WildMen

PRZYPINKI DLA LUDZI NATURY

Fundusze pozyskane ze sprzedaży wspierają nasze projekty związane z ochroną przyrody i ratowaniem zagrożonych gatunków!

Ruda, kuna i Marysia

Pierwszy toast pijemy – „Za patrona i knieję”, drugi – „Za koło i jego przyjaciół”, a trzeci – „Za nasze kobiety”! Bo trzeba Wam wiedzieć, że trzeci, siódmy i dwudziesty pierwszy - zawsze wznosimy za Diany oraz żony i kochanki, które pozwalają nam uprawiać nasze cudne hobby!

Kolor rudy najczęściej kojarzy się nam, myśliwym z przecherą, liskiem-chytruskiem. Ileż to razy miast nazwy właściwej mówimy: strzeliłem rudego, rudy uszedł, widziałem pięknego rudego myszkującego po polu? Mamy do niego stosunek ambiwalentny: z jednej strony zwalczamy go zaciekle, a z drugiej… podziwiamy. Za łowiecki spryt i… piękno. Bo też piękny, to zwierz.

Ostatnimi laty jednak coraz więcej rudych pojawia się na ulicach naszych miast I to rudych… dwunożnych. Ten kolor stał się bowiem modny i coraz więcej dziewczyn farbuje się nań – od ognistej czerwieni po rudość przebarwiających się buków. O ile kiedyś rudowłosa dziewczyna uchodziła raczej za nieciekawą to teraźniejsze rude cieszą się wśród panów zadziwiającym powodzeniem. A jeśli pojawią się na zbiorówce to żartobliwa przestroga prowadzącego murowana. Panowie, tylko proszę nie pomylić koleżanki z lisem.

O jednej takiej opowiedział nam nasz prezes… Marian jest moim kolegą od wielu, wielu lat, razem zakładaliśmy koło „Jagódka”, które wymyślił i któremu prezesuje do dziś.

Dwa dni po „Polowaniu dla Sygnalistów” – organizowanym od lat dla zaprzyjaźnionych trębaczy z zachodniej Polski – zebraliśmy się celem podsumowania łowów i omówienia następnej zbiorówki. A że wypadło to krótko przed moimi imieninami posiedzenie było uroczyste.

Prezes jak zwykle siadł u szczytu i dostawił do stojących na stole kiełbas z dzika, pieczeni z jelenia tudzież innych specjałów i bukłaczek, którego zawartości mogliśmy się tylko domyślić.

Nim jednak rozlał, zażądał od skarbnika rozliczenia polowania, od łowczego tajnego wykazu popełnionych błędów, a i sekretarza rozliczył z papierologi. Dopiero wtedy wyciągnął z kieszeni nowiutkiej strzeleckiej kamizelki swą słynną kulawkę z dzikiem, sprawdził czy też mamy swoje, bo u nas za godne myśliwskich toastów uznaje się tylko te wznoszone z kulawek i pozwolił łowczemu wznieść pierwszy toast – za patrona i knieję.

Wypiliśmy, bez zakąszania, bo Prezes zakąszania po pierwszym nie uznaje, i wznieśliśmy drugi – za koło i jego przyjaciół.

Dopiero teraz rozpoczęły się luźniejsze opowieści. Oczywiście o ostatnich łowach i o tym jak Robert Olejarz przepuścił jelenie, a „Jego Królewska Mość” Rysiek trzy razy spudlił do watahy. Trwało to chwilę, aż przyszedł trzeci tradycyjny toast – „Za nasze kobiety”!

Bo trzeba Wam wiedzieć, iż trzeci, siódmy i dwudziesty pierwszy zawsze wznosimy za Diany oraz żony i kochanki, które pozwalają nam uprawiać nasze cudne hobby!

I wtedy Marcin, wicełowczy nie wytrzymał:
-Prezesie, ale o co chodzi z tą Rudą?

To było dobre, a nawet bardzo dobre pytanie, bowiem całe koło było ciekawe, o co chodzi z tą Rudą, która miała oczywiście imię, ale wszyscy, wzorem prezesa , zwracali się do niej per „Ruda” – bowiem fryzurę miała w tymże właśnie kolorze.

Jakieś pół roku wcześniej Marian przywiózł na „Złotego Rogacza” koleżankę, której nikt do tej pory nie widział i oznajmiając z głupia frant:- to nowa wyznawczyni św. Huberta, dziś będzie ze mą uczyła się łowieckiego rzemiosła na jednej ambonie, cym wprawił w osłupienie kolegów. Bowiem Marian nigdy, przenigdy, nie stawiał się w polu z kobietą, a od kiedy, kilkanaście lat temu, rozstał się ze swoją „pierwszą” nikt w kole nie widział go polującego z przedstawicielką ładniejszej połowy rodzaju ludzkiego.

Marian popatrzył po nas i widząc zaciekawione – by nie powiedzieć ciekawskie spojrzenia – rozpoczął swoją opowieść:

-Poznałem ją w końcówce tamtego sezonu zbiorówek. Pojechałem do Szorstkowłosego z Markiem. Wiecie jak to u Szorstkowłosego… Zbiórka niby o wpół do ósmej, ale tak naprawdę w szeregu stają dobre pół godziny później, więc nie denerwowałem się kiedy Marek spóźnił się na umówioną godzinę. Przyjechaliśmy trzy kwadranse na ósmą, a towarzystwo jeszcze w rozsypce. Zaparkowaliśmy i wyciągnęliśmy flinty.

