fot. Rafał Łapiński
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Share on tumblr
Share on email
Share on print

Europa Poluje

Sezon na kaczki jest pierwszym akordem corocznej ofensywy antyłowieckiej. Aktywiści jak zwykle domagają się wprowadzenia zakazu polowania. Epatują ilością „zmasakrowanych” ptaków, skrzętnie pomijając informację, że dyrektywa ptasia zezwala na odstrzał 82 gatunków.

Jestem przekonany, że wielu myśliwych już pogodziło się z myślą o zakończeniu polowania na ptaki. Wprawdzie nigdy się z tym nie spotkałem, ale słyszałem o członkach naszego związku, którzy nie mają dubeltówek. Możliwe, że strzelają dwie kaczki w sezonie i kilka bażantów z pożyczonej strzelby. W ich łowieckiej pasji liczą się pewnie dziki oraz jelenie. Słuchając ich deklaracji, weganie już czują smak sukcesu. Myślę, że prawda o europejskim polowaniu na pióro może być jednak dla nich wszystkich bardzo bolesna.

Ubolewam, że nawet ta niewielka część naszej społeczności może nie rozumieć, jak wielki popełnia błąd. Publiczne wypowiedzi o wycofaniu się z tej batalii – są moim zdaniem – wciskaniem naszego łowiectwa jeszcze głębiej w bagno, w które zostaliśmy wpędzeni rok temu. Wszyscy przecież wiemy, że objęcie kolejnych gatunków ochroną w naszym kraju nie poprawi ich sytuacji, a będzie jednym z ostatnich przystanków naszych przeciwników przed końcową stacją… ZAKAZ POLOWANIA!

Odpychanie problemu

Widzę, że część kolegów i koleżanek niezaprawionych w tej walce ulega pokusie odepchnięcia problemu, uważa, że dobrowolnie rezygnując z jarząbka, głowieńki, czy czernicy, zaspokoją apetyt antyłowieckich organizacji. Czy zostawią łowiectwo w spokoju? Moim zdaniem, takie myślenie to zwykła naiwność. Ten „krok do tylu” będzie nie tylko wiatrem w żagle, ale paliwem, dzięki któremu nasi przeciwnicy zdobędą jeszcze większe wpływy oraz wsparcie kolejnych celebrytów!

Nasza bezczynność była i jest wielkim błędem. Pseudoekologiczne organizacje mają doskonały plan, jasno wytyczony cel – wybrali odpowiednie narzędzia i konsekwentnie prą naprzód, by… poderżnąć nam gardła! Ich ostatni sukces – odebranie nam samorządności przez Jarosława Kaczyńskiego – pozwoliło nas okrążyć. Dzisiaj jesteśmy prawie całkowicie bezbronni. Pewnie dlatego wielu myśliwych widzi zaciskającą się pętlę. W panice próbuje bronić naszej pasji, ale używa tak głupich argumentów, że w oczach społeczeństwa jesteśmy – przykro mi to powiedzieć – stadem bezdusznych morderców o czarnych charakterach!

Czy lubimy polować? Czy sprawia nam to przyjemność? Czy planujemy wyprawę na rykowisko, żeby zapełnić zamrażarkę? Czy naszą jedyną misją jest regulowanie pogłowia poprzez „pozyskanie”? Takie pytania można mnożyć, czytając komentarze, wypowiedzi i różne teksty. Pewnie dlatego wielu myśliwych ma wątpliwości i nie akceptuje przytaczanych argumentów.

Reklama

Nigdy nie napisałem, że jadę do lasu z przymusu, a polowanie nie sprawia mi przyjemności! Choć zawsze dodaję, że większość upolowanej zwierzyny trafia do mojej zamrażarki! Zdrowa i smaczna dziczyzna nie jest jednak dla mnie najważniejsza, ponieważ miałem i mam głębokie przeświadczenie, że naszymi działaniami chronimy przyrodę. A jestem pewien – patrząc na naszych bliskich i dalekich sąsiadów – że możemy robić w tym temacie dużo więcej.

Doskonałe argumenty

Ponad dziesięć lat przyglądam się wegańskiej krucjacie, która ogniem i mieczem próbuje unicestwić łowiectwo. Rozmawiam o tym problemie z socjologami, psychologami i zagranicznymi kolegami, którzy mają takie same problemy. Czy wszystkie argumenty środowisk antyłowieckich są głupie? Nie! Powiem więcej, są doskonałe! Jestem pewien, że opracowali je najlepsi specjaliści od budowania wizerunku. Pewnie dlatego wszystkie wegańskie organizacje na świecie używają dokładnie tych samych narzędzi! Są wiarygodne, wzbudzają nienawiść do myśliwych i empatię do uczłowieczonych zwierzątek.

