Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Share on tumblr
Share on email
Share on print

Lampart ze snów – Mozambik

Na tego drapieżnika poluje się dwoma sposobami. Pierwszym jest zasiadka, co oznacza zwykle kilkanaście dni spędzonych w bezruchu. Drugim jest użycie psów gończych. To metoda znacznie efektywniejsza, ale wymaga bardzo dobrej kondycji.

Lampart jest bardzo wymagającym przeciwnikiem dla myśliwego. Wielu myśliwych uważa, że to najtrudniejszy do upolowania przedstawiciel Wielkiej Piątki. Niezwykle czujny i inteligentny, a przy tym skryty i prowadzący nocny tryb życia. Nic dziwnego, że zazwyczaj potrzeba wielu dni, aby zdobyć wymarzone trofeum w postaci cętkowanej skóry.

Zwierzęta te nie znoszą towarzystwa, łączą się w pary wyłącznie na krótki czas potrzebny do spłodzenia potomstwa. Poza tym bardzo starannie dbają o to, aby w ich rewirze nie zamieszkał drugi lampart. Często walczą, a młody samiec ma szansę na objęcie jakiegoś terenu we władanie tylko wtedy, gdy poprzedni jego władca – stary i doświadczony kocur – opadnie z sił ze starości lub zginie – na przykład z ręki myśliwego.

Selektywne polowanie na lamparty nie zagraża populacji; myśliwi strzelają tylko najstarsze osobniki!

Lampart przeciętnie zajmuje około 100 kilometrów kwadratowych. Jest w nieustającym ruchu; każdej nocy przemierza dystans od kilku do kilkunastu kilometrów – poszukując zdobyczy. W to samo miejsce wraca zwykle po pięciu – sześciu dniach. Zostaje dłużej tylko wtedy, gdy coś upoluje.

Jeśli nie jest głodny – napocznie mięso i wróci do niego po dwóch dniach. Jeśli zaś przyszedł z pustym brzuchem – zje dużo i jeśli coś zostanie, to można mieć pewność, że powróci następnej nocy, by dokończyć ucztę.

Reklama

Sztuka polowania

Na znajomości lamparcich zwyczajów zasadza się cała sztuka polowania. Procedura jest następująca: po wybraniu dobrego „kociego” terenu zawiesza się na drzewach spore kawały mięsa – na przykład udziec kudu czy pół springboka – na przynętę.

Ważna jest wysokość, na której przynęta została zawieszona. Nie może to być zbyt nisko, gdyż wtedy padnie łupem lwów lub hien. Ma być podciągnięta na taką wysokość od ziemi, aby lampart stając na tylnych łapach mógł jej posmakować, ale nie może zjeść jej zbyt wiele. Chodzi o to, aby go zatrzymać możliwie długo w jednym miejscu.

Idealnie, gdy łatwy dostęp do mięsa jest tylko z poziomej gałęzi. Zmusza to lamparta do wspinaczki na drzewo!

Na lamparty zasadniczo poluje się dwoma sposobami. Pierwszym jest zasiadka. Oznacza zwykle kilkanaście dni spędzonych w bezruchu i ciszy w pobliżu przynęty. Często polowanie kończy się klapą. Statystycznie nie więcej niż 30 procent polowań tego typu przynosi upragnione trofeum.

Drugim sposobem jest użycie psów gończych, specjalnie szkolonych do polowań na lamparty. To metoda znacznie efektywniejsza, wymagająca jednak bardzo aktywnego udziału myśliwego, dobrej kondycji i oddania pewnego strzału w często niesprzyjających warunkach.

Myśliwskie marzenie

Krzysztof jest bardzo doświadczonym myśliwym. Polował już niemal wszędzie, ale do Afryki wraca od 1998 – kiedy to polowaliśmy razem w pięknym buszu na północ od Omaruru w Namibii.

Jest zakochany w tym kontynencie i afrykańskie polowanie uważa za absolutnie największe myśliwskie wyzwanie. Wraca tu czasem dwa razy w jednym sezonie. Ma na swoim koncie dziesiątki antylop, dwa lwy – w tym ludojada strzelonego w Czadzie, bawoły, krokodyle i hipopotama. Od dawna marzył jednak o lamparcie.