Na placu stały dwie dziewczyny w polowych ubraniach, widać było, że pójdą w nagankę. Jeszcze kilka lat temu byłaby to mała sensacja, ale teraz prawie w każdym kole jest jakaś stażystka i Diana. Jedna z nich, wysoka, rudowłosa, w takiej śmiesznej czapce mocno zasłaniającej oczy, jak to się mówi, lekko mnie zaintrygowała…

-Co za jedna? – spytałem Marka.

-To chyba córka starego Olka, który dawno temu u nas polował.

Człowiek jestem grzeczny, więc podszedłem, by się przedstawić, coś zagadałem. Co tu ukrywać – potraktowała mnie z buta. Nie to nie, poszedłem dalej, przywitałem się z kolegami, przestałem zwracać na nią uwagę.

Polowanie, jak to zwykle u Szorstkowłosego było udane – łowiecko i towarzysko. Biesiada, jak zawsze trwała do późnych godzin wieczornych.

-Z Rudą już słowa nie zamieniłem, ale nie mogłem zapomnieć o tym incydencie. Żeby mnie tak „ z buta”… Minęło kilka tygodni. Gdzieś w marcu zaczynał się kurs dla nowowstępujących. Prowadziłem tam kilka zajęć i zauważyłem jej nazwisko na liście. Czekaj „ruda małpo”, teraz moja kolej. Na zajęciach miałem ochotę trochę się nad nią poznęcać, ale co zadałem jej pytanie to… znała odpowiedź. Nie dało się jej zagiąć. Ba, nawet zaczęła się uśmiechać i w przerwach nie unikała rozmowy.

Nie mogłem jej rozgryźć. Chce polować, bo naprawdę ją to interesuje, czy dlatego, że chce zrobić przyjemność ojcu? Co rusz o nim wspominała:– ojciec nauczył mnie tego, była z nim na polowaniu jak miałam 3 lata, ojciec pokazał mi tamto…

Nadszedł dzień egzaminów

Co tu dużo ukrywać- kobiety są z reguły dużo lepiej przygotowane od chłopaków. Na wszystkich kursach, które prowadziłem tylko raz zdarzyło się, że chłopak zajął pierwszą lokatę.

Stawiła się przed komisją elegancka, ubrana w zieloną spódnicę i myśliwską koszulę , z niewielkim, ale ładnym krawatnikiem. Paznokcie w kolorze fuksji dopełniały wizerunku. Wykształcona, oczytana, miała 100 procent szans na zdanie egzaminu. Gdy zaczęła odpowiadać nic nie zapowiadało, że będzie inaczej. Bezpieczeństwo ładnie, gospodarka łowiecka na przyzwoitym poziomie. Została biologia. Popatrzyła na komisje, uśmiechnęła się:

-Poddaję się.

Trochę nas zamurowało.

-Co tam Pani ma?

-Kuna. Nie wiem o niej nic.

-Może choć trochę, no jakie znamy kuny, czym się różnią? –zasiadający w komisji Paweł – kolega z tego samego koła, próbował coś z niej wyciągnąć, cokolwiek.

Zacięła się. Przestała myśleć. Wydaje mi się, że wstyd, iż wiedza uciekła jej z głowy był większy niż racjonalne myślenie.

-No, ale co ma kuna na szyi?

Nawet nie próbowała pogrzebać w zakamarkach pamięci. Zacięła się i już. Milczała i kiwała głowa w dobrze znanym ruchu, który w języku ciała oznacza -nie! Mimo to komisja czekała dobrą chwilę na jakąkolwiek odpowiedź. Nic…

-Trudno, przykro, szkoda. Zapraszamy za tydzień – powiedział wreszcie przewodniczący komisji z wyraźnym rozbawieniem. A to uparta baba. Cała komisja chce ją wyciągnąć, a ona nie.

Za tydzień znów się stawiła. Tak samo ubrana, tak samo elegancka, tylko paznokcie z koloru fuksji zmieniły się na rubinowe. I włosy jakby zrudziały bardziej.

Kiedy wyciągnęła kartkę roześmiała się głośno.

-Kuna? – z niedowierzaniem zapytał Paweł

-Kuna! – odpowiedziała i poszła się przygotowywać do odpowiedzi.

Szkoda. Nikt tego z członków komisji nie powiedział, ale czuło się, że wszyscy tak pomyśleli – znów obleje. Bo kto się uczy na poprawkę zwierzaka, którego miał już na poprzednim podejściu?

Kiedy więc przyszło do odpowiedzi liczyliśmy, że chociaż powie czym się różni tumak od kamionki. Powiedziała. I powiedziała kiedy jest ruja, jak długo trwa ciąża, czym się drapieżnik żywi, jak wychowuje młode, jak się poluje, z jakim psem i na czym polega piękno zimowego polowania.

Tym razem wbiła komisje w ziemię. Kunę zaliczyła śpiewająco! Ktoś z komisji zapytał:- naprawdę liczyła Pani, że wyciągnie jeszcze raz tego samego zwierzaka?

