Obraz Michała Nowakowskiego
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Share on tumblr
Share on email
Share on print

Jeśli ruszycie na słonia…

Po strzale słoń ruszył przed siebie z prędkością pośpiesznego do Bydgoszczy. Myśliwy nie rozumiał, co się wydarzyło. Przed nami było wiele godzin marszu, przez dziki busz, pod morderczym słońcem. A wszystko dlatego, że gość uparł się strzelać z lunetą – na 15 kroków do celu wielkiego jak stodoła!

Starzy zawodowi myśliwi mówią, że na słonie poluje się nogami, nie sztucerem. To prawda – aby dojść na strzał do porządnego tuskera trzeba przejść wiele dziesiątków kilometrów.

Polowanie zazwyczaj trwa wiele dni, co rano trzeba ruszyć do buszu w poszukiwaniu świeżych tropów słoni. Jeśli teren jest dobry, w ciągu godziny lub dwóch można natrafić na dobry trop. Co to oznacza?

Przede wszystkim musi być świeży, nie starszy niż dwie, trzy godziny. Słonie nieustannie żerują, więc ich tempo przemieszczania się wynosi zwykle 4-5 kilometrów na godzinę. Szybki marsz człowieka w buszu to co najmniej 6 kilometrów na godzinę, zatem jest szansa aby go dogonić.

Czas przejścia określa się na dwa sposoby: po pierwsze ogólnej informacji dostarcza wygląd złamanych zielonych pędów, które powinny nadal wyglądać na niedawno uszkodzone, zatem mieć jasny lub zielony kolor. Jeśli zdążyły już sczernieć, nie ma co zawracać sobie głowy.

Drugą metodą, szybką i precyzyjną, zawsze stosowaną podczas dochodzenia, jest wetknięcie palca w górę słoniowych odchodów. Musi być ciepła – wewnątrz.

Reklama

Inną ważną kwestią jest określenie, czy w grupie jest słoń, który nosi ciosy stanowiące satysfakcjonujące trofeum. Wskazówką jest wielkość tropu. To rozpoznanie może być mylące; szukamy oczywiście dużego odcisku, jednak nie zawsze słoń o pokaźnych rozmiarach, ważący pięć ton i pozostawiający wielkie tropy, nosi też ogromne ciosy.

Trop słonia – na dwa buty z hakiem!

Często ta reguła się nie sprawdza, a są też rejony (jak chociażby południe Selous w Tanzanii), gdzie znacząca część populacji słoni zupełnie jest pozbawiona ciosów. Zdarzało mi się spotykać osobniki liczące ponad czterdzieści lat, które nie wykształciły nawet malutkich kłów (to oczywiście nieprawidłowa nazwa, gdyż ze słoniowej szczęki wystają przekształcone siekacze).

Duży trop to taki, który jest nie krótszy niż dwie długości podeszwy myśliwskiego buta, czyli ma ponad 60 centymetrów średnicy.

Imponujące ciosy

Trzecią wskazówką, którą trzeba wziąć pod uwagę, jest liczebność grupy. Stare samce nie chodzą wraz ze stadem samic i młodzieży. Zwykle są samotnikami. Jeżeli dożyją poważnego wieku (co dla nas oznacza, że najprawdopodobniej noszą imponujące ciosy), poruszają się w towarzystwie dwóch młodszych, aczkolwiek silnych i masywnych samców, zwanych askari.

Tropy trzech dużych słoni, poruszających się w izolowanej grupie, oznaczają bez wątpliwości szansę na najmocniejsze trofeum w łowisku.

Po odnalezieniu obiecującego tropu – świeżego, dużego, samotnego lub w małej grupie – ruszamy za nim marszem tak szybkim, na jaki pozwala teren. Naturalnie nie można robić zbyt wiele hałasu, ale nie jest to najistotniejsze. Ważniejsze jest, aby słonie nie dostrzegły naszego ruchu. Albowiem tak jak trzask łamanych gałązek czy szelest liści nie oznaczają specjalnego zagrożenia dla tych najpotężniejszych zwierząt w buszu, o tyle widok ludzi – jedynych zagrażających im drapieżników – bez wątpienia wzbudzi ich niepokój.