Od samego początku mam pełną świadomość, że walczymy z wielkim i bogatym przeciwnikiem, angażującym i wynajmującym prawdziwych badaczy – którzy pod z góry określoną tezę – przygotowują profesjonalne raporty, doskonale wyglądające monitoringi oraz opinie. Nasi przeciwnicy podpierają się nimi przy każdej okazji. My wyciągamy nasze inwentaryzacje, które są tak żałosne, że nawet dzieci w przedszkolach tarzają się ze śmiechu. Bezrefleksyjnie agregujemy dane i prezentujemy je publicznie, choć nie mają żadnej merytorycznej wartości, ponieważ są wykonywane różnymi metodami na poziomie kół łowieckich. Zapytam wprost! Kogo chcemy oszukać? Siebie samych?

Wielokrotnie pisałem, że inwentaryzacja nie ma nic wspólnego z liczeniem. Każdy naukowiec dociśnięty kolanem potwierdzi, że szacowanie dzikich populacji służy tylko i wyłącznie wyznaczeniu tzw. trendu! Tyle i tylko tyle! Wyciąganie daleko idących wniosków z takich danych jest całkowicie nieuprawnione i będzie zawsze obarczone wielkim błędem!

Kaczki bez granic

Zgodnie z dyrektywą ptasią w Europie można polować na 82 gatunki ptaków! Czy to jest właśnie główny i najważniejszy powód ich zanikania? Nie jestem naukowcem, ale postawię ryzykowną tezę, że nie! Niektórzy myśliwi sugerują, że powinniśmy sami zrezygnować z polowania na czernice i głowienki i podają przykład kuropatwy, na którą w wielu kołach łowieckich obowiązuje moratorium.

W tym miejscu pozwolę sobie podać przykład mojego koła, praktycznie niepolującego na kuropatwy od ponad dziesięciu lat. Wokół naszego „domku” zdarzały się odstępstwa, dla kolegów, którzy układali młode psy, czy też dla gości, którzy bardzo chcieli zapolować na kury i bażanty. Byli zauroczeni stanem dzikiego ptactwa. Spotkali kilka stadek i strzelili kilka sztuk. Czy samoograniczenie pomogło zwiększyć liczebność kuraków?

Wszyscy, którzy gotowi byli zaryzykować zakład… przegrali! Czy regres jest spowodowany zbytnim przestrzelaniem miejscowej populacji? Czy może jest za dużo drapieżników? Czy może nie wykładamy zimą karmy? Nie! Zmieniło się siedlisko oraz struktura upraw i kuropatwy w tym łowisku nigdy już nie będzie! Teraz to idealny biotop dla bażanta.

Czy jest światełko w tunelu? Tak! Stale pogarszająca się sytuacja była powodem zaproszenia angielskiego naukowca, który nadzoruje projekt odbudowy kuropatwy szarej w łowisku księcia Filipa i ma w tym temacie niesamowite osiągnięcia. Objechaliśmy cały obwód, zatrzymując się w miejscach występowania kuropatwy kiedyś i dziś. Po długiej rozmowie Roger wytypował najlepsze miejsce i kazał tam wykupić około 500 hektarów, wyciąć wszystkie młodniki sosnowe, naloty brzozy, siać odpowiednie uprawy, nie używając środków ochrony roślin. Dał gwarancję, że pod jego nadzorem w ciągu pięciu lat będziemy mogli na tym terenie strzelać 100–200 kur w sezonie! Plan doskonały, ale zabrakło księcia z grubym portfelem.

Z kaczkami niestety jest dokładnie tak samo, choć należy prowadzić inne działania. Dzięki badaniom doskonale wiemy, jak „kształtować” siedliska kuropatwy, jak i kaczek. Amerykanie, którzy działają od 1938 roku w ramach stowarzyszenia „Kaczki bez granic”, wykupili 5,5 miliona hektarów bagien, zabezpieczając w ten sposób nie tylko miejsca lęgowe, ale również trasy migracji. Kaczki to doceniły, a przeciwnicy łowiectwa mogą co najwyżej zablokować… drogę dojazdową do łowiska – i to wyłącznie do czasu dotarcia na miejsce lokalnego szeryfa.

Nasi aktywiści, którzy tak ochoczo chodzą do mediów, wzbudzają nienawiść do myśliwych. Epatują cierpieniem zwierząt i liczbą zastrzelonych ptaków, która w naszym kraju tak naprawdę jest bardzo mała, ale odbiorcy tych treści nie mają żadnej wiedzy ani o polowaniu, ani o przyrodzie. Liczba 190 tysięcy robi na mieszczuchach wrażenie.

