Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Share on tumblr
Share on email
Share on print

Lampart ze snów – Zimbabwe

Ostre kolce gęstego buszu darły ubrania i raniły do krwi, gdy pędziliśmy jak oszalali w kierunku, z którego dochodziło podniecone ujadanie psów. Pośpiech był wskazany, bo wielki kot mógł w każdej chwili przedrzeć się przez złaję i nam umknąć.

Zimbabwe przed kilkunastu zaledwie laty było prawdziwym rajem dla myśliwych. Zwierzyny było w bród, zarówno w otwartych łowiskach, jak i na świetnie zarządzanych farmach myśliwskich. Niestety opętany obsesją władzy prezydent – a właściwie satrapa – Mugabe w ciągu kilku lat zniszczył podstawę tutejszego dobrobytu i gospodarczej stabilności, wypędzając mieszkających tu od pokoleń białych farmerów.

Rolnictwo, będące podstawą gospodarki Zimbabwe – upadło. Zniknęły nowoczesne farmy. Nowi, czarni właściciele wcale nie rekrutują się z bezrolnej biedoty, której Mugabe obiecywał gospodarstwa. Niemal wszystkie gospodarstwa trafiły w łapy ministrów, zaufanych popleczników i temu podobnej hołoty.

Nowi właściciele nie prowadzą gospodarki rolnej – upaja ich widok swoich nazwisk na aktach własności ziemi. Rolnictwo wróciło do fazy przedkolonialnej. Pastuszkowie, tak samo biedni jak przed „reformą”, doglądają stad bydła. Wypasane jest w buszu, który objął we władanie dawniej starannie utrzymane pastwiska.

Zwierzyna została zdziesiątkowana, a na niektórych obszarach wybita do nogi przez rozzuchwalonych „weteranów”, którzy dostali od władz zielone światło, by wcielić w życie bolszewicką dewizę „Grab zagrablennoje”.

Przez całe lata zagraniczni myśliwi omijali Zimbabwe. Wielu obawiało się o swoje bezpieczeństwo, inni nie wierzyli, że w tym kraju można na coś zapolować.

Reklama

Dziś jest trochę lepiej, „weterani” dogorywają gdzieś w slumsach nad alkoholem z pokątnej produkcji, a zawodowym myśliwym udało się w pewnym stopniu przywrócić kontrolę nad gospodarką łowiecką. Stan zwierzyny jest daleko gorszy iż przed 2000 rokiem, ale w niektórych miejscach możliwa jest organizacja polowań.

Expressowe polowanie

Ta sytuacja miała jednak dość niespodziewany pozytywny wpływ na populację lampartów. Kłusownicy praktycznie na nie nie polują, a myśliwych trofeowych w wielu miejscach nie było od wielu lat. Dlatego stan tych kotów jest nietypowo wysoki.

W roku 2010 na wzgórzach w Matabeleland prowadziłem najniezwyklejsze polowanie w moim życiu. Powiesiliśmy osiem przynęt i już po kilku dniach mieliśmy trzy lamparty przychodzące do nich regularnie!

Takie rzeczy się nie zdarzają. Tamto polowanie było tez rekordowo krótkie – piękny cętkowany kot leżał na rozkładzie o dziewiątej rano pierwszego dnia. Dlatego postanowiłem, że na następne polowanie muszę zabrać Krzysztofa właśnie tam – do Matabelelandu.

Tak wygląda najlepsze łowisko na lamparty w Zimbabwe

Najlepsze łowisko

Z Bulawayo do łowiska są jedynie trzy godziny jazdy. Obóz jest bardzo prymitywny, ale za to pięknie położony, wśród drzew i nad jeziorem. Małe domki są kryte strzechą, zamiast okien siatka przeciw moskitom, a drzwi zamykane tylko na skobel. Ale jest łazienka i prysznic, w którym gorąca woda pochodzi z beczki stojącej nad paleniskiem na wyniosłej termitierze.

Nasz obóz był skromny, ale pięknie położony nad brzegiem jeziora

Wygody jednak nie miały znaczenia. Byliśmy w samym sercu potencjalnie najlepszego w Zimbabwe łowiska na lamparty.

Zdecydowaliśmy się na te same psy i tego samego podkładacza, co rok wcześniej w Mozambiku. Wydawało się, że to dobry zespół i przy sprzyjających warunkach dojdziemy lamparta w kilka dni.

