PRZYPINKI DLA LUDZI NATURY

Fundusze pozyskane ze sprzedaży wspierają nasze projekty związane z ochroną przyrody i ratowaniem zagrożonych gatunków!

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Share on tumblr
Share on email
Share on print

wężykiem za Cezarem

Ostatnie dni były dla nas bardzo barwne, pouczające i bogate w szeroki wachlarz doświadczeń. Każda praca była inna i na swój sposób zaskakująca.

Pierwszego dnia mamy jedno zgłoszenie od sympatycznego Alberta. Z jego relacji wynika, że strzelał wieczorem do „cielaczka”, który przechodził przez leśny dukt. Po strzale wykonał książkowa rakietę i pognał za resztą chmary.

Na zestrzale, po bardzo wnikliwej analizie wraz z kolegą znaleźli podobno trzy kropelki farby wielkości główki od szpilki. Więc rano po 16 godzinach ruszamy wężykiem za Cezarem, który jak zwykle na tej leśnej ściółce widzi coś, czego my nie dostrzegamy.

Nagle po 300 metrach idąc tropem naszego przewodnika, znajdujemy trzy nieduże krople farby. To dodaje nam sporo otuchy i kolejne 3 kilometry idziemy za nim pomimo braku potwierdzenia, bo ja mu bezgranicznie wierzę i wiem, że on z pewnością się nie myli.

Metamorfoza „cielaczka”

Nagle widzę, że mój orzeł się budzi. Nabiera werwy, a tempo pracy wskazuje, że nasz „cielaczek” uchodzi przed nami. Więc gdy wchodzimy na leśną drożynę, a on zalatuje z drugiej strony niewielkiej, gęstej kępy krzaków i jeżyn, ściągam broń z ramienia i czekam w gotowości.

Nagle, tuż przede mną wypada z tej kępy… łania, więc cierpliwie czekam… na „cielaczka”! Cezara jeszcze nie słychać, bo nadal jest w tej kępie, a ja kątem oka dostrzegam, że łania ucieka na… trzech badylach!

Przedni, lewy jest sztywny. Gdy wreszcie z kępy ostro wypada głoszący Cezar i gna właśnie za tą łanią, wszystko staje się dla mnie jasne.

„Cielaczek” Alberta przemienił się w łanię, ale na strzał jest już za późno! Pędzimy za Cezarem co sił, gotowi naprawić ten błąd. Niestety, po kilometrze pościgu łania uwalnia się od psa i uchodzi, a on zmordowany wraca do mnie.

Teraz już wiem, że jeśli nie umieliśmy wykorzystać tej jedynej, danej nam szansy, to kolejnej dziś już na pewno nie będzie. Łania jest zbyt zdrowa, a jej badyl chyba nie jest złamany.

Wyglądał na sztywny, więc może to jest jakiś inny rodzaj uszkodzenia… Idziemy zawiedzeni po bezkrwawym tropie łani i będącego tam w gonie Cezara. Targają mną negatywne emocje. Byliśmy przecież tak blisko sukcesu i tak głupio zmarnowaliśmy wysiłek psa…

Dochodzimy do drogi, którą przebiegał Cezar z łanią. Znaczę ten trop i proponuję Albertowi ponowną pracę kolejnego dnia, po 24 godzinach…

Może czas zrobi swoje i pozwoli Cezarowi na kolejne, tym razem skuteczne dojście i stanowienie. Choć szczerze mówiąc dość sceptycznie to widzę, bo jak dla mnie, to badyl nie jest złamany. W takim jej ostrym galopie, gdyby był, to powinien odskakiwać na boki, a na tropie powinna być farba z otwartego złamania. A tego nie było!

Kolczasty busz

Kolejnego dnia rano, zgodnie z umową ruszamy za Cezarem tropem łani po nieudanym, wczorajszym gonie. Wówczas już wiem, że po tej pracy mamy szukać postrzelonego dzika u kolegów z sąsiedniego koła. Nie tracimy więc czasu i ruszamy do pracy…

Po 200 metrach tropu następuje istotna zmiana. Pojawia się na nim farba, której miejscami jest coraz więcej i widzimy ją przez dobre dwa kilometry!

Jestem tym zaskoczony, ale jak się okazuje to niewiele zmienia. Pokonujemy kolejne oddziały lasu, a łani, jak nie było tak nie ma. Mija pięć kilometrów pracy Cezara, jak po sznurku, a wciąż jesteśmy na starym tropie…

Idziemy dalej, a ja widzę jak nagle las się zmienia. Wchodzimy teraz w zwarty i nieprzyjazny dla nas teren. To kępy młodników poprzerastane gąszczem jeżyn. Wiem, że to doskonała kryjówka dla postrzałka, więc nadzieja we mnie nie gaśnie. Ale gdy pokonujemy szósty czy siódmy taki kolczasty busz, moja cierpliwość jest na wyczerpaniu.

Zmordowany i ziejący niczym stara lokomotywa, będąc u kresu sił, kątem oka dostrzegam wreszcie, jak w kolejnej takiej kłującej fortecy Cezar przyspiesza.