Lista gatunków łownych

W moim odczuciu to znacząco mniej w stosunku do możliwości, jakie posiadamy! Szczególnie, jeśli porównamy się do innych europejskich krajów. Wrzucając w Internet odpowiednie hasło, w pierwszym trafieniu wyskakuje publikacja, w której czytam, że myśliwi w Europie strzelają rocznie około 100 milionów ptaków. Na pierwszym miejscu jest Francja (25 milionów), potem Wielka Brytania (22 miliony), a na trzecim miejscu Włochy (17 milionów). Nasi sąsiedzi – Niemcy – strzelają skromnie dwa miliony trzysta tysięcy sztuk!

Miłośnicy ptaków pewnie w tym momencie całkowicie się załamali, ale nie wiedzą, że do tych liczb muszą dodać kolejne 100 milionów ptaków łapanych nielegalnie w sieci. To poważny problem, którego tym razem nie będę rozwijał. Nie możemy jednak myśleć tylko o Europie. Dlatego w tym miejscu przypomnę, że nasze polskie „domowe” kotki zabijają każdego roku 144 milionów ptaków – to prawdziwi mordercy bioróżnorodności.

Problem kotów jest nierozwiązany nie tylko w naszym kraju, ale teraz spróbuję wyjaśnić skąd się biorą tak ogromne liczby odstrzału prowadzonego przez myśliwych. Dzięki uprzejmości naszej koleżanki – która pracuje w angielskim związku łowieckim BASC – uzyskałem bardzo ciekawe informacje. Rzucają – moim zdaniem – całkiem inne światło na przedstawione wcześniej dane.

Nie wiem, jak jest dokładnie we Francji i w słonecznej Italii, ale przypuszczam, że sytuacja wygląda podobnie jak w Anglii. Tam każdego roku wypuszcza się do łowisk około 15 milionów bażantów, 5 milionów kuropatw oraz trudną do oszacowania liczbę krzyżówek. Na Wyspach to prawdziwy przemysł, który generuje mnóstwo miejsc pracy oraz pokaźne wpływy do budżetu państwa. Na inny tekst zostawię sobie przemyślenia, czy to właściwy model polowania, ale jestem pewien, że polskie społeczeństwo nie ma świadomości, że większość z 90 tysięcy odstrzelonych u nas bażantów było wyhodowanych w tym celu w OHZ-tach. Każdego roku wypuszczane są na komercyjnych polowaniach. Czyli prawdziwie „dzikich” ptaków w naszym kraju strzelamy około 100 tysięcy. Dużo?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, musimy trochę rozbić tę liczbę. I tak najwięcej strzelamy: kaczki (75 tys.), potem grzywacze (12 tys.) i gęsi (8 tys.). Kolejne pozycje nie rzucają na kolana: łysek (4 tys.), kuropatw (600 sztuk), słonek (400 sztuk) i sławnego na całą Polskę jarząbka (80 sztuk)! Nasi przeciwnicy pewnie powiedzą, że nie mamy się czym chwalić, bo to twardy dowód, że wystrzelaliśmy już prawie wszystko. To popatrzmy na odstrzał wspomnianej Anglii: kaczki (1 milion 110 tys.), grzywacze (1milion 100 tys.), pardwy (700 tys.), bekasy (110 tys.), słonki (160 tys.), pozostałe gatunki – w tym tak zwane szkodniki (300 tys.).

Liczby robią wrażenie, ale – moim zdaniem – na ich podstawie nie odpowiemy na pytanie, czy europejscy myśliwi niszczą populacje 82 gatunków, na które legalnie można polować. Dlatego musimy to wyraźnie wyartykułować, że jeśli istnieją twarde dowody i konieczność ochrony wszystkich ptaków, to ewentualny zakaz polowania w Polsce w żaden sposób nie rozwiąże problemu europejskich populacji!

Pewnie dla wielu pseudoekologów termin „europejska lista gatunków łownych” nigdy wcześniej nie był znany. Sięgam zatem do podstawowego dokumentu, czyli do dyrektywy ptasiej. Aż trudno uwierzyć, że w dokumencie dotyczącym wytycznych do dyrektywy znajdziemy takie oto zdanie: „Dyrektywa Ptasia w pełni uznaje zasadność polowania na dzikie ptaki, jako formy zrównoważonego wykorzystywania. Polowanie jest aktywnością, która przynosi znaczące korzyści społeczne, kulturowe, gospodarcze i środowiskowe w różnych regionach Unii Europejskiej. Jest ono ograniczone do niektórych gatunków wymienionych w dyrektywie”. Przechodzimy zatem do głównego dokumentu i tu w załączniku II odnajdziemy listę gatunków, na które można polować we wszystkich krajach Unii Europejskiej!