Próbował nie raz. Sytuacje były bardzo różne. Zdarzyło się któregoś razu, podczas polowania na antylopy w Namibii, że miejscowy farmer złapał lamparta w pułapkę. Te potężne koty przez hodowców bydła i owiec uważane są za groźne szkodniki. Jeszcze do niedawna zastawiano na nie żelaza, w których zwierzęta ginęły w męczarniach. Obecnie stosowane są specjalne pułapki, chwytające lamparta żywcem.

Dzięki badaniom AfriCat Foundation wiemy, że lampart, który raz zostanie schwytany, a potem wypuszczony, już nigdy nie wróci do tego pechowego miejsca. Tym razem w klatce siedziała piękna, duża samica, bardzo rozdrażniona. Farmer wprost zaproponował Krzysztofowi:

-Możesz ją zastrzelić. Dużo nie policzę.

-Ale jak to? Wypuścicie ją?

-E, nie. –odpowiedział farmer – Zastrzelisz ją w klatce i po kłopocie.

Krzysztof zdecydowanie odmówił. Prawdziwego myśliwego nie interesują takie „trofea”.

Kolejna okazja nadarzyła się dwa lata później, podczas polowania w Czadzie i Republice Środkowoafrykańskiej. Był to pamiętny wyjazd. Kraj w przeddzień wojny domowej, panoszące się wszędzie zbrojne oddziały i lew ludojad, który o mały włos nie dołożył Krzysztofa do listy swych ofiar.

Mieliśmy licencję na lamparta, więc Filip Dubois zawiesił przynęty. Gdy ulokowali się w zasiadce, szybko pojawił się lampart. Niestety – samica, choć nęcisko odwiedzał również samiec. Kotka przychodziła regularnie i była łatwym celem, ale kocur się nie pojawił. Cóż, nie był nam pisany.

Krzysztof spędził niezliczone godziny w zasiadkach, aż serdecznie znienawidził ten rodzaj jakże biernego i po prawdzie nudnego polowania, które od myśliwego wymaga tylko twardego tyłka i morza cierpliwości.

Lampart stał się niemal obsesją Krzysztofa. Wreszcie odbyliśmy męską rozmowę. Jestem ogromnym zwolennikiem polowania na lamparta z dobrze ułożonymi psami. To polowanie wymagające znacznie więcej wiedzy i aktywnego działania, niż wysiadywanie przy cuchnącej przynęcie.

Krzysztof przyjął moje argumenty, zwłaszcza że miał okazję polowania na karakala z psami samego Roya Sparksa i miał jak najlepsze wspomnienia z tych łowów. Decyzja została podjęta – jedziemy zapolować na lamparta z psami gończymi. Kwestią do rozstrzygnięcia pozostawało – dokąd. Wybór padł na Mozambik.

Prawdziwe safari

To jeden z ostatnich krajów Afryki, w którym można przeżyć prawdziwe safari. Trwająca przez dziesięciolecia wojna domowa paradoksalnie przyczyniła się do zachowania środowiska naturalnego w niemal niezmienionym stanie.

Nie ma tu żadnych pogrodzonych płotami farm myśliwskich. Kraj w dużym stopniu jest dziki. Nieprzebyte, zwrotnikowe lasy i dorodny busz zamieszkują zwierzęta i nieliczni ludzie, żyjąc obok siebie w rytmie natury.

Łowiska, zwane po portugalsku Quatada, są bardzo rozległe, rozciągają się na setki kilometrów kwadratowych. Obozy myśliwskie – z reguły sytuowane nad licznymi tu rzekami – są jakby żywcem przeniesione z czasów Złotej Ery safari, opisywanych tak sugestywnie przez Hemingwaya i Ruarka.

Polowanie jest prawdziwe, wymaga cierpliwości i kosztuje myśliwego niemało wysiłku. Tym większa jest satysfakcja, gdy wymarzona sztuka wreszcie znajdzie się na rozkładzie.