-Nie, ale się zawzięłam. Nawet stary niemiecki kufel do piwa z rysunkiem kuny i pięknym gotykiem napisane „Steinmarder” kupiłam i postawiłam w kuchni bym o niej pamiętała.

Był czas na czwarty toast- za honorowych członków koła. Opowieść Prezesa nabierała tempa. Życie podobno składa się z przypadków. Właśnie tamtego dnia Marian miał zaproszenie na imieniny do księdza Pawła w jej miejscowości. Gdy on tu egzaminował koledzy tam już coś pod golonkę zapewne próbowali. Kiedy przewodniczący oznajmiał, że Ruda zdała egzamin Marian uznał, iż teraz może wreszcie poprosić ja o przysługę.

-Mogła by mnie pani, o przepraszam , już koleżanka, podwieźć do swojego miasta.

Zgodziła się bez oporu.

Teraz to już nie była relacja wykładowca-kursant lecz Nemrod-Fryc, więc Marian dokładnie wypytał ja o jej łowieckie zainteresowania, powody dla których chciała polować. Dopiero teraz skojarzył, że przed wielu, wielu laty spotkał jej ojca. Kiedy wysiadał pod plebanią Pawła spytał z głupia frant:

-A może jednak da się koleżanka kiedyś zaprosić na kawę?

-Chętnie, w środę mam coś do załatwienia w mieście. Zdzwonimy się.

Napisała na kartce numer telefonu, życzyła dobrej zabawy i pojechała. Zabawa rzeczywiście była przednia. Sztuki gotowania od pawłowej gospodyni mógłby się niejeden szef renomowanej kuchni uczyć…

Marian potraktował rozmowę z Rudą jako niezobowiązującą wymianę zdań i zupełnie zapomniał o kartce z numerem telefonu. W środę szukał czegoś w portfelu i kartka – życie składa się z przypadków – sama wpadła mu w ręce.

-Kurde, to dzisiaj. Ale ze mnie gapa. Ale z drugiej strony, co zaszkodzi zadzwonić?

Nie odebrała. Pewnie jest urażona, że nie zadzwoniłem na drugi dzień – pomyślał i siadł do pisania analizy dla szefa. Po dwóch godzinach zadzwonił telefon. Nie rozpoznał numeru:

-Przepraszam, byłam na spotkaniu, nie mogłam odebrać.

-To, co? Kawa?

-Sorry nie dam rady.

Poczuł się tylko trochę rozczarowany.

-Ale pojutrze będę znów. Może wtedy…

Marian nie byłby Marianem gdyby się nie spóźnił. Niedużo ale zawsze. Zły był na siebie. Pierwsze spotkanie, a tu taka wpadka. Na szczęście czekała. Siedziała przy barze i sączyła piwo. Naturalną koleją rzeczy zamówił drugie dla siebie. Potem kolejne. Nie mogli się doczekać wolnego stolika więc zmienili lokal. Jedli, trochę drinkowali i rozmawiali. O łowiectwie. Teraz głównie mówił Marian. O tym czym jest dla niego polowanie, o łowieckich przygodach i wpadkach. Rozgadał się jak stara Tomalowa pod sklepem Stefana. Ale nie czuł żeby Rudą, tak już nazywał ją w myślach, to nudziło.

Było dobrze po północy kiedy odprowadził ją pod drzwi koleżanki, u której nocowała. Na „do widzenia” zapytał czy miałaby ochotę potowarzyszyć mu w polowaniu? O dziwo, miała.

Wspólna zbiorówka

Za jakiś miesiąc w kole organizowano „Złotego Rogacza”. Zaproponował wspólny wypad. Kiedy dojechali na miejsce zbiórki czuł się trochę niezręcznie, kiedy przedstawiał nową koleżankę. Uśmieszki kolegów jednoznacznie wskazywały, że nie wierzą ani w zapewnienia prezesa, że to po prostu koleżanka. Nigdy nie przyjeżdżał z żadną kobietą, a tu nagle…

Najbardziej zdziwiony był prezes zaprzyjaźnionego koła, który znał Rudą, bowiem pracowali w tej samej branży. Ale on zachowywał się najbardziej naturalnie – w końcu też przyjechał z młodszą koleżanką…

Jak to przed polowaniem – rozgawory, żarty. Diany na zbiórce, więc chłopki zaraz zaczęli „tokowanie”. Mistrzem w tym jest Adaś, złotnik, uwielbiany przez kolegów, a z racji niesamowitego podobieństwa swej fizjonomii do bohatera komiksów zwany jest Asterixsem.

„Tokował” wytrwale – najpierw wokół towarzyszki sąsiedniego prezesa, a potem wokół Rudej. Marian przyglądał się temu ze śmiechem dopóki Asterix nie zaproponował dziewczynom, iż to on, jako bardziej doświadczony łowca zabierze je na ambonę, a one… prawie się zgodziły.

Co za dużo to nie zdrowo – uśmiechnął się w duchu Marian i uświadomił Asterixsowi, że może się zadowolić co najwyżej towarzystwem Janka- przezacnego gospodarza rancza i łowiska oraz skorzystać z przywileju chwytu za kolanko, ale nie wyżej…

Zagrali na zbiórkę i młody łowczy sprawnie przeprowadził losowanie stanowisk i rozdzielił pojazdy.