Jeżeli dobrze oceniliśmy czas, o jaki grupa słoni nas wyprzedzała w chwili wejścia na ich trop i jeśli poruszaliśmy się szybkim marszem to zwykle po dwóch, może trzech godzinach docieramy do miejsca żerowania.

Teraz trzeba być szczególnie ostrożnym; cichutko, w niskiej pozycji lub nawet pełzając zbliżyć się od nawietrznej i ocenić sytuację. Niestety zwykle okazuje się, że albo dający tyle nadziei słoń nie ma wybitnych ciosów, albo nie ma możliwości dojścia na pewny strzał – a trzeba pamiętać, że do słonia trzeba strzelać naprawdę z bliska, najdalej na 25 kroków, ponieważ ciężkie pociski dużych kalibrów – używane do tego rodzaju polowania – błyskawicznie opadają i wytracają swą energię.

Kenijski zawodowy myśliwy starej daty dawał taką wskazówkę, na temat „dobrej” odległości: „Podejdź tak blisko, jak to jest możliwe – a potem zbliż się jeszcze o dziesięć kroków.” i nie ma w tym żadnej przesady.

Najmniejszą odległością, z której zdarzyło mi się oddać strzał, było osiem metrów. Tak, mam na to świadków!

Jednak nawet, jeśli wszystko zrobiliśmy bezbłędnie i tak zwykle okazuje się, że dziś słonia nie strzelimy – jest za mały, nie da się podejść, a wiatr kręci… Musisz się wycofać i nazajutrz zacząć wszystko od początku. Trzeba się naprawdę nachodzić, aby upolować słonia. Jeden z moich klientów, który trzykrotnie był ze mną na takim polowaniu w północnym Mozambiku, podliczył dystans, który musiał przemaszerować zanim udało mu się oddać strzał. Wyszło 164 kilometry.

Na piechotę, oczywiście. W niektóre dni robi się ledwie 10 kilometrów, aby nazajutrz przejść ich 30. To nie jest polowanie dla zapasionych mięczaków.

Dziki Mozambik

W moim przekonaniu od lat najciekawszym miejscem na prawdziwe safari w starym, dobrym stylu jest Mozambik. To kraj rzadko odwiedzany, bardzo pierwotny. Chociaż zwierzyna została mocno przetrzebiona podczas wojny domowej, to jednak od jej zakończenia minęły już niemal trzy dekady.

Populacje się odbudowały, przy dużej pomocy zawodowych myśliwych dzierżawiących tu ogromne łowiska. Po latach ochrony pogłowie antylop jest bardzo dobry, setki bawołów zostało przywiezionych z Parku Krugera w RPA i wypuszczonych w Gorongosa, gdzie stały się zalążkiem świetnie rokującej lokalnej populacji.

Natomiast słonie przetrwały bez większego uszczerbku lata wojny, ponieważ niespecjalnie były przedmiotem zainteresowania dla kłusowników. Niektóre koncesje, jak chociażby Coutada 7, co sezon dawały moim klientom słonie o ciosach przekraczających 70 funtów.

Dla najwytrwalszych, którym nie straszna była podróż, prymitywny obóz, pierwotny las, gęsty busz i wstrętne muchy tse tse, dla prawdziwych myśliwych, gotowych na wielogodzinne forsowne marsze miałem – specjalne łowisko.

Położona na północy Mozambiku prowincja Niassa jest tak dzika, jak była Afryka przed kolonizacją. Nieprawdopodobnie wprost prymitywne wioski wydają się być zawieszone w czasie. Nic się tu nie zmieniło od setek pokoleń. Rolnictwo jest bardzo prymitywne, oparte na wypalaniu lasu.

Niassa w Mozambiku to niesamowite łowisko – tak wyglądała Afryka przed kolonizacją.

Podczas polowania natrafia się na zrujnowane chaty wśród szybko porastających młodymi drzewami dawnych pól. W chatach zwykle można znaleźć porzucone gliniane garnki i prymitywne meble; szkoda ich nosić, na nowym miejscu szybko robi się nowe. Takich gospodarstw i miniaturowych wiosek jest bardzo niewiele.