Znajdujemy tu: gęś zbożową, gęgawę, berniklę kanadyjską, świstuna, krakwę, cyraneczkę, krzyżówkę, rożeńca, cyrankę, płaskonosa, głowienkę, czernicę, pardwę górską, bażanta, łyskę, kuropatwę skalną i górską oraz dobrze nam znaną szarą, dodatkowo bekasika, kszyka, słonkę, gołębia skalnego i grzywacza! W sumie 23 gatunki!

W kolejnym zbiorze znajdziemy kolejnych 59, na których odstrzał Unia musi się zgodzić. Polsce zezwolono na polowanie w dwóch przypadkach: gęsi białoczelnej i jarząbka, co jest zrozumiałe, ponieważ w momencie wejścia do UE były one u nas gatunkami łownymi. Tak więc bez żadnego pytania – zgodnie z dyrektywą ptasią – możemy polować na 25 gatunki! Cztery z nich nie występują w naszym kraju, więc pozostaje nam 21. Z niewiadomych powodów ktoś zapomniał o ośmiu?

Czy mój tok rozumowania jest nie logiczny? Jeśli w innych krajach legalnie poluje na te gatunki, to nie widzę żadnego powodu, żeby nie wnioskować do Ministra Środowiska o dopisanie sześciu, a nawet siedmiu, ponieważ dochodzi jeszcze gęsiówka egipska, uznawana jako obcy gatunek inwazyjny!

Lista powstała w 1979 roku i pewnie nie tyle można, co należy ją zmodyfikować, ale nie na poziomie Polski lecz całej Unii Europejskiej! Jeśli należy chronić czernicę, głowienkę czy słonkę, to oszczędzanie ich w naszym kraju, podczas gdy strzela się ją w innych, nie ma żadnego sensu!

Kaczory – gwiazdy promocji!

Każdą porażkę można przekuć w sukces – z jednej strony zbierając podpisy pod apelem do Ministra Środowiska o rozszerzenie listy gatunków łownych i zgodę na odstrzał wszystkich kotów, które oddalą się od domów (jeszcze raz przypomnę – zabijają 144 milionów ptaków każdego roku). Z drugiej strony należy w końcu przygotować program ochrony terenów bagiennych. Program z prawdziwego zdarzenia, którym będziemy się mogli chwalić przez cały rok w mediach. Jesteśmy jedyną grupą społeczną, której nie tylko na tym zależy, ale która ma ku temu odpowiednie możliwości.

Nasza sprawozdawczość strzelonych ptaków – jeśli będzie sumienna – może przynieść nam wiele korzyści i zapewnić możliwość tworzenia pozytywnych informacji o łowiectwie. W końcu przestaniemy się wstydzić polowania na kaczki, ponieważ właśnie wielkość odstrzału ptaków jest najbardziej wiarygodnym odzwierciedleniem aktualnego stanu populacji. Jeśli strzelamy więcej, oznacza to, że populacja rośnie, a gdy odstrzał spada, oznacza to regres populacji. To takie proste.

Każde działanie powinno być monitorowane. Jak sprawdzić, czy kaczek i gęsi jest więcej? Bardzo prosto – należy zmierzyć sukces lęgowy! Jak go wyliczyć? Bardzo prosto! Wyznacza go stosunek młodych osobników do dorosłych na naszym pokocie. Jak udowodnić społeczeństwu, że chronimy przyrodę? Bardzo prosto! Podajemy powierzchnię terenów bagiennych, które są naszą własnością i pozostają pod naszą opieką.

Pisząc takie teksty, wszystko wydaje się proste. Możemy dyskutować o zmianie terminów polowania – tylko jakie to będzie miało przełożenie na populacje kaczek i gęsi? Niestety, prawda o praktycznej realizacji wymienionych postulatów okazuje się zawsze bolesna. Bartek Krąkowski zaapelował do myśliwych, aby przysyłali mu fotografie strzelanych kaczek. W ten sposób moglibyśmy stworzyć ramy okresowego monitoringu odstrzałów z podziałem na płeć i wiek poszczególnych osobników. Dodam, że takie programy z powodzeniem realizowane są wielu krajach, dostarczając bezcennych argumentów w dyskusjach z pseudoekologicznym bełkotem. Jaki był odzew? Cóż, tylko dlatego, że strona czytana jest również przez naszych przeciwników, nie zdradzę, ilu chętnych odpowiedziało na apel…

Galeria zdjęć

Więcej artykułów