Przypadło im miejsce na ambonie w trzecim rewirze. Ambona stała na rowie. Z przodu duże pole obsiane żytem daleko na horyzoncie wiejskie zabudowania, z tyłu łąka, z lewej strony lasek.

Jurek dał Rudej lornetkę: obserwuj uważnie, nie sposób, by coś tu nie wyszło i przymknął oczy mając ochotę na krótką drzemkę. A ta co chwilę go trącała: co tam jest? To rude tam daleko? Oczywiście, nic nie było. Po kolejnym takim incydencie miał ochotę fuknąć na nią. Gdyby to był facet to pewnie, by rzucił jakimś słowem , dziś powszechnym, w jego młodości uważanym za przystojące fornalom. Ale babie? No nie uchodzi.

Przypomniał sobie słowa pułkownika Pietraszkiewicza, swojego imiennika, przezacnej łowieckiej postaci: Wiesz baba na polowaniu to sam kłopot. Pożytek z tego niewielki, a i wysiusiać się trudno, bo trza w las wchodzić.

Pułkownik lubił to opowiadać, zwłaszcza przy… paniach, bowiem nie bez kozery uchodził za największego przystojniaka w lasach. Uwielbiał flirtować, ale z punktu widzenia pań miał wielką wadę: żonę kochał nad życie i kiedy już, już, Diana była prawie gotowa ulec czarowi Pana Jurka ten wsiadał na motor i jechał do domu.

Po kolejnym szturchnięciu Marian poprosił o kawę, a po pięciu minutach znów przypomniał sobie starego pułkownika. Kawa jak wiadomo ma właściwości moczopędne. Normalnie stanąłby w drzwiach ambony i rzecz załatwił, a tu… trzeba zejść na dół i jeszcze gdzieś się schować.

Słońce jeszcze nie zapadło za horyzont, choć powoli chowało się za dachy wsi. Za wcześnie na cokolwiek-pomyślał i zszedł cichutko po drabinie. Odszedł kilka kroków, schował się za drzewo, wykonał czynność zwaną fizjologiczną i w momencie kiedy zapiął pasek i spojrzał przed siebie zobaczył Czarnego. Stał ze dwadzieścia kroków dalej, widać było, iż właśnie miał zamiar wyjść z podszytu na pole. Stał i oczył prosto na Mariana…

-Kurde, mówię Wam, zamurowało, mnie. Stoję jak ten posąg w Luwrze i nie wiem co mam robić -podniósł się zza stołu i trzymając kieliszek w ręce, tak w pół drogi między ustami a brzegiem kulawki starł się nam zobrazować sytuację… -Karabin został na ambonie, ja z rozpiętym rozporkiem, no jaja mówię Wam chłopki jak nie przymierzając na targu wielkanocnym w Miodnicy. Wreszcie dzik fuknął i ruszył w pole. -I co dalej, o co dalej? Gorączkowo dopytywał się Piotr, słynący z tego, że nawet w najkomiczniejszych sytuacjach potrafi utrzymać powagę- i co dalej Panie Prezesie, co dalej? -No co, zsunąłem zamek i słyszę jak Ruda scenicznym szeptem woła:
-Jurek, Jurek szybko, dzik, dzik, dzik.

Podszedłem zrezygnowany, wdrapałem się na ambonę.

-Widziałeś, dzik był, tam poszedł- podekscytowana pokazywała w stronę kościelnej wieży.

-Widziałem, na mszę wieczorną się pewnie spieszył.

Zaczęła się śmiać i… kurde, przytuliła się. Nie powiem, miło mi się zrobiło, staremu chłopu, że taka dzierlatka się przytula choć to takie przyjacielskie przytulanie było. Chyba… Ale zważywszy, że jeszcze cztery miesiące wcześniej z buta mnie traktowała to powiem Wam chłopaki – męski duch we mnie wstąpił.

Tu Jurek przechylił kulawkę z najznakomitszym trunkiem – dyziową imbirówką i spoważniał:

-Tego wieczoru nic już nie widzieliśmy. Tylko kos przysiadł na sąsiednim drzewie i gwizdał wesoło, jakby ze mnie sobie łacha darł.

Wieczorem, na biesiadzie, Jurek przysiadł z byłym prezesem Nafty i nie znanym sobie bliżej łowczym koła z drugiego końca okręgu Rozmowa kleiła się słabo, bo to on „wyciągnął zapałki” czyli zobowiązał się robić za dyrektora kierownicy. Za to chłopaki wzięli dziewczyny w obroty.

Asterix roztaczał swój czar niczym po wypiciu magicznego napoju Panoramiksa, Leszek, jak zwykle w kucharskiej, białej czapce dzielił pieczonego dzika oferując Dianom, co oczywiste, „tylko najlepsze kawałki”, Dyzio sięgał, co rusz po kolejny flakonik swej przesławnej imbirówki.

Dobrze po północy Jurek zarządził jednak odwrót do domu. Z niewielkimi trudnościami przekonał ją, że jednak już czas. Jak należy odprowadził pod same drzwi i w drodze powrotnej cały czas myślał o tym przytuleniu na ambonie. Niby nic, ale tak jakoś dziwnie. On, który całe życie sam siadywał na zwyżkach i nie lubił z nikim dzielić miejsca nagle…

-Dobra, zabiorę ją jeszcze raz. Może jednak jej kolanko przyniesie mi szczęście – pomyślałem sobie.