Przynęty były oczywiście zawieszone wiele dni wcześniej i systematycznie odnawiane. Codziennie rano zawodowi myśliwi sprawdzali je wszystkie, a potem rozłożystą gałęzią ciągniętą za Land Cruiserem starannie zamiatali wszystkie drogi.

Polowanie było wyczerpujące. Codziennie budziliśmy się o trzeciej, aby o czwartej rano wyruszać do buszu. Jeździliśmy w dwa samochody – w jednym myśliwi i tropiciele, w drugim psy z podkładaczem. Przemierzaliśmy ogromne dystanse, sprawdzaliśmy setki tropów do południa.

Przynęty były systematycznie odnawiane i codziennie sprawdzane

Po południu trzeba było z kolei jechać szukać czegoś na przynętę. Czasem udało się ustrzelić antylopę, czy zebrę, ale zwierzyny nie było wiele. Kilkakrotnie zatem kupowaliśmy ćwiartki krów w rzeźni pod Bulawayo, a co drugi dzień przywoziliśmy stamtąd beczkę bydlęcej krwi, aby „zraszać” nią ścieżki prowadzące do przynęt.

Byliśmy fizycznie wycieńczeni. Wieczór kończył się po wypaleniu cygara przy dogasającym ognisku. Nikt nie miał siły na długie nocne pogawędki, czy tym bardziej popijawy. Nazajutrz przecież znów trzeba było wstać grubo przed świtem.

Barometry i obroże

Tropy lamparcie spotykaliśmy niemal codziennie. Czasem był to niewielki kot, może samica, ale również pojawiały się odciski potężnych łap starego kocura. Jednak jak to na takim polowaniu bywa, zwykle warunki nie pozwalały podążyć z psami po jego tropie.

Lampart przez całą noc pozostaje w nieustannym ruchu. Zapada na odpoczynek dopiero po wschodzie słońca. Jeżeli znaleziony trop pochodził sprzed wielu godzin – z pierwszej połowy nocy – nie miało sensu za nim iść. Oznaczałoby to wiele kilometrów wytężonego marszobiegu, a z każdą godziną wraz ze wzrostem temperatury, trop pachnie coraz słabiej i psy nie są w stanie za nim podążać w należytym tempie.

Każdego dnia takimi drogami pokonywaliśmy 200 kilometrów

Ale kilkakrotnie trafiliśmy na wymarzoną okazję. Trop wielkiego lamparta był świeży, psy łatwo go podjęły i pędziły na pewniaka. A potem – klapa. W którymś momencie sfora zatrzymywała się, rozbiegała na wszystkie strony i gubiła trop. Było to bardzo dziwne…

Zwykle puszczenie psów po świeżym tropie oznacza, że w ciągu godziny lub dwóch osaczą lamparta na jakimś drzewie. Podczas żadnego z organizowanych przeze mnie polowań – a było ich prawie trzydzieści – nie zdarzyło się, aby psy straciły świeży trop podjęty wcześnie rano.

Zaczęły się rodzić wątpliwości, co do jakości sfory. Zawodowy myśliwy z Bulawayo od początku patrzył sceptycznie na radiowe obroże i liczne elektroniczne gadżety, których używał nasz podkładacz psów.

Szczególne rozbawienie budził barometr i komentarze psiarczyka o gradiencie ciśnienia. Ale te uwagi składałem na karb zawiści i obskurantyzmu prowincjonalnego zawodowego myśliwego.

Takie skały to ulubiona kryjówka lampartów

O wiele więcej dała mi do myślenia rozmowa ze starym tropicielem. Ten Matabele przez lata pracował z miejscowym podkładaczem i uczestniczył w wielu polowaniach na lamparty. Obserwował pilnie pracę naszej sfory. Któregoś południa wziął mnie na bok:

– Mzee, z tymi psami nigdy nie dojdziemy lamparta. One ustalają przywództwo w stadzie, a nie pracują.

Co masz na myśli? – zapytałem.

Mzee, ten Kaburu wziął cztery stare i doświadczone psy i cztery młode, do przyuczenia. Ale dwa z tych młodych to silne samce. One chcą rządzić tą sforą. Ja to widzę tak: najpierw zgodnie szukają lamparta, a gdy są już blisko, zaczynają rywalizować o to, który go pierwszy dopadnie. Pędzą przed siebie, byle szybciej. I gubią trop. Rozbiegają się, podgryzają wzajemnie. Potem nie mogą odnaleźć miejsca, gdzie zgubiły trop.

