PRZYPINKI DLA LUDZI NATURY

Fundusze pozyskane ze sprzedaży wspierają nasze projekty związane z ochroną przyrody i ratowaniem zagrożonych gatunków!

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Share on tumblr
Share on email
Share on print

Przedstawiciel – ale czy nasz?

Zarząd Główny powołał dr Witolda Daniłowicza na przedstawiciela Polskiego Związku Łowieckiego do grupy roboczej FACE. To doświadczony myśliwy, który od wielu lat opowiada się za likwidacją obecnego modelu łowiectwa i przypisania zwierzyny do właściciela gruntu.

Nie ukrywam, że działania łowczego krajowego stają się nie tylko zaskakujące i mało zrozumiane, ale również mocno kontrowersyjne. Tym razem Paweł Lisiak powołał prawnika i myśliwego z ponad trzydziestoletnim stażem, jako naszego reprezentanta w europejskiej federacji łowieckiej (FACE). Pan Witold jest niewątpliwie osobą bardzo szanowaną. Wielokrotnie udzielał się na różnych spotkaniach, gdzie wspólnie z senatorem Stanisławem Gorczycą (Platforma Obywatelska) próbowali osłabić pozycję Polskiego Związku Łowieckiego i wprowadzić znaczące zmiany w modelu łowiectwa.

Żyjemy w wolnym kraju i każdy ma prawo do własnych przemyśleń i pomysłów. Nie mogę zarzucić panu Witoldowi braku konsekwencji i bardzo przemyślanego poglądu na temat „reformy” łowiectwa w Polsce, który od wielu lat lansuje. Oczywiście, fundamentalnie się z nim nie zgadzam. Pan Daniłowicz jest między innymi zwolennikiem przekształcenia PZŁ w państwową agencję.

„Rolę państwowego organu regulacyjno-kontrolnego mogłaby odgrywać Państwowa Administracja Łowiecka działająca na poziomie starostwa, województwa i ogólnokrajowym. Utworzenie takiej struktury byłoby dużo prostsze, niż się wydaje – da się ją bowiem zbudować na bazie obecnych struktur i kadr Polskiego Związku Łowieckiego. Państwowa Administracja Łowiecka wykonywałaby część zadań obecnie leżących w gestii PZŁ, a w szczególności zajmowałaby się wydawaniem kart łowieckich (czyli uprawnień myśliwskich) oraz planowaniem, koordynowaniem i nadzorowaniem realizacji gospodarki łowieckiej na większych obszarach (plany łowieckie). Do jej kompetencji należałoby także ustalanie kryteriów odstrzałów i kontrolowanie ich przestrzegania. Ramieniem wykonawczym Państwowej Administracji Łowieckiej byłaby Państwowa Straż Łowiecka.”

To fragment tekstu, jaki pan Daniłowicz opublikował w „Braci Łowieckiej” w 2014 roku. Jeśli ktoś myśli, że nasz ulubieniec Sławomir Izdebski jest pomysłodawcą „PAŁ”, to grubo się myli. Myślę, że panowie ściśle współpracowali, a jeśli nie, to pan Daniłowicz powinien żądać uznania praw autorskich do koncepcji lansowanych przez byłego senatora Samoobrony.

Pana Witolda Daniłowicza całkowicie rozumiem. Pochodzi z rodziny ziemiańskiej. Jego dziadek był przed wojną właścicielem trzech majątków. Hodował konie dla wojska, organizował biegi hubertowskie i był myśliwym w pełnym tego słowa znaczeniu. Pan Witold bardzo często odwołuje się do swoich ziemiańskich tradycji, dlatego nikogo nie powinno dziwić, że jest orędownikiem przypisania zwierzyny do gruntu!

„Oderwanie prawa własności ziemi od prawa do polowania – skutkiem przyjęcia tej zasady w prawie polskim jest sytuacja, w której właściciel nieruchomości nie może polować na swoim gruncie i, co więcej, nie czerpie żadnej korzyści ani nie otrzymuje żadnej rekompensaty z tytułu tego, że na jego nieruchomości polują inni.”

To jest oczywista niesprawiedliwość dziejowa, jaka spotkała wszystkich ziemian. Reforma rolna zabrała im wszystko, a w wolnej Polsce politycy nie chcą przywrócić podstawowej zasady, jaka funkcjonowała przed drugą wojną światową, kiedy polowaniem zajmowali się tylko zamożni obywatele. Pan Daniłowicz nie ukrywa, że zmiana modelu łowiectwa spowoduje, że nie wszystkich będzie stać na kultywowanie rodzinnych tradycji. Szczególnie łowcom, którym drzwi do łowiectwa otworzył socjalizm.

„Należy mieć świadomość, że wprowadzenie nowych regulacji spowoduje istotne zmiany w istniejących obecnie kołach łowieckich. Po nowym podziale kraju na obwody i podniesieniu tenuty dzierżawnej sporo dzisiejszych kół ulegnie przeobrażeniu. Niektóre upadną, inne utracą część członków (którzy nie będą chcieli bądź nie będą mogli partycypować w podwyższonych kosztach funkcjonowania koła). W ich miejsce koła zapewne pozyskają nowych członków, niezbędnych dla udźwignięcia dodatkowego ciężaru finansowego.”

Szanowny panie Witoldzie! Z pewnością, jeśli kiedyś zmieni się model łowiectwa, wielu myśliwych nie będzie stać na wydzierżawienie obwodu i na pokocie co najwyżej staną po stronie naganki, ale z Pana pozycją zawodową i ziemiańskim pochodzeniem, moim zdaniem, nie wypada pisać, że ktoś nie będzie chciał polować. Tutaj należy mówić prawdę: emeryci i biedota może nosić kaczki za myśliwym, budować ambony i patroszyć!

