Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Share on tumblr
Share on email
Share on print

Nowa opowieść

Obrażanie myśliwych przez polityków, którzy nie jedzą mięsa, staje się normą w całej Europie. Jeśli nie będziemy umieć odeprzeć tych ataków, to nasze prawa będą sukcesywnie ograniczane.

Tym razem sami wywołaliśmy atak. Władze PZŁ postanowiły zebrać 100 tysięcy podpisów i wystąpić o zmianę ustawy łowieckiej. Wszyscy – mam nadzieję – mieli świadomość, że debata nad ustawą będzie kolejną bolesną lekcją. Organizacje antyłowieckie zawsze takie sytuacje wykorzystują do „rzucania” kamieniami w nasze środowisko. Mamy teoretycznie mocne argumenty merytoryczne, ale czy przekonamy do nich społeczeństwo?

Profesor Dariusz Gwiazdowicz – który reprezentował nas w Sejmie – bardzo słusznie zauważa, że politycy mają niewielką wiedzę przyrodniczą. Bezrefleksyjnie czytają z kartki przygotowane przez naszych przeciwników hasła, które mają za zadanie wywołać negatywne emocje do łowiectwa.

Większość społeczeństwa – które każdego dnia zjada mięso – przestało postrzegać człowieka jako drapieżnika znajdującego się na szczycie łańcucha pokarmowego. W ich mniemaniu jesteśmy potulnymi barankami, więc jak pelikany łykają pseudoekologiczny bełkot, który serwuje im niewielka grupka radykalnych wegan. To oni wymyślili, że przyroda sama sobie poradzi i człowiek nie ma prawa zabijać oraz ingerować w naturalne procesy wyznaczone odwiecznymi prawami natury. Choć nie zawsze są konsekwentni.

Doskonałym przykładem jest pożar biebrzańskich bagien. Narodowa histeria – jak zwykle – została świetnie wykorzystana przez naszych przeciwników. Kompletnie nic nie robiąc, zdobywają cenne punkty opinii publicznej, a myśliwi, choć gasili pożar i dowozili posiłki strażakom, zupełnie w tej opowieści nie zaistnieli.


Płonie narodowy skarb

Cały naród płakał nad Biebrzą. Siedem procent największego naszego parku spłonęło. Przed kamerami TVN 24 łzy wylewała pani Katarzyna Ramotowska, opowiadając takie bzdury, że każdemu powinny się zapalić wszystkie lampki alarmowe. Panika w mediach zmobilizowała do działania nawet ministra środowiska. Osobiście przyjechał na miejsce katastrofy i dzielnie walczył z żywiołem.

Wszystkie organizacje pozarządowe wykorzystały pożar, aby się „ogrzać” w jego blasku. Robiły sobie fotki i naciągały ludzi do wpłat na swoje konta. Ich ekologiczny bełkot jeszcze długo będzie się lał się wartkim strumieniem, a żaden z dziennikarzy nie zapyta, czy człowiek ma prawo ingerować w przyrodę? Choć przecież to pytanie jest w tym wypadku jak najbardziej na swoim miejscu!

Przedstawiciele „wegańskiego świata” nie mają odwagi powiedzieć przed kamerami kilku słów prawdy. Nasi adwersarze wielokrotnie powtarzają, że przyroda sama sobie poradzi, ale tym razem albo o tym zapomnieli, albo zmienili zdanie, albo stchórzyli!

Reklama

Naturalny płomień

Większość może to odebrać za herezję, ale w pewnych sytuacjach pożarów się nie gasi, a niekiedy nawet ogień podkłada się specjalnie i z premedytacją! Taki eksperyment przeprowadzono w Parku Narodowym Yellowstone już w 1972 roku, ponieważ naukowcy dowiedli, że pożar kształtuje naturalny charakter tego siedliska. Od 1976 roku programem przyzwalania na wypalanie się lasów objęto cały teren parku narodowego – z wyjątkiem okolic, gdzie mieszkają ludzie. System przynosi oczekiwane skutki i jest stosowany w kolejnych miejscach USA. W ciągu pierwszych 16 lat takiej polityki 235 naturalnych pożarów w parku Yellowstone strawiło 14 tysięcy hektarów.

W Parku Narodowym Yellowstone naukowcy dowiedli, że pożar kształtuje naturalny charakter tego siedliska. Fot Wikipedia

Podobne podejście stosowane jest w Anglii, gdzie regularnie wypala się wrzosowiska – szczególnie te miejsca, gdzie nie można dojechać i kosić. Jeśli myślicie, że organizacje antyłowieckie przyglądają się temu w milczeniu – to się mylicie. Wystarczy, że wypalaniem zajmują się myśliwi, by stanowiło to wystarczającą podstawę dla zajadłych protestów.