Widząc to momentalnie nabieram sił i czuję jak energia do mnie powraca. Jesteśmy akurat na przecince, więc korzystam z okazji i zwarty czekam. Ale łania jest czujna i wypada na nią tak błyskawicznie, że gdy podrzucam broń do ramienia, widzę już tylko jej lustro.

Niestety paskudnie pudłuję! Zdążyłem tylko zauważyć, że badyl ma jednak złamany, bo przy ucieczce odskakuje na boki. Teraz, to już jedyna nadzieja pozostaje w moim Orle!

Łania odjeżdża

A on rusza za łanią, niczym błyskawica. My pozostajemy mocno w tyle. Z nadzieją patrzę w Garmina! Czy ją zatrzyma? A jednak tak, udaje mu się!

Ma ją po 400 metrach. Pędzimy do nich co sił! Gdy zbliżamy się na 100 metrów łania odjeżdża, a pies za nią, ale teraz już nie muszę patrzeć w Garmina, bo słyszę, jak jego baryton niesie się po całym lesie.

Przy kolejnych dwóch podejściach nie decyduję się na strzał, ale trzecie jest już na otwartym lesie i dobrze widzę tańczącego wokół niej Cezara. Wyczekuję na moment gdy od niej odskoczy i tym razem mój celny strzał kończy jej i naszą gonitwę.

Wreszcie ciśnienie z nas schodzi. Przychodzi fala odprężenia i mojej radości. Udało się! Nie zmarnowałem jednak wysiłku mojego wygi! Tym razem mamy szczęście. Cezar przez dwa dni tropił ją przez prawie 9 kilometrów, a był w gonie prawie trzy.

My z Albertem zrobiliśmy za nim niewiele mniej. Więc nasza radość, po tak wyczerpującej pracy jest ogromna. Oglądamy ranę postrzałową łani. O dziwo jest to otwarte złamanie przedniego badyla. Ale jak wynika z naszej analizy, nastąpiło dopiero w pierwszym dniu pracy. Wtedy, przy tej ucieczce uszkodzony badyl najprawdopodobniej pękł, powodując otwarte i krwawiące złamanie.

Uszkodzony badyl „cielaczka”

Strzał po „piórach”?

Na świętowanie tego sukcesu nie ma jednak za wiele czasu. Czeka na naszą pomoc kolega z „Bażanta”, więc ruszamy w dobrym nastroju i po godzinie jesteśmy na miejscu. To pole kukurydzy, które dobrze już znamy. Dziesięć dni temu tu rozpoczynaliśmy owocne dochodzenie dużego dzika.

To jest dobry zwiastun, choć informacje, które słyszę od Andrzeja nie rokują sukcesu. Mówi, że jeden z dzików, po strzale przewrócił się, poleżał chwilę, a potem ciągnąc tylne biegi zwiał. Farby jak na lekarstwo, może jedna kropelka!

Po takich symptomach, jak zwykle podejrzewam strzał po „piórach”, czyli wyrostkach kręgosłupa. A objaw ciągnięcia biegów, to prawdopodobny, chwilowy paraliż układu nerwowego, który szybko mija, a dzik zdrowy uchodzi.

Ocena tego stanu rzeczy, bez praktycznego jej sprawdzenia, to jak „wróżenie z fusów”. Zatem zabieramy się do roboty. Niestety, nie idzie nam tak łatwo! Cezar wącha tą kropelkę i krąży tylko wewnątrz oraz po rozległych bokach tej uprawy, ale nie znajduje ciągłości tropu postrzałka.

Pracuje tak dobre 15-20 minut robiąc dwa kilometry wokół, nim zagadka wreszcie zostaje rozwiązana. Okazuje się, że dzik pociągnął uprawą, wzdłuż całej jej długości i dopiero wówczas wyszedł z kukurydzy aby ujść w las.

Teraz praca przebiega już bez problemów. Przechodzimy poprzez szerokie torowiska i zanurzamy się w ostępy Puszczy Kozienickiej, będąc już na terenie sąsiedniego koła. Farby na tropie kompletnie brak, choć pedantyczny Andrzej znalazł listek, na którym była jedna kropelka.

Posokowiec w stójce

Wreszcie po trzech kilometrach dochodzimy do gęstego, świerkowego młodnika i czuję, że nas zbieg w nim jest. Cezar, podążając jego tropem ostrożnie go namierza w tym gąszczu, a ja na zewnątrz czekam na jego sygnał, czyli głoszenie.

Nagle spostrzegam, jak Cezar nieruchomieje i niczym wyżeł w stójce, na coś intensywnie patrzy! Podążam za jego wzrokiem i widzę 15 metrów przed nami… dzika, który przywarował obok świerczka.

Wiem, że to dla mojego doświadczonego orła ostrzeżenie, zły znak, czyli pozycja wroga… tuż przed atakiem na niego. Wiatr ma niestety niekorzystny, zatem nie może ustalić z całą pewnością, czy to nasz postrzałek, więc jeszcze nie głosi!