Prezes z dzierlatką

Lato minęło na urlopowych wyjazdach i odezwał się do niej dopiero z początkiem września.

-Jedziemy większą ekipą do Pikusia, ale ostrzegam, to kawałek drogi i powrót będzie późno. Jedziesz?

Zgodziła się bez oporu. Już miała załatwione papiery, broń. Słowem Diana pełną piersią. W dodatku zaoferowała się za drivera.

Powiedział kolegom, że tym razem podwoda po jego stronie. Kiedy po kolei po nich podjeżdżali znów widział zdziwione miny. Prezes z taką dzierlatką?

U Pikusia, było jak zawsze. Stolik przed domem, świetna suszona kiełbaska. Po obowiązkowym ceremoniale i opowieściach Pikuś z swoim nowym myśliwym, też Jurkiem, rozwieźli ich na ambony.

Zapytał Rudej czy jest gotowa na samodzielne siadanie…

-Nie wolę z Tobą.

Ambona przy sporym polu wśród lasu nie okazała się szczęśliwa. Mimo, że jak nakazuje tradycja chwycił przed wyjściem za kolano, a nawet wyżej… Nic, pustynia, panie, pustynia.

Pikuś był niepocieszony. Żal, że gościom nic nie wyszło bił z oczu na odległość…

-Musicie przyjechać znów. Koniecznie.

Posiedzieli, jak nakazuje zwyczaj do późna. W drodze powrotnej Ruda okazała się mieć nogę dość ciężką, mknęła po autostradzie z prędkością, która policji na pewno, by się nie spodobała i w domu byli już przed świtem. Umówili się na następne wyjście, ale jakoś się nie złożyło.

-Pamiętacie jak to było w październiku? – zapytał retorycznie po odstawieniu kolejnej kulawki, do góry dnem oczywiście.

-Pamiętaliśmy, a jakże..

Od lat w naszym kole pierwsza zbiorówka była w połowie października. Na otwarciu sezonu zawsze jest ze trzy razy więcej gości niż członków koła. Tradycją stało się więc, że Marian witał na zbiórce członków koła, a gości pozdrawiał in gremio. Tym razem było inaczej:

-Dziś wyjątkowo witam na naszym polowaniu indywidualnie gości, trzy Diany: Ognistowłosą od Marcina, Ciemnowłosą spod Gorzowa oraz Rudą od… Tu zawiesił głos i nie dokończył. – Dla wszystkich to pierwsze polowanie zbiorowe i prosimy je do ślubowania.

Jak zwykle było uroczyście, Marian kordelasem pasował nowe Diany, trębacze zagrali. Każda z pań otrzymała oprawiony dyplom, za co podziękowały, ściskając i całując prezesa. Wszyscy widzieliśmy, że Ruda ucałowała Jurka szczególnie mocno i gorąco. Mętlik powstał w naszych głowach niemały. Romansuje prezes z Rudą czy nie?

Sytuację zaciemniał fakt, iż od tamtego „Złotego Rogacza” w soboty przyjeżdżała do łowiska bez prezesa i mimo, że nie jest członkiem naszego koła, objeżdżała teren z łowczym, zasilając buchtowiska, nęciska i lizawki. A łowczy też chłop z odzysku…

Dlatego, korzystając z okazji, iż zamiast imbirówki na stole pokazała się „Wiśniówka Jeneralska”, która onegdaj otrzymałem od generała Henryka z Nowego Targu i godna była ona swej nazwy ,spytaliśmy prezesa wprost:

-Jak to jest Prezesie, szykuje się nam nowa Prezesowa, czy nie?

Prezes przechylił kulawkę, odstawił znów dnem do góry i filozoficznie rzekł.

-Pamiętajcie chłopaki, o starej zasadzie: mniej wiesz, krócej zeznajesz, ale jak Ruda strzeliła swojego pierwszego dzika to mogę Wam opowiedzieć. Ale wiecie… Tu spojrzał znacząco na stół. Chłopaki jesteśmy nie w ciemię bici, więc Mateusz udał się do kuchni i z lodówki wyciągnął co trzeba.

W milczeniu zdegustowaliśmy kolejny góralski wyrób – tym razem od Staśka z Bukowiny – po czym prezes uraczył nas dalszym ciągiem opowieści:

-Jak pamiętacie na tym pierwszym polowaniu dziewczyny nic nie strzeliły. Ale dwa dni potem przyszło zaproszenie do koła „Hak”, gdzie synowie Renia rządzą. Spytałem czy mogę wziąć gości… Nie mieli nic przeciwko. Pojechaliśmy większą ekipę. Jerry Butcher, Frącek, Prezes Honorowy i oczyścicie Ruda. Po tych kilku wyjściach już chciałem by swego pierwszego grubego zwierza strzeliła przy mnie.

Polowanie w Haku

W „Haku” jak wiecie, jest zawsze jak należy. Mają – obok „Żurawia” – najlepszy zestaw sygnalistów, organizacyjnie są ogarnięci, a towarzysko to jedno z najlepszych kół w jakich bywam.