Znakomitą większość prowincji porastają lasy miombo, w których kryją się naprawdę potężne słonie. Co roku strzelaliśmy tam tuskery o ciosach ważących 80 funtów każdy. A na posterunku policji w Mataca oglądałem łup odebrany nasłanym przez Chińczyków kłusownikom. Najcięższy ze skonfiskowanych ciosów ważył 112 funtów!

Możecie być pewnym – nigdzie indziej w Afryce nie spotyka się już takich słoni!

Wyboista droga

Ale Niassa to polowanie dla koneserów. Trudno się tam dostać. Mój przyjaciel, dzierżawiący najlepszą słoniową koncesję, jechał 8 dni z Pretorii, 2400 kilometrów po wertepach. A za Marrupa nie ma już ani jednej stacji benzynowej.

Z klientami latałem tam małym samolotem z Lilongwe nad jeziorem Malawi. Lądowaliśmy w Lichinga, aby dokonać odprawy paszportowej, a celem lotu było „lotnisko”, czyli pas wycięty w buszu przy misji protestanckiej.

Stamtąd już tylko 4 godziny gruntową drogą. Łowisko jest ogromne: 80 na 60 kilometrów. Prawie nie ma w nim dróg, z wyjątkiem myśliwskich traktów przetartych przez mojego kumpla.

Procedura polowania zatem jest taka: rankiem wyruszamy terenowym samochodem i dojeżdżamy, jak daleko się da. Dalej już pieszo. Czasem, tropiąc słonia, zdarzało się nam oddalić o 20 kilometrów od auta. I taki dystans trzeba było też pokonać podczas powrotu.

Trzeba mieć na względzie, że polowanie na słonie różni się znacząco od strzelania dzików. Wielodniowy wysiłek często nie przynosił rezultatu. Niejeden myśliwy wyjeżdżał po dwóch tygodniach bez wymarzonego trofeum. Ale to łowisko dla koneserów; nikt nie narzekał, wszyscy wracali po raz drugi, czasem trzeci – aż do skutku.

Wielkość ma znaczenie

Pan X. polował ze mną od lat. Byliśmy we wszystkich najciekawszych łowiskach Afryki, trochę też „powłóczyliśmy” się po innych kontynentach. Jego największym marzeniem był słoń o potężnych ciosach. Byliśmy w Niassa już trzeci raz. Polowaliśmy ostro dzień po dniu. Pan X. woził ze sobą sztucer w kalibrze 375 H&H.

To najmniejszy kaliber jakim można strzelać do niebezpiecznej zwierzyny – a moim zdaniem jest on zbyt słaby na słonia. Malutkie kulki o wadze ledwie 300 granów (19 gramów) ledwie dają sobie radę. Pocisk tego kalibru nie ma „siły obalającej”, która charakteryzuje amunicję w przyzwoitych kalibrach na taką zwierzynę, typu 470 NE, 458 WM, 500 NE czy 577 NE. Nawet 416 Rigby jest skuteczniejszy. Ale pan X. obawiał się odrzutu i trwał uparcie przy 375 H&H.

Na broni zawodowych myśliwych i tropicieli nie zobaczycie nigdy optyki!

Jasne, że taki pocisk jest wystarczający, gdy trafi się w mózg. Ale to strzał bardzo trudny, dla profesjonalistów. Natomiast aby strzał komorowy był skuteczny, trzeba go oddać naprawdę z bliska. Mierząc z odległości kilkunastu metrów w zasadzie można by się obyć bez jakichkolwiek przyrządów celowniczych, wystarczyłoby z grubsza naprowadzić lufę na cel, mający dobre pół metra średnicy.

Ale nie było takich argumentów, które mogły przekonać pana X. do zdjęcia ze sztucera lunety. Tłumaczył, że słabo widzi, że od lat strzela tylko z optyką, że ustawi minimalne powiększenie. Po prostu nie było na niego siły. No trudno – nasz klient, nasz pan.