Powtórzyłem tę opinię „Kaburu”, czyli południowoafrykańskiemu właścicielowi psów. Oburzył się i zapewnił, że nazajutrz dostaniemy lamparta.

Krzysztof zadecydował, że damy mu jeszcze jedną szansę. Ustaliliśmy, że jeśli znowu się zbłaźnią – szukamy innej sfory.

Następnego ranka sytuacja była jak marzenie. Krótko po wschodzie słońca znaleźliśmy świeżutki trop wielkiego lamparta. Ba – lampart odezwał się z bardzo bliska, gdy szykowaliśmy się do pójścia jego śladem. Był tuż, tuż. Psy ruszyły za nim galopem. Za psami my. Po dziesięciu minutach podkładacz zawołał:

Mają go!

Widział na ekranie swojego palmtopa, że wszystkie psy znajdują się w tym samym miejscu, niemal się nie poruszając. To mogło oznaczać tylko jedno – zagoniły lamparta na drzewo lub skałę i pilnują u podnóża. Ruszyliśmy pędem w kierunku coraz głośniejszego ujadania. Ale nim dobiegliśmy na miejsce, psie głosy zaczęły się rozpraszać. Zgubiły go?

Próbowaliśmy pójść za tropem, ale była tam granitowa skała. Jeden pies podążył w stronę skalistego szczytu, ale pozostałe biegały w kółko i przeszkadzały sobie wzajemnie. Było tak, jak powiedział stary tropiciel.

Dosyć tego. – powiedział Krzysztof – Sprowadź jak najszybciej inna złaję. Mamy jeszcze sześć dni polowania.

Mamy dość! Musimy szukać nowej sfory

Nowe otwarcie

Wiedziałem, że w Bulawayo jest sfora doświadczonych psów gończych i dobry podkładacz. Ale był środek sezonu. Zadzwoniliśmy od razu z mojego satelitarnego telefonu.

Mam tylko cztery dni. – powiedział psiarczyk – Potem jadę za West Nicholson. Ale w tej chwili pakuję psy i jadę do was. Może się udać.

Nasz dotychczasowy podkładacz wieść o zmianie sfory przyjął na pozór spokojnie i ze zrozumieniem. Cóż, nie wykazał się skutecznością na dwóch kolejnych polowaniach. Za to obecne wziął z góry połowę wynagrodzenia i Krzysztof nie zamierzał mu tego odbierać.

Ale gdy wieczorem przyjechał Jason ze swoimi psami, zwolniony z roboty psiarczyk stracił zimną krew. Szydził z naszych nowych pomocników, twierdząc że to kundle i niczego nie dokażą. Jasona nazywał prymitywem, ponieważ ten nie używał barometru i telemetrii. Zrobiło się bardzo nieprzyjemnie.

Nasza nowa złaja psów!

Szczytem wszystkiego było jednak pożegnanie Krzysztofa ze zwolnionym psiarczykiem. Odmówił podania dłoni swojemu klientowi, nie wstał nawet z krzesła. Krzysztof zachował zimną krew, chociaż wszystkich nas świerzbiły ręce, aby bezczelnemu psiarczykowi dać w pysk.

Nowa sfora okazała się może mniej szlachetna w pochodzeniu, ale znacznie bardziej zdyscyplinowana i dużo szybsza w pracy. Początkowo niepokoiło nas, że psy nie idą razem. Nawet gdy trop był w miarę świeży, rozbiegały się w kilku kierunkach, ale Jason nas uspokajał:

To ich styl pracy. Wiedzą, że trop może zniknąć i okładają większe pole.

Brzmiało to niewiarygodnie, ale tak było: psy zawsze spotykały się w jednym miejscu, czasem po kwadransie, czasem po dwóch godzinach. Nabraliśmy do nich zaufania i szacunku. To była wspaniała sfora, psy dzieliły się rolami w zależności od indywidualnych możliwości, wzorowo współpracowały i nigdy nie były zdezorientowane i zagubione. Po prostu rewelacja!