Wczesna jesień jeszcze nie wszystkie liści się przebarwiły. Ciepło. No bajka…

Właściwie nie pamiętam tamtego polowania z wyjątkiem tego jednego miotu. Szeroki, leśny dukt. Bardzo szeroki. Rudej stanowisko przypadło po mojej lewej stronie, sąsiada z prawej nie widziałem, bo stał już za lekkim zakrętem. Z przodu drągowina, po skosie, lekko z prawej niewielki parów z dość bogatym podszytem.

To było gdzieś w połowie polowania. Kilka tygodni przed ASF. Tak, teraz czas dzielimy na ten przed ASF i ten z ASF…

Prezes odbiegł od tematu i się zamyślił. Spojrzenie zrobiło się nieobecne, wzrok błądził gdzieś po pełnych trofeów ścianach Gawry. Trzeba było go przywołać do porządku. Na szczęście Marcin, nasz młody podłowczy, uzupełnił kulawkę prezesa i bez pardonu rzekł:- ASF aesefem ale jak tam to polowanie?

Prezes uśmiechnął się i ciągnął dalej:

-Stanąłem, uchyliłem kapelusza Rudej. Stanowisko miała daleko, ale na tej prostej szerokiej drodze widoczność była doskonała. Zagrała trąbka i zaraz odezwały się psy. W „Haku” psy mają doskonałe, więc od razu było wiadomo, że zwierz jest. W dodatku grały gdzieś na wprost za niewielkim wzniesieniem ciągnącym się w poprzek miotu. Wiecie jak to jest, jak psy grają?– ni to zapytał , ni to stwierdził prezes.

Pokiwaliśmy głowami. Kto by nie wiedział? Krew zaczyna krążyć szybciej, człowiek odruchowo wstaje ze stołka, wytęża słuch, wodzi oczyma niczym latarnia morska w Gąskach. Z prawej na lewą i z powrotem, z prawej na lewą i z powrotem.

-Kiedy na flance padły strzały, a psy nie skończyły grania wiedziałem, ze wataha się rozpierzchła i dziki biegają pojedynczo po miocie – ciągnął prezes – lata doświadczenia, dodał z lekką nutą wyższości.

Co prawda to prawda, Prezes z niejednego pieca, łowieckiego, chleb jadał i niejednego dzika spudlił, ale wiedzieliśmy, że teraz nie należy przerywać opowieści.

-Najpierw go usłyszałem, a zaraz potem zobaczyłem. Stał w parowie i oczył w moja stronę. Zarośla nie dawały szans na strzał w tym kierunku. Rusz się, pomyślałem i już w myślach widziałem jak wyskakuje z parowu, przeskakuje po mojej prawej a ja… Chyba odczytał moje marzenia, bo cofnął się w głąb miotu. Szkoda Hubercie. Zrobiło się cicho i nagle zobaczyłem go jak przemyka między drzewami naprzeciwko mnie. Defiluje na wprost, wzdłuż linii w lewą stronę. Przeskoczył przez wizurkę nim zdążyłem się złożyć. Szedł w stronę stanowiska Rudej…

Może? Pomyślałem nieśmiało. Patrzyłem. Dobre trzy minuty, a może tylko tak długo mi się to zdawało? Wypadł. W pełnym biegu, szedł przez drogę. Kątem oka widzę jak Ruda podnosi ten swój ciężki karabin, słyszę jak grzmi i widzę biegnącego dzika.

-Cholera, spudłowała – pomyślałem – i w tym momencie widzę jak dzik roluje. Ucieszyłem się jakby to był mój pierwszy!

Kurde, polubiłem tę babę – po tych słowach prezes spojrzał w moją stronę. Napełniłem kulawki jak każe odwieczny zwyczaj, przechyliliśmy pucharki, zagryźliśmy świetną kiełbaską Jarkowego wyrobu. Zapadła cisza…

-Za chwilę parowem, śladem tego pierwszego przyszedł drugi- ciągnął prezes – ale ten zachował się jak mu wymyśliłem. Wprawdzie na drodze go spóźniłem, ale poprawka była celna. Widziałem jak przyjął kulę i znikł mi z oczu.

Po trąbce poszedłem go poszukać. Leżał niedaleko. Pieczęć, Ostatni kęs. Zadzwoniłem do prowadzącego gdzie leży, oznaczyłem miejsce i wróciłem na drogę, by podejść do Rudej i jej pogratulować. No trochę to trwało.

Idę i co widzę…- prezes zawiesił głos niczym Holoubek w III akcie „Dziadów” – Ruda klęczy przy dziku i go głaszcze. Głaszcze… No tak jak głaszcze się psa lub kota. Klęczy i głaszcze. Nie podoba mi się to ani, ani trochę. Przyspieszyłem kroku, stanąłem obok. Staję przy, a ta klęczy, podnosi na mnie oczy i mówi:

-Marysia, to była Marysia.

I głaszcze go dalej. Jeszcze mi tu brakuje, by się rozpłakała. Nie wiem co robić? Chyba dla niej przygoda łowiecka się skończyła. Nie udźwignęła – myślę sobie i żal mi kobitki, a tak się dobrze zapowiadała…

Ale jak nie wiesz co robić to… Rób, co każe tradycja. Podszedłem do najbliższego dębczaka, ułamałem gałązkę. Położyłem na ranie, wetknąłem do gęby, podałem na kapeluszu. Wzięła, wetknęła za wstążkę swojego kapelusza i się przytuliła. Mocno, bardzo mocno.