Wreszcie któregoś dnia myśliwskie szczęście uśmiechnęło się do nas. Znaleźliśmy świeży trop bardzo dużego słonia, wyprzedzającego nas bardzo niewiele. Krótko po ósmej rano tropiciel przypadł płasko do ziemi, pokazując przed siebie.

W gęstej kępie drzew ledwie widoczny krył się szary kształt. Zaczęliśmy pełznąć w jego kierunku. Słoń stał bez ruchu w cieniu gęstego listowia. Jednak od naszej strony był zupełnie odsłonięty. Najwyraźniej schronił się w cieniu przez coraz mocniej dogrzewającymi promieniami słońca. Przysuwaliśmy się niezauważeni bliżej i bliżej. Wreszcie przyklękliśmy nie dalej niż 15 kroków – 12 metrów – od olbrzymiego zwierzęcia.

Tak, to był ten wymarzony, długo poszukiwany, ogromny słoń. Gołym okiem widoczne były potężne ciosy, sterczące ze szczęki. Dałem znak panu X. wzniesionym do góry kciukiem: OK, strzelaj.

Ten jednak, zamiast za sztucer, chwycił za lornetkę. Dobrą minutę przyglądał się słoniowi, odległego od nas o rzut kamieniem. Nie wiem, co zobaczył w szkłach o dziesięciokrotnym powiększeniu. Wreszcie odłożył lornetkę i przyłożył do ramienia karabin. Oczywiście z lunetą!

Mierzył długo, jak to on. Słoń wciąż nas nie dostrzegł. W pewnej chwili jednym szybkim ruchem obrócił się o 180 stopni. Tam, gdzie przed chwilą była głowa, teraz był jego zad. Zdałem sobie sprawę, że w szkłach lunety pan X. nie widział słonia, a jedynie mocno powiększony kawałek szarej, pomarszczonej skóry. Odwróciłem się szybko do niego, ale w tym momencie padł strzał.

W pełnym słońcu

Pan X. wycelował starannie na komorę, ale kula trafiła powiedzmy w szynkę. Po strzale ruszył przed siebie, niczym wystrzelony z rakiety. Byłem wściekły. Ogłupiały klient nie rozumiał, co się właściwie wydarzyło. Ja zaś miałem świadomość, że przed nami wiele godzin wytężonego marszu za postrzałkiem, przez dziki busz, pod morderczym słońcem.

Ślady uchodzącego słonia były doskonale widoczne w suchym pyle. Musieliśmy podążać bardzo szybko. Strzał w żadnym razie nie był śmiertelny. a spłoszone zwierzę mogło przebiec wiele kilometrów. Poruszaliśmy się na zmianę biegiem i szybkim marszem. Z każdą godziną robiło się coraz goręcej.

W listopadzie w Mozambiku jest koniec pory suchej, najgorętszy czas w roku. W cieniu było na pewno ponad 30 stopni, ale my biegliśmy w pełnym słońcu, przez wyschnięty busz. Każdy dźwigał sztucer, tropiciele jeszcze bańki z wodą. Piliśmy rzadko i niewiele, gdyż zapowiadało się na cały dzień pogoni. Krótko po południu tropiciel gwałtownie przykucnął. Przed nami znajdowała się płytka kotlina, a w niej stał nasz słoń.

Na tropie rannego słonia

Rozsądek nakazywał, aby wygarnąć do niego ze wszystkich luf, ale pan X. koniecznie chciał sam dokończyć dzieła. Spudłował fatalnie, wprawdzie zdążyliśmy wystrzelić po nim jeszcze kilkukrotnie, ale strzały z przyrzutu do galopującego słonia nie mogły być zbyt precyzyjne. Trochę ołowiu dostał, ale na pewno za mało.

Ruszyliśmy dalej w trop. Nie było mowy o biegu, wszyscy byli zbyt wycieńczeni. Szliśmy w piekielnym upale do wieczora. W Afryce nie ma zmierzchu, w ciągu kilku chwil dzień przechodzi w noc. Zrobiło się zupełnie ciemno. Pościg za postrzałkiem trzeba było odłożyć do następnego ranka.