Ale nawet z najlepszymi psami nie ma mowy o sukcesie, jeżeli nie odnajdzie się świeżutkiego tropu. Zatem znowu codziennie od czwartej rano przemierzaliśmy niezliczone kilometry zakurzonych dróg, sprawdzając bardzo już liczne przynęty, oraz wieszając nowe.

Popołudnia zawodowcy spędzali na zamiataniu wszystkich możliwych ścieżek. I tu Jason różnił się znacząco od poprzednika – razem z innymi pracował całe popołudnia, podczas gdy odprawiony psiarczyk najczęściej spał, albo popijał piwo.

Wayne – zawodowy myśliwy i jego strażnik łowiecki

Ogromny kot

Czas mijał. Jason musiał jechać na następne polowanie, a Krzysztof – do Polski. Ostatniego poranka przemierzaliśmy po raz nie wiadomo który zamiecione wieczorem drogi. Ale gdy przejeżdżaliśmy koło lepianki, w której mieszkał pastuszek, ten zaczął do nas gwałtownie machać.

Szukacie może lamparta? Przeszedł za moją chatą jakieś dziesięć minut temu.

Nie wierzyliśmy własnym uszom.

No tak, on niemal codziennie tędy chodzi, od wielu lat. Zawsze kieruje się w stronę tamtych wzgórz.

No tak, miejscowi wiedzą wszystko. Niestety właściciel łowiska i zawodowy myśliwy w jednej osobie jest tępym, prowincjonalnym Burem, który gardzi Czarnymi i uważa, że niczego się od nich nie można dowiedzieć. Na szczęście tego pyszałka nie było z nami na samochodzie i tak zyskaliśmy bezcenna wiedzę.

Jason puścił psy. Ruszyły bez wahania w kierunku odległych wzgórz. Trop był bez wątpienia bardzo świeży. Pobiegliśmy za nimi. Odgłosy gonu oddalały się szybko, aby wreszcie umilknąć. Stanęliśmy skonfundowani.

To nic. – powiedział Jason – Niebawem wrócą wysłannicy. – i uśmiechnął się.

Może pół godziny później pojawił się jeden, a potem drugi pies. Były bardzo zziajane, ale jeszcze bardziej podekscytowane. Wskazywały, aby iść za nimi. W tym momencie odezwało się radio.

Mają go. – wydyszał okropnie zgoniony tropiciel, który cały czas biegł ze sforą. – Pospieszcie się!

Krótka konsultacja – w linii prostej mamy jakieś trzy kilometry przez busz i góry. Zanim dobiegniemy, lampart zapewne się wyrwie. Ale Land Cruiserem, drogą biegnącą dokoła wzgórz, dojedziemy w pięć minut. Wskoczyliśmy na pakę razem z dwoma psami, które przyniosły wiadomość. Pędziliśmy po wertepach jak szaleni, aby po kilku minutach wjechać na rozległą, kamienistą równinę u podnóża granitowych, stromych wzgórz. Tam czekali na nas tropiciele.

– Tam jest – tropiciel wskazał na wyniosłą górę o wyjątkowo stromych i skalistych zboczach. – Był przez chwilę w jaskini. O, zobaczcie, Tina wciąż tam węszy.

Rzeczywiście, przez lornetkę widać było jednego z kłapouchów, który wysoko w górze nerwowo obwąchiwał wejście do niewielkiej groty.

Tutaj nasza sfora zagoniła lamparta

W tym momencie ujadanie sfory przybrało na sile. Ale dźwięk nie przesuwał się – psy stały w miejscu.

Mają go! – krzyknął Jason – Biegiem!

Ostre kolce gęstego buszu darły ubrania i raniły do krwi, gdy pędziliśmy jak oszalali w kierunku, z którego dochodziło podniecone ujadanie psów. Osaczyły lamparta na drzewie, więc pospiech był wskazany, ponieważ wielki kot mógł w każdej chwili przedrzeć się przez sforę i nam umknąć. Wtedy całe dwanaście dni naszej pracy poszłoby na marne.

Nagle tropiciel zatrzymał nas gestem ręki. Wskazał coś przed nami. Byliśmy na skraju niewielkiej polany. Po jej drugiej stronie nieco więcej niż o 100 metrów, psy ujadały jak wściekłe u stóp rozłożystego drzewa. Nieco wyżej, na poziomej gałęzi, był On – wielki, stary lampart, wpatrujący się w psią sforę.

