Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Share on tumblr
Share on email
Share on print

Niesamowite wspomnienia

Na całym świecie myśliwych pasjonują trofea, ale również historie ich zdobycia!

Wszyscy potrafimy godzinami opowiadać i słuchać myśliwskich opowieści. Nic dziwnego już 100 lat temu Julian Ejsmond pisał, że „są dla nas pokrzepiającym nektarem, haszyszem cudownym (…) baśniowym skarbcem, w którym kryjemy skrzętnie przed wzrokiem obcych ludzi najkosztowniejsze klejnoty naszego życia, szmaragdy puszcz dziewiczych, szafiry niebios pogodnych i rubiny krwi, ubitej przez nas zwierzyny…

Postanowiliśmy Was poprosić o podzielenie się tymi wspomnieniami, a mobilizacją niech będzie konkurs. Zwycięzcą zostanie łowca, którego opowieść uzyska najwięcej laików pod postem na facebook-u. Nagroda niech będzie na razie niespodzianką. Regulamin ogłosimy pod koniec miesiąca na stronie WildMen.pl

Startujemy historią naszego kolegi Marka Roszkiewicza, któremu 12 lat temu udało się zdobyć niesamowite trofeum!

Redakcja

Wakacyjny perukarz

Myśliwy wyjeżdżając na dwutygodniowy urlop – na którym leży na plaży – w głębi duszy czuje, że coś ważnego traci. W 2008 roku dzień przed zaplanowanym wyjazdem postanowiłem się wybrać do swojego podwarszawskiego łowiska.

Reklama

Tradycyjny objazd po obwodzie, a potem spacer z moim wyżłem Nestorem. Niesamowity skwar powoduje, że zwierzyna się nie rusza. Dopiero grubo po zachodzie słońca w wysokich trawach zauważam dwie sztuki. Podnoszę lornetkę i widzę dwa rogacze. Pierwszy to szpicak, ale za nim stoi OGROMNY perukarz.

Szybko zapada zmrok. Nie ma czasu na podchodzenie. Rozkładam pastorał i spokojnie mierzę. Powietrze przeszywa strzał. Wyraźnie słyszę uderzenie kuli, a rogacz robi rakietę. Przeładowując sztucer widzę galopującego rogacza ale morzu traw i mroku gubię go z oczu.

Odczekuję 15 minut. Jestem pewny trafienia, a do tego mam psa. Zapinam Nestorowi otok i naprowadzam na zestrzał. Nie umiem odszukać farby, a wyżeł kluczy i nie może złapać tropu. W akcie desperacji puszczam go luzem mając nadzieję, że sam odnajdzie kozła.

Był psem wybitnym i w pełni tego słowa wszechstronnym. Przy obroży nosił przyczepiony tzw. bryndzel (podnioska). Kiedy znalazł postrzałka wracał do mnie niosąc go w pysku, co było znakiem, że doszedł do martwej zwierzyny i należy za nim podążać.

W pełnych ciemnościach wracam do samochodu jednak bez kozła. Jeszcze z łowiska zadzwoniłem do mojego kolegi Henia, aby ten o świcie jeszcze raz przeszukał teren.

Po południu już siedziałem na greckiej plaży ale cały czas myśli krążyły wokół wielkiego rogacza. W końcu dzwoni Heniu i dowiaduję się, że Nestor się nie mylił. Nie ma rogacza i nigdzie nie ma farby.

Cudowny urlop pozwala mi nie myśleć o zdarzeniu, ale gdy leżę pod parasolem… Słyszę uderzenie kuli i widzę typową reakcję kozła trafionego na komorę.

Po tygodniu wieczorem zauważam nieodebraną rozmowę. Dzwonił Heniu. Natychmiast oddzwaniam.

– Marku nie uwierzysz! Postanowiłem dzisiaj zapolować w tym miejscu gdzie ostatnio strzelałeś. Idę sobie wzdłuż tego rowu i nagle widzę wystającą cewkę z wody. Niesamowity rogacz!

– A jak wygląda?

– Wiesz… Cały tydzień leżał w wodzie. Jak wrócisz to sam zobaczysz.

Drugą połowę urlopu nie mogłem myśleć o niczym innym. Wcześniej rozważałem różne hipotezy, ale nie przyszło mi do głowy, że uciekający rogacz mógł być szpicakiem, a mój perukarz zawrócił i skoczył pod wodę.

Bezpośrednio z lotniska pojechałem do Henia odebrać jedno z najcenniejszych trofeów jakie udało mi się zdobyć.

Galeria zdjęć

Więcej artykułów