Od wielu lat prowadzę polowania w najciekawszych łowiskach Mozambiku. Jest tu wszystko, czego tylko myśliwy może zapragnąć. Na Zambezi polujemy na krokodyle i hipopotamy. W delcie tej rzeki jest najlepsze w Afryce miejsce na bawoły!

Po dużego słonia trzeba się wybrać na północ, do dzikiej i niedostępnej prowincji Niasa. Lwa czy lamparta najłatwiej upolować w Teté lub w leśnych ostępach nad Oceanem Indyjskim w prowincji Sofala.

I właśnie na to ostatnie łowisko padł nasz wybór. Polowaliśmy już w nim kilkakrotnie. Poprzedniego roku nie raz widzieliśmy tropy dużego lamparta. Zdecydowanie było to jego terytorium. Krążył po gęstym lesie pomiędzy dwiema rzekami, niemal wysychającymi w suchej porze. Wszystko wskazywało na to, że ten kot jest nam przeznaczony.

Wyspecjalizowane złaje

Trzeba było starannie rozważyć, jaka pora będzie najlepsza. Zbyt wcześnie oznacza, że zwrotnikowy las jest mokry i zapach lamparcich tropów szybko ulega spłukaniu. Zbyt późno to upały i susza, a wysoka temperatura też utrudnia łowy. Wybraliśmy lipiec, drugi miesiąc sezonu polowań w Mozambiku.

Polowania na lamparta z psami gończymi organizuję od 1999 roku i statystycznie dostawaliśmy kota szóstego dnia. Tylko raz zdarzyło się, że już pierwszego dnia lampart był na rozkładzie. Innym razem, dla odmiany potrzebowaliśmy aż dziesięciu dni!

Wydawało się, że dwunastodniowa wyprawa będzie optymalna i przyniesie upragniony sukces.

Osobną sprawą były psy. Od czasu gdy rodzina Sparks ułożyła pierwszą sforę na lamparta, w RPA namnożyło się zawodowych myśliwych, hodujących wyspecjalizowane złaje. Jest ich dziś kilkanaście, z czego kilka naprawdę dobrych. Ale właściciele tych bardzo kosztownych psów wcale nie palą się do kontraktowania polowań w Mozambiku. Problemem są muchy tse tse, które mogą zabić psa w krótkim czasie. Mój mozambicki przyjaciel, doświadczony zawodowy myśliwy, polecił mi sforę, z którą kilkakrotnie polował w Mozambiku.

Nie znałem tego podkładacza opinie miał bardzo dobre, a do polowania używa psów w typie trójkolorowych francuskich gończych, znanych z arrasów i średniowiecznych europejskich malowideł.

Psy pracują regularnie i są dobrze utrzymane. Ich właściciel jest entuzjastą nowoczesnych gadżetów, zatem każdy nosi radiową obrożę dzięki czemu można śledzić jego ruchy.

Aby uchronić swoje ukochane psy przed tse tse, właściciel zbudował w naszym mozambickim obozie kennel szczelnie osłonięty gęstą siatką na moskity. Ponadto wiele razy w ciągu dnia spryskiwał preparatem owadobójczym psi kojec w Land Roverze, w którym psy jeździły podczas polowania, co ochroniło psy i żaden nie zachorował.

Polowaliśmy ostro. Strzelaliśmy przynęty, a nasi pomocnicy rozwieszali je w rozmaitych dobrze rokujących zakamarkach.

Codziennie wyruszaliśmy grubo przed świtem, ponieważ teren był bardzo rozległy, a drogi marne. Sprawdzaliśmy przynęty i szukaliśmy tropów. Maszerowaliśmy godzinami w łożyskach rzek, unikając – albo i nie – zdradliwych, ruchomych piasków.

Rzeka tylko na pozór wyschła, co krok wpadamy w ruchome piaski.

Niejednokrotnie trafialiśmy na ślady świeżych przejść lwów, których w tej okolicy jest mnóstwo. Takie spotkania zawsze poprawiały znacząco tempo naszego marszu.