Pan Daniłowicz od wielu lat publikuje teksty w „Braci Łowieckiej”, której współwłaścicielem jest niemieckie wydawnictwo. Być może nie ma to żadnego związku, jednak Pan Witold często wychwala i odwołuje się do niemieckich rozwiązań.

„Proponowane rozwiązanie jest oparte na modelu od lat z powodzeniem funkcjonującym w Niemczech. Przed przeniesieniem go na polski grunt warto by zapewne przeprowadzić szczegółową analizę i dostosować go do naszych warunków. Co do zasady wydaje się jednak, że najlepiej pasuje on do rodzimych potrzeb.”

Pewnie wielu myśliwych ciekawi, jakie rozwiązania można zaimportować do nas z niemieckiego modelu. To nie jest trudne, aby wychwycić z tekstów pana Witolda, że jest zwolennikiem małych obwodów i możliwości wydzierżawiania ich przez pojedynczych myśliwych.

„Przyjęcie założenia, że właścicielowi nieruchomości przysługuje odszkodowanie, niewątpliwie spowoduje wzrost (w niektórych miejscach zapewne znaczny) kosztów dzierżawy obwodów łowieckich. W rezultacie koszt dzierżawy terenu o powierzchni 6 czy 8 tys. ha może się okazać zbyt duży dla koła łowieckiego. Zmniejszenie powierzchni obwodów może sprawić, iż będą one – mówiąc wprost – tańsze, czyli bardziej dostępne dla myśliwych i kół. Warto się więc zastanowić nad zasadnością nowego podziału kraju na obwody łowieckie przy jednoczesnym obniżeniu ustawowego dolnego limitu ich wielkości np. do 500 ha (a w uzasadnionych przypadkach może nawet jeszcze mniej).

To typowa retoryka wielu „reformatorów”, którzy twierdzą, że wprawdzie będzie drożej, ale łowiectwo będzie dostępne dla większej liczby myśliwych i w końcowym rozliczeniu okaże się tańsze. Ciekawe, co ma na myśli pan Daniłowicz, pisząc „tańsze”? Być może będzie „tańsze” dla łowców, którzy teraz polują w komercyjnych ośrodkach Lasów Państwowych i PZŁ! Pan Witold jest zamożnym człowiekiem, publikuje fotografie z dalekich wypraw i pewnie często poluje w najlepszych łowiskach. Wielu bogatych myśliwych pragnie mieć własny obwód, w którym będą mogli czuć się swobodnie.

„Najprościej byłoby, gdyby obwody wydzierżawiano w drodze przetargu. Podstawowe kryterium stanowiłaby cena, a to, kto organizuje przetarg, nie miałoby takiego znaczenia. W przypadku innych metod określania wartości obwodów sprawa jest o wiele trudniejsza – jak bowiem określić kryteria, którymi powinien się kierować podmiot wydzierżawiający obwód łowiecki przy wyborze dzierżawcy, jeżeli cena została z góry określona? Jak zapobiec łapownictwu, kumoterstwu i innym patologiom występującym w takich sytuacjach? Następne pytanie dotyczy tego, kto może być dzierżawcą obwodu łowieckiego. Dzisiejszego rozwiązania przewidującego, że prawo to ma tylko koło łowieckie (składające się z minimum 10 członków), nie da się utrzymać. Dlaczego nie miałoby ono przysługiwać każdemu, kto posiada uprawnienia do wykonywania polowania w Polsce?”

Tak, jak napisałem na początku, filozofia pana Daniłowicza jest dla mnie całkowicie zrozumiała. Pewnie chciałby wydzierżawić łowisko w dawnym majątku swojego dziadka, zaprosić kolegów, opowiedzieć o swoich korzeniach i zapolować na swoim. Posiedzieć spokojnie wieczorem na ambonie, a rankiem – jak jego przodkowie – stanąć na grobli z dubeltówką.

Nic nie stoi na przeszkodzie by Witold Daniłowicz walczył o dobre rozwiązania prawne dla europejskich myśliwych, tym bardziej że ma taką możliwość. Jest przecież wiceprezesem Klubu św. Huberta – stowarzyszenia, którego prezesem jest Dariusz Młotkiewicz, były minister w Kancelarii Prezydenta za czasów Bronisława Komorowskiego. Wydawać by się więc mogło, że dla takiego duetu możliwości działania w Brukseli są niczym nieograniczone.

Nie rozumiem jednak łowczego krajowego, który na reprezentanta naszych związkowych interesów wybiera osobę, dla której Polski Związek Łowiecki może być rządową agendą. Co więcej – osobę, która w jednym z ostatnich swoich tekstów popiera i wprost cieszy się z odebrania PZŁ niezależności i samorządności!

W tym kontekście wybór pana Witolda jednoznacznie wskazuje, że obecny przewodniczący Zarządu Głównego PZŁ przestał reprezentować „zwykłych” myśliwych, a otacza się i słucha zamożnych latyfundystów!

PS.

Informacja o powołaniu do grupy roboczej FACE została opublikowana tylko w „Braci Łowieckiej”. Z nieoficjalnych informacji wynika, że Zarząd Główny PZŁ odwołał pana Witolda Daniłowicza.

ZAPRASZAMY DO ZAKUPÓW

Galeria zdjęć

Więcej artykułów