Ktoś rozłożył pastorał, a Krzysztof złożył się, wstrzymał oddech i rozległ się huk wystrzału z 375 H&H. Ryk radości tropicieli złączył się w jedno z triumfalnym skowytem psów. Jason skoczył pierwszy. Ranny lampart może być śmiertelnie niebezpieczny. Popędziliśmy za nim. Rozległ się głuchy strzał z dubeltówki.

Lampart leżał na ziemi, martwy jak głaz. Strzał Krzysztofa był perfekcyjny, ale wielki kot zdążył jeszcze odgryźć ogon jednemu z psów, dlatego Jason zdecydował się na strzał loftkami. Kot był ogromny. Prawdę mówiąc, nigdy nie widziałem większego.

Krzysztof ze swoim wymarzonym lampartem

Dla Krzysztofa była to wielka chwila. To prawdziwy myśliwy, który nie idzie na ilość i bardzo emocjonalnie przeżywa każde polowanie i każdą sztukę strzelonej zwierzyny. Długo, bardzo długo siedział przy wspaniałym lamparcie.

Potem przyszedł czas na fotografie. Klasycznie zdjęcia z upolowanym lampartem robi się w dwóch pozach – myśliwy trzyma go przed sobą oraz zarzuca się kota niczym kołnierz z norek. I tu pojawił się problem.

Krzysztof jest wysportowany, regularnie ćwiczy na siłowni, dba o kondycję, ale ten lampart to było prawdziwe monstrum. Dwóch ludzi z trudem podniosło go z ziemi i zarzuciło Krzysztofowi na barki, a On aż przysiadł pod ogromnym ciężarem.

Szybciej róbcie te zdjęcia, bo nie ustoję! – wyrzęził, chwiejąc się na nogach.

Pomiarów dokonaliśmy dopiero w obozie. Nic dziwnego, że Krzysztof miał trudności z uniesieniem swojego wymarzonego lamparta. Okazało się, że to monstrum ważyło 106 kilogramów! Od lat w Afryce nikt nie doniósł o lamparcie choć zbliżonym do takiej wagi!

Uznaje się, że kot ważący 70 kilogramów jest dużym trofeum. Lampart Krzysztofa na pewno trafi do Księgi Rekordów Safari Club International i Rowland Ward. Oficjalnych pomiarów będę mógł dokonać, gdy czaszka dotrze do Polski.

Fantastyczne trofeum!

Pamiątkowa scena

Celebracji sukcesu nie było końca. Dostaliśmy naszego lamparta dwunastego dnia polowania, a każdy z tych dni był wypełniony ciężką praca ludzi i psów. Łowy wymagały ogromnej wiedzy, starannego planowania i potężnego wysiłku. Trofeum zaś przekroczyło najśmielsze oczekiwania.

Tego dnia whisky lała się strumieniami, a każdy w obozie, nie wyłączając pomocnika kucharza, paradował puszczając dymka z najlepszych kubańskich cygar, które Krzysztof zachomikował specjalnie na tę okazję.

To był lampart ze snów. Polowanie i myśliwskie przeżycie ze wszech miar godne specjalnego upamiętnienia. Zasugerowałem Krzysztofowi namalowanie tej sceny, gdy mierzy do potężnego lamparta, otoczonego przez sforę psów, a wschodzące słońce rozświetla przepiękny krajobraz Matabelelandu. W Zimbabwe, w Victoria Falls, mieszka wybitny malarz, specjalizujący się w afrykańskiej przyrodzie – Larry Norton. Krzysztof od razu zgodził się zamówić u niego olejny obraz, który na zawsze utrwali tę niezapomnianą scenę.

Larry Norton z tropicielem oglądają miejsce polowania

Spotkaliśmy się z Larrym dwa dni później w jego pracowni. Panowie uzgodnili szczegóły zamówienia. Larry, człowiek bardzo rzetelny, przyjechał do łowiska niedługo potem. Zaprowadziłem go na miejsce, gdzie Krzysztof upolował monstrualnego lamparta. Larry robił szkice, fotografował. Jestem pewny, że obraz będzie doskonały. Unieśmiertelni marzenie Krzysztofa – lamparta ze snów.

Wszystkich myśliwych, którzy chcą przeżyć prawdziwe safari Paweł Kardasz zaprasza do kontaktu omalanga@home.pl

Galeria zdjęć

Więcej artykułów