Psy kilkakrotnie podejmowały świeży trop. Bardzo łatwo to rozpoznać, ponieważ gdy dochodzą do świeżego śladu, ich ujadanie zmienia się w przeciągły, zawodzący gon, znamionujący najwyższe myśliwskie podniecenie.

Za każdym jednak razem po kilkuset metrach psy stawały zagubione. Powodem była niezwykła wilgotność. O świcie las spowijała gęsta mgła, która osiadała na trawach i krzewach i skutecznie “wypłukuje” nawet świeży zapach.

Tropy naszego lamparta pojawiały się regularnie. Łatwo go rozpoznawaliśmy, ponieważ był wyjątkowo duży, ale również nie posiadał jednej z poduszek na tylnej łapie. Któregoś dnia dołączył do niego znacznie mniejszy trop kotki.

Ostrzeżenie przed lwami – pełno ich w tej okolicy!

To była ta jedyna chwila w roku, gdy lamparty łączą się w pary. Przez kilka dni koci kochankowie nie wychodzili z gęstwiny. Potem kotka odeszła, a nasz lampart ruszył prosto na północ.

To także było nasze łowisko, ale z głównego obozu nie można było tam dojechać. Na piechotę było to dobre 30 kilometrów uciążliwego marszu przez tropikalny las. Samochodem zaś dobre 3 godziny jazdy, dookoła całego kompleksu.

Wsparcie czarownika

W tej części łowiska był mały obóz, dlatego przenieśliśmy się tam. I tam był nasz lampart. Ha, bezczelnie wykorzystywał łożysko rzeki tuż przed naszym obozem jako swój regularny szlak.

Któregoś razu, gdy włóczyliśmy się z psami po lesie, lampart – w środku dnia! – najspokojniej w świecie przemaszerował o 20 kroków od chłopaka, który w rzece prał nasze ubrania.

Ulubiony szlak “naszego” starego lamparta.

Można powiedzieć, że zawisło fatum nad tym polowaniem. Tonący brzytwy się chwyta, a ja przez ćwierć wieku w Afryce widziałem niejedno – zatem zdecydowaliśmy się poprosić o wsparcie czarownika.

Ceremonia odbyła się pod drzewem na skraju obozu. Czarownik mamrotał zaklęcia, nacierał ziołami sztucer Krzysztofa i coś palił. Wszyscy klaskaliśmy w rytm, a miejscowi śpiewali gardłową pieśń. Potem czarownik kazał nam się oddalić na pół godziny. Na koniec wręczył Krzysztofowi skręta wielkości Cohiby i kazał go palić przed wyjściem na polowanie.

Jako, że był to już dziesiąty dzień bezowocnego polowania, Krzysztof postanowił zapalić magiczne cygaro niezwłocznie.

Zaciągał się nim z lubością, a wokół rozchodził aromatyczny, jakby skądś znajomy dym. Zanim do mnie dotarło, skąd znam ten zapach, wszyscy byliśmy porządnie zaprawieni marihuaną. To był bardzo wesoły wieczór.

Niestety nazajutrz nie spotkaliśmy tropów naszego lamparta. Stary Boet nie wierzył, że czary zadziałają i po południu wróciliśmy do głównego obozu w nadziei, że nasz kot wrócił do swojej starej ostoi. Tak się nie stało. Po dwunastu dniach ciężkiej harówki wracaliśmy z niczym.

Dwa dni później w Johannesburgu odebrałem telefon z Mozambiku. Czarownik dopiął swego! Po naszym wyjeździe lampart wrócił nad rzekę i codziennie przechodził tymi samymi ścieżkami, jakby czekając swojego przeznaczenia. Ale wtedy Krzysztof był już w domu, o 8000 kilometrów od tropikalnych ostępów Sofali.

Zmęczeni, ale zadowoleni!

P.S.
Już za tydzień druga część opowieści, w której Paweł razem z Krzysztofem zapolują na wymarzonego lamparta w Zimbabwe.

Wszystkich myśliwych, którzy chcą przeżyć prawdziwe safari Paweł Kardasz zaprasza do kontaktu omalanga@home.pl

Galeria zdjęć

Więcej artykułów