Aby chronić przyrodę człowiek musi ingerować w przyrodę – choć weganie mają inne zdanie. W naszych parkach narodowych stale angażujemy się w ochronę siedlisk, nie tylko zmniejszając populację poszczególnych gatunków, ale również np. poprzez koszenie bagien. Tak się dzieje zarówno nad Biebrzą, jak i w Kampinosie oraz w wielu innych miejscach. Są to działania ochronne – konieczne, żeby sukcesja naturalna nie zabiła najcenniejszych obszarów!

Pożary nad Biebrzą występują każdego roku. Tegoroczny strawił tak duży obszar, ponieważ mamy suszę, więc cały łatwopalna biomasa poszła z dymem. Ogień w takim środowisku w naturalny sposób zapobiega sukcesji. Nie ulega wątpliwości, że należało go kontrolować, aby nie przeniósł się na inne tereny bądź nie zagroził budynkom. Ale czy rzeczywiście coś straciliśmy? Nie słyszałem, aby doszło do zapalenia się torfu, nie ma więc obawy o tak zwane „podziemne pożary”, które są bardzo trudne do lokalizacji i ugaszenia. Z relacji fachowców wynika, że paliły się jedynie trzcinowiska i turzycowiska, które o tej porze roku zawsze są suche.

Z moich informacji wynika, że za dwa tygodnie naukowcy ocenią skalę ewentualnych strat, ale na podstawie rozmów z kolegami, którzy tam mieszkają pozwolę sobie już teraz powiedzieć: Polacy nic się nie stało! Dla Biebrzańskiego Parku Narodowego największym zagrożeniem jest nie pożar, tylko… brak wody! Jeśli jej będzie ubywać w takim tempie, jak obecnie, to cały teren szybko porośnie wierzbą, potem olchą i najcenniejsze biebrzańskie siedliska znikną bezpowrotnie!

Rząd powinien wyasygnować środki, aby ratować nie tylko ten park, ale odtwarzać tereny bagienne w skali całego kraju. To niełatwy i bardzo kosztowny projekt, wiec nie ma się co dziwić, że minister wybiera zbijanie łatwych punktów na gaszeniu trawy.

Pieczone żeberka

Jak widzicie, nie jest łatwo uczciwie walczyć o dobry wizerunek. Każde działanie wymaga zaangażowania, wyasygnowania odpowiednich środków i czasu. Można – tak jak moja koleżanka Diana Piotrowska – nie poddawać się i szyć maseczki dla lekarzy, czy zbierać środki na gaszenie pożaru. Niestety takie działania – choć bardzo chwalebne i bez wątpienia potrzebne – w prosty i natychmiastowy sposób nie przekładają się na zmianę nastawienia społeczeństwa do myśliwych.

Pracując w „Łowcu Polskim”, udało mi się przekonać i zaprosić do współpracy pana Roberta Makłowicza. Miałem dwa cele. Pierwszym było zdobycie utytułowanego dziennikarza, który– w moim odczuciu – pisał doskonałe felietony na temat sekretów przygotowywania dziczyzny w innych krajach. Ale drugim trochę ukrytym – było promowanie tego najzdrowszego mięsa w jego programach. Byłem pewien, że poszukiwania kolejnych tematów mogą stać się dla Pana Roberta inspiracją, by w swoich produkcjach pokazywać dziczyznę – i tak było.

Wiadomo, że do serca Polaków trafia się przez talerz. Kochamy jeść i lubimy gotować. Taki ambasador był dla nas bezcenny, ale po ośmiu latach współpracy… Obecne władze mają prawdopodobnie lepszy pomysł. Mam nadzieję, że można to jeszcze naprawić, ba! – rozwinąć i zaangażować w ten projekt nie tylko Pana Roberta. Wbrew pozorom to najtańsza forma promocji, która w stu procentach działa na naszą korzyść.

Sarna na wnyku

Możemy oczywiście biernie przyglądać się pomysłowości nowych władz PZŁ – jak na przykład koncepcji zakupu 44 samochodów dostawczych do walki ze światową pandemią… Jestem niepoprawnym optymistą i cały czas żywię nadzieję, że kiedyś ruszymy z piskiem opon. Tym bardziej, że nasze środowisko – widząc obecną skalę hejtu – coraz głośniej domaga się podjęcia radykalnych kroków, między innymi wytaczania procesów sądowych. Jestem za, ale…

Przypominam, że wymiar sprawiedliwości w naszym kraju działa – powiedzmy ociężale. Zanim pojawią się wyroki skazujące, jeśli w ogóle się pojawią, minie kilka lat. Pewnie poczujemy wówczas satysfakcję, ktoś nas przeprosi, może nawet zapłaci grzywnę i może odzyskamy koszty prowadzenia tej batalii. Druga strona medalu jest taka, że w ten sposób stworzymy liczne grono bohaterów naszych przeciwników – czyli męczenników słusznej walki.