Nie wiedziałem – z radości czy z żalu? Pierwszy raz spotkałem się z taką sytuacją. Żeby nadawać imię ustrzelonemu dzikowi? Naprawdę pomyślałem, że to już koniec polowań Rudej i… z Rudą.

Ale nadjechał Grzesiek- prowadzący i uratował sytuację. Pogratulował, sięgnął po nóż i zaczął zakasywać rękawy. Wyraźnie chciał wyręczyć dziewczynę w patroszeniu. A ta…jakby otrzeźwiała.

-Nie , to mój pierwszy. Sama wypatroszę.

I zrobiła to sprawnie. Bardzo sprawnie. Widać, że staż i pewnie nauki ojca nie poszły na marne. Niejeden mógłby się od niej uczyć tej sztuki.

-Tak panowie, nawet Wam – tu spojrzał wymownie w stronę Skarbnika- tak sprawnie to nie idzie.

Cóż, nie mieliśmy ochoty na spór w tej sprawie tym bardziej, że nawet na nas opowieść prezesa zrobiła wrażenie.

-Marysia, Marysia- powtarzał Andrzej pod nosem i kiwał głową. -Też bym na miejscu prezesa myślał, że się dziewczyna rozklei.

-No widzisz młody, jak to się człowiek może pomylić. Zwłaszcza jeśli chodzi o rude…

Myśliwskie zwyczaje

Bo od tego czasu Ruda polowała jeszcze więcej. Wiedzieli o tym, bo bywała na ich polowaniach, ba przyjeżdżała na prace gospodarcze, uczestniczyła w imprezach koła, jeździła z łowczym regularnie na dokarmianie. Jakiś czas temu to on zaproponował, by ją przyjąć na rezydenta do koła, ale spotkał się w tej sprawie ze zdecydowanym sprzeciwem prezesa.

-Nie będziemy zadzierali z sąsiadami. Już i tak krzywo patrzą, że jeździ do nas częściej niż do macierzystego koła. A to fajne chłopaki.

-Odtąd prezes puszcza ją samą do lasu?- rzucił Mateusz, nasz młody sekretarz, chłopak dobrze wychowany, który w takich dyskusjach raczej jeszcze słuchał.

-O nie, jeszcze wtedy nie – tym razem prezes uśmiechnął się szeroko i sięgnął po swoją „Brajanówkę malinową”, co to tylko na specjalne okazje bywa serwowana – jakiś czas potem pojechaliśmy do nas, na poletko. Lubię tę ambonę choć przez 10 lat tylko jednego dzika z niej strzeliłem. Ale cisza tam panuje taka cudowna, zwierza wychodzi sporo. Jest na co popatrzeć. Traktuję ją jako ambonę wypoczynkową – wyciszyć się, poobserwować, pokontemplować. Ale pomyślałem sobie, że jak Ruda szybko nie strzeli następnego dzika to może być różnie. Wiecie, ten obrazek – klęczącej dziewczyny z czułością głaszczącej dzika, którego właśnie strzeliła, nie dawał mi spokoju.

Poprosiłem Piotra, by trochę tam sypnął i pojechaliśmy.

-Poletko nie zawiodło. Cisza, tylko śpiewające ptaki. Wiecie, że tam wiatru nie ma nigdy, odgłosy z autostrady nie dochodzą. Siedzieliśmy w milczeniu, bo i o czymże gadać w takim momencie. Nawet najcichszy szept były jak krzyk w pustym korytarzu szkolnym. Wyszła jedna koza, druga, potem kozioł. Z lewej przykicał Filip.

W pewnym momencie Ruda jednak przerwała:

-Faceci jak jadą na polowanie to za kolanko dziewczyny chwytają, a dziewczyny za co mają chwytać?

Zamurowało mnie. Przyznać się, że nie wiem? Głupio. Wtedy sobie przypomniałem, że niedawno gdzieś wyczytałem, że dziewczyny za najseksowniejszą część męskiego ciała uważają to miejsce gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę. Zaryzykowałem:

-Chyba za pośladki.

-Wstawaj- szepnęła- chwytam.

Co było robić… Znów siedzieliśmy w milczeniu tylko ta, co rusz strzelała spod tego swojego kapelusz oczkiem i śmiała się bezgłośnie. Człowiek całe życie sam siedzi na ambonie, nie wie co robić…

Tu spojrzeliśmy po sobie i mało nie ryknęliśmy śmiechem. Prezes nie wie, co w takich sytuacjach robić? On, który kiedyś miał opinie pierwszego pożeracza damskich serc. Fakt, dawno to było i ostatnimi laty prezes jakby stracił zainteresowanie dla płci nadobnej, ale przecież takich rzeczy się nie zapomina… Chyba…

Postanowiliśmy jednak udawać, że prezesowi wierzymy i Piotr podsunął mu talerzyk sała, oryginalnego litewskiego, co je ostatnio Bochen od marszałka spodlaskiego z Bakłarzewa przywiózł. A jako, że nasz prezes wielbiciel sała wielki, więc zarzucił opowieść i skonsumował trzy plasterki z cebulką, lekusieńko skropione octem i płateczkiem czosnku przykryte, niczym w „Lwowskiej Komandzie” na Foksalu. Błogość ukazała się na obliczu rezesa, a że takowe delicyje idą w parze tylko z dobrze zmrożonym białym winem czterdziestoprocentowym, więc zarządził zmianę napitków. Siedzieliśmy w ciszy i ciekawość nas zżerała, co też tam na tej ambonie, ale wiedzieliśmy, że póki prezes nie skończy się delektować sałem wszelkie pytania są bezowocne.

