreczne-archiwum-ostatnich-transmisji/

Koniecznie wysłuchajcie ministra 1,40

JEŚLI ZAMIESZCZANE TREŚCI NA PORTALU WildMen SĄ DLA CIEBIE INTERESUJĄCE, WESPRZYJ NAS I

KUP KALENDARZ NA 2021 ROK!

Galeria zdjęć

Więcej artykułów