Od strzału przeszliśmy 47 kilometrów. Plus jeszcze kilka przed dojściem do zwierzęcia. Zaznaczyliśmy gałęziami ślad słonia, aby nazajutrz łatwo go odnaleźć. Ku memu zdumieniu GPS pokazał, że od naszego auta dzieli nas jedynie 8 kilometrów. Słoń zatoczył ogromne koło i doprowadził nas niemal do punktu wyjścia. Ruszyłem w kierunku samochodu. Po chwili zorientowałem się, że nie ma z nami pana X.

Tropiciel wskazał za siebie. Cofnąłem się i znalazłem dzielnego myśliwego leżącego na wznak na ziemi.

-Nie idę dalej. Nie dam rady. – wycharczał.

Ogarnęła mnie wściekłość. Przecież to przez jego durny upór znaleźliśmy się w takiej sytuacji! To przez ten kretyński strzał mierzony przez lunetę ranny słoń biega po buszu, a my nie mamy już sił.

-Dobrze. – powiedziałem z satysfakcją – Powiem Twojej żonie, że ją kochasz, ale postanowiłeś zostać w buszu. Ciao! – i ruszyłem w drogę.

Pół minuty później dogonił mnie pan X. Maszerował sztywno jak automat. Po półtorej godzinie dotarliśmy do samochodu, godzinę później byliśmy w obozie.

Trzy dni

Chwilę po wschodzie słońca wszedłem do chatki pana X. Czas było ruszać. On jednak leżał bez ruchu na łóżku. Potem z trudem uniósł głowę i powiedział:

-Nie dam rady. Płacę 10 000 dolarów temu, kto dojdzie i dostrzeli tego słonia.

Za moimi plecami stał młody zawodowy myśliwy i jeden z tropicieli. Na te słowa zaczęli podskakiwać i wołać jeden przez drugiego:

-Ja, ja pójdę!

No to świetnie. Zawodowy myśliwy dobrał jeszcze drugiego tropiciela, wskoczyli do Land Cruisera i popędzili na miejsce, gdzie wieczorem porzuciliśmy trop. Nie było ich dwa dni i dwie noce. W tym czasie uparcie podążali śladem rannego słonia, gdy zapadał zmrok kładli się na kilka godzin na tropie i o świcie ruszali dalej.

Trzeciego dnia do obozu dotarł jeden z tropicieli. Miał uśmiech od ucha do ucha. Doszli postrzałka kilka godzin wcześniej, już blisko granicy naszego łowiska. Słoń zaszarżował, zawodowy myśliwy położył go jednym strzałem prosto w głowę. Wskoczyliśmy do samochodu i po dwóch godzinach dojechałem w okolice, gdzie leżał słoń.

Każdy z ciosów będzie ważył ponad 70 funtów!

Był wspaniały, majestatyczny, a jego mocarne ciosy przyspieszały bicie serca. Tropiciel pociągnął mnie za rękaw:

-Bwana, bardzo proszę, nie mów w wiosce o słoniu. Nikomu nie mów. Przyjedź tu jutro.

Wiedziałem, o co chodzi. W Niassa muchy tse tse uniemożliwiają hodowlę jakichkolwiek zwierząt gospodarskich. Wszystko ginie, w wioskach nie ma nawet psów. Białko zwierzęce jest tu niezwykłym rarytasem. Chłopaki chcieli się najeść, zanim zwalą się dziesiątki głodnych ludzi, którzy w pół godziny rozbiorą tuszę słonia. OK. Dałem im tę dobę.

Nazajutrz dotarłem na miejsce około dziesiątej. Z dogasającego ogniska unosił się lekki dym. W słoniowym boku ziała pokaźna dziura. Zaś opodal bez ruchu leżeli dwaj tropiciele. Oddychali płytko. Leżeli sobie na boku, a przed nimi na kształt skórzanych worków spoczywały ich brzuchy.

Tak wyglądają lwy podczas Wielkiej Migracji, gdy jedzą więcej niż powinny i ich wypełnione mięsem brzuchy ciągną się po ziemi. Nie mam pojęcia