Prezes zakąsił, przepłukał gardło i spytał :- na czym to ja skończyłem?
-No ,że na tej ambonie prezes dał się obłapić – podpowiedziałem usłużnie – i co było dalej było już nie dokończył.

Machnął ręką:

-Młodzi jesteście, po co Wam ta wiedza. Dość, że patron nasz, Hubert Aredeński, co to nim świętym został wiedział do czego kielich i kolano białogłowy służy – wyratował mnie z opresji. Bo najpierw usłyszeliśmy szum, taki co tylko wataha w lesie robi, a potem na polanę wypadło z 6 przelatków. A wśród nich łaciaty! Rozumiecie – łaciaty! Nikt nigdy łaciatego u nas w łowisku nie widział, a tu taki dziwoląg. Słońce jeszcze dobrze nie zaszło, a tu łaciaty biega. Więc szepczę do Rudej – bierz tego łaciatego. A ona: – boję się.

-Bierz i nie wydziwiaj.

Położyła ten swój ciężki karabin na oknie, przymierzyła. Piotrek przyjechał pomóc załadować do samochodu to wie jak było potem. Ruda autentycznie się cieszyła. Wtedy uznałem, że może już polować sama. Od tamtej pory nawet jak jeździmy razem w łowisko to siadamy na oddzielnych ambonach. Mogę powiedzieć, że pierwszą Dianę w swoim długim życiu do łowiectwa wprowadziłem.

Tu Prezes skonsumował kolejny kawałek sała, popił dobrze zmrożoną, otarł wąsa, wstał od stołu i rzuciwszy:

-No dzwońce jedne, dość tej łaciny, krew w Was gorąca to się jeszcze bawcie. Na mnie czas.

Wcisnął kapelusz na głowę, skinął swemu krewniakowi Tomiakowi i kazał się wieźć… No właśnie nikt nie usłyszał gdzie…

Jeszcze cztery kwarytki zajęto nam roztrząsanie, czy prezes miał romans z tą Rudą, a może jeszcze ma? Czy też tylko to pozory i zasłona dymna? Zdarzyło się coś na tej ambonie na Poletku, czy nie? A może prezes nie ściemniał kiedy mówił, iż po prostu chciał dziewczynę wprowadzić do łowiectwa? Bo jednej rzeczy jej odmówić nie można – pasję do polowania ma wielką, wiedzą niejednego starego Nemroda przewyższa o poziomy. Jej ojciec pewnie jest z niej dumny jak cholera. Mateusz ze skarbnikiem obstawiali, że Prezes na stare lata jednak znów romansuje, ja uważałem, iż mimo prawdziwości jego opowieści jest w nich tyle niedomówień, że po prostu z nas kpi.

Tylko łowczy, który jeździ z Rudą na dokarmianie milczał i filozoficznie patrzył w sufit. Ale on podobno zakochany w jednej blondynce z miasta Breslau i wiarygodność jego ocenialiśmy na zero.

Księżyc już stał wysoko kiedyśmy, nie rozstrzygnąwszy dylematu, zlegli w Gawrze snem sprawiedliwych. Jedyne, co udało się w ostatniej chwili ustalić to, że ponowimy suplikę do prezesa, by jednak Rudą przyjąć na rezydenta.

Najlepsza koleżanka

Kilka dni później obraz sprawy prezes zaciemnił jeszcze bardziej kiedy oświadczył, że przyjmiemy do koła nową stażystkę i on osobiście będzie jej wprowadzającym. A na zarządzie Nowa oświadczyła, iż zdecydowała się do nas przyjść, bo jej najlepsza koleżanka mówi, iż tu się nauczy łowiectwa i rekomenduje jej staż u nas. Jej najlepszą koleżanką jest… Ruda.

I już nic z tego nie rozumiemy. Romansuje ten nasz prezes z tą Rudą, czy nie? Będziemy mieli nową Prezesową, czy nie? Chcieliśmy go o to zapytać na kolejnym zarządzie, ale zapadł był na Covid i od pół roku gada z nami tylko przez telefon. A nas ciekawość zżera… Dobrze, że idzie sezon zbiorówek. Koledzy upoważnili mnie do bystrej obserwacji poczynań prezesa i złożenia stosownego meldunku na następnym polowaniu „Dla Przyjaciół”.

Jurkowi Przybeckiemu, naszemu prezesowi, wieloletniemu towarzyszowi łowieckich dróg, w podziękowaniu za inspirację.

Opowiadanie „Ruda, kuna i Marysia” znajdziecie w książce Andrzeja Brachmańskiego

ZAPRASZAMY DO ZAKUPÓW

Galeria zdjęć

Więcej artykułów