A ja z kolei strzelam zawsze tylko do sztuki którą on głosi, bo to daje mi pewność, że mam przed sobą tropionego postrzałka. Ale dzisiaj, będąc mądrzejszy po ostatniej nauczce z tym „cielątkiem” przypuszczam, że jeśli dzik otrzymał postrzał na wyrostki, to za chwilę może się okazać, że widzimy go po raz pierwszy i ostatni!

Strzelam i trafiam! Dzik zostaje w ogniu, a ja czym prędzej zaciekawiony przystępuję do jego obdukcji. Tak, to nasz uciekinier. Jestem zaskoczony jego raną postrzałową. Okazuje się, że nie są nią wyrostki w okolicach chybu, tylko rozerwana boczna powłoka brzucha, prawdopodobnie poprzez odłamek kuli, który uszkodził mu od wewnątrz mięsień szynki.

Widać to po wylewie i zapuchnięciu biegu. Andrzej w nocy musiał oddać strzał, gdy dzik był źle ustawiony, prawie na sztorc. Kula lub jej odłamek prawdopodobnie ugodziła go z boku przedostając się do mięśnia szynki. Tak, czy owak Cezar wzorowo wykonał swoje zadanie, więc ucieszeni wracamy piechotą do auta.

Strzelam i trafiam! Dzik zostaje w ogniu!

Rzekomo pudło

To jednak nie koniec naszych przygód. W trakcie pracy zadzwonił do mnie mój przyjaciel Darek i poprosił w imieniu swojego kolegi o sprawdzenie strzału do byka. Rzekomo to było pudło. Strzelec penetrował teren wieczorem i robił co mógł, ale nie odnalazł żadnych śladów potwierdzających postrzał.

Niestety do ponownej, porannej kontroli z jego strony nie doszło, bo mieszka bardzo daleko, a obowiązki zawodowe nie pozwoliły mu na powrót…

Ruszamy więc na kolejne tego dnia zadanie i po godzinie znajdujemy się na drugim krańcu naszej puszczy. Na miejscu czeka na nas Michał, który zna cały teren i z opowieści, rejon teoretycznego zestrzału.

Na wskazanym miejscu kręcimy się przez chwilę, bo od strzału minęło 22 godziny i nie napotykamy na żadne oznaki trafienia. Ale Cezar ich nie potrzebuje. Zaczyna spokojnie swoją pracę i wolno, ale jednak ciągnie niewidocznym dla nas tropem przez łąkę i oziminy.

Tak spacerkiem docieramy po 100 metrach do wąskiego paska porośniętego sosnami i brzozami. Przechodzimy go i Cezar dość żmudnie tropi dalej jeszcze około 150 metrów. Widzę jednak, że coś mu nie pasuje.

Chyba jednak zgubił interesujący go zapach. My z Michałem widzimy wiele świeżych tropów jeleni, ale jego to nie zadawala. Są i tropy byków, jednak on sprawdza wszystko po bokach naszej dotychczasowej drogi i… jednak wraca!

Wirtuoz nad bykiem

Zawiedzeni, drepczemy za nim myśląc, że to prawdopodobnie koniec tej pracy. Ale okazuje się, że nie. Cezar wraca do tego wąskiego pasa sosen i tam odnajduje zagubiony trop. Ciągniemy za nim jeszcze 70 metrów i nagle wśród krzaków znajdujemy martwego byka.

Dla mnie atrakcją tej mało dynamicznej i spektakularnej pracy był zaprezentowany w praktyce, wyjątkowy zmysł analityczny powonienia posokowca, który potrafi namierzyć spośród licznej chmary jeleni tego, który otrzymał trafienie i pomimo braku jakichkolwiek potwierdzających to oznak, za nim podążać.

A gdy ten ulotny zapach gubi się na otwartym polu, gdzie roślinności jest niewiele i nie ma się do czego „przylepić”, to posokowiec potrafi go zapamiętać – wiedząc dobrze po co tu jest – i odszukać jego ostatni „przylepiony” fragment.

W takich sytuacjach to praca po bokach lub wstecz, ale wcześniej lub później musi się zakończyć sukcesem. Bywa, że dopiero po kolejnych stu, czy więcej metrach natrafia na ten zapamiętany zapach i podąża nim odnajdując postrzałka.

Ten jego żmudny powrót ponad 100 metrów w linii prostej, gdzie sprawdzał dokładnie pas ziemi o szerokości 50 metrów pokazywał wyraźnie, w jaki sposób chce go odnaleźć. Dla mnie najważniejszym w tej pracy nie był sam fakt odszukania tego byka tylko to, co napawa mnie wielką dumą, czyli przekonanie, że mój posokowiec doskonale wie o co chodzi i samodzielnie umie koordynować swe poczynania.

To fenomenalny węch i doświadczenie czynią z niego psiego wirtuoza. Jedynym problemem może być tylko mener, którego najważniejszym zadaniem jest poprawne i właściwe odczytywanie poczynań swojego psa aby ten nadzwyczajny wysiłek nie został zmarnowany.

Byk został trafiony na spóźnioną komorę. Od miejsca strzału odszedł 200 metrów…

ZAPRASZAMY DO ZAKUPÓW

Galeria zdjęć

Więcej artykułów