Wydawało się, że wnykarstwo wymiera. Jednak kilka milionów pracowników za wschodniej granicy przypomniało nam o tym procederze.

Wielu myśliwych pokrzykuje, że trzeba walczyć, ale nie widzę wielu pomysłów na sensowną strategię i skuteczną taktykę tej walki. Nigdy nie lubiłem stać w gronie malkontentów i krytyków. Zawsze staram się wychodzić z propozycją i tak jest również teraz. Wiem, co ma szansę się przebić do mediów i co będzie budować nasz pozytywny wizerunek!

Sto trzydzieści tysięcy myśliwych przez cały rok walczy z kłusownictwem. Prawie w każdym łowisku stoją wnyki lub nawet pojawiają się osoby z nielegalną bronią. Rocznie kilkaset tysięcy biednych „sarenek” ginie w strasznych męczarniach, a tylko MY im pomagamy i tylko MY chronimy je przed okrutną śmiercią w prawdziwych męczarniach.

Dlatego proszę wszystkich myśliwych o przysyłanie zdjęć oraz filmów na temat walki z tą patologią, która nie jest już tylko problemem wschodniej ściany. Setki tysięcy pracowników którzy przybywają za wschodniej granicy nie próżnują. Wprawdzie teraz wyjechali, ale ich pętle pozostały.

Jeśli dostaniemy od Was materiały to obiecuję przygotować tekst i zamieszczać takie informacje w sieci. Tak jak w wypadku dziczyzny tak i teraz jestem pewien, że możemy budować pozytywny wizerunek i zaistnieć w świadomości społeczeństwa jako „strażnik przyrody”.

Kije golfowe

Koalicja „Niech żyją” – czyli Zenon Kruczyński z kolegami – może produkować w mediach społecznościowych kilkanaście postów dziennie. Docierają nimi jedynie do kilkudziesięciu tysięcy Polaków, ale mają kilkunastu „swoich” dziennikarzy i są zapraszani do mediów jako fachowcy. Za pośrednictwem ogólnokrajowych mediów każdego dnia głoszą milionom obywateli swoją pseudoekologiczną, wegańską ewangelię.

Tymczasem my opowiadamy o szkodach w uprawach rolnych, o konieczności redukcji i o „pozyskiwaniu”. Niestety, czy tego chcecie, czy nie – strzelanie i zabijanie „sarenek” nie kupi nam przychylności w zniewieściałym społeczeństwie. Musimy stworzyć całkowicie nową opowieść, w którą będziemy mogli opowiadać Polakom i której będą chcieli słuchać.

Jeśli nie będziemy umieli stworzyć nowej opowieści na temat łowiectwa to możemy sprzedać broń i kupić kije do golfa.

Często spotykam się z poglądem, że w kwestii społecznej akceptacji mamy najgorszą sytuację w Europie. Tak, jesteśmy jedynym krajem na świecie, w którym parlament uchwalił zakaz uczestniczenia nieletnich w polowaniach, ale… Nie zapominajmy jednak, że środowiska antyłowieckie atakują myśliwych równie zaciekle na całym świecie. Niedawno przeczytałem, że przedstawiciel rządu hiszpańskiego – niejaki Sergio García Torres – napisał w mediach społecznościowych, że „Polowanie jest sadystyczną i niepotrzebną zachcianką, by uspokoić mordercze instynkty”. Takie wypowiedzi – które są obraźliwe i nie mają nic wspólnego z prawdą – demolują nasz wizerunek, ponieważ uruchamiają emocje, a emocjami łatwo manipulować. Jak ogniem.

Możemy się poddać, sprzedać broń i kupić kije do golfa. Możemy też liczyć, że przybędzie czarodziej i sprawi, że społeczeństwo na nowo odkryje starą prawdę, że zasoby przyrodnicze można użytkować. Niestety, tak się nie stanie, podobnie jak nieskuteczne okażą się pomysły naszych władz na temat promocji naszego wizerunku za pomocą zakupu nawet 144 pojazdów.

Możemy też mozolnie, dzień po dniu, dokumentować i pokazywać nasz realny wpływ na rzecz ochrony przyrody, na przykład w kwestii walki z kłusownictwem. Dlatego, jeśli znajdziecie wnyki lub natraficie na ofiary kłusownictwa, koniecznie wykonajcie dokumentację fotograficzną (w postaci zdjęć w pionie i w poziomie) i skontaktujcie się z redakcją portalu WildMen. Nie musicie się niczego obawiać. Zgodnie z wolą autorów zapewniamy anonimowość i pomagamy w profesjonalnym przygotowaniu publikacji na naszym portalu i w mediach społecznościowych.

Jesteśmy wojownikami – więc walczmy!

Galeria zdjęć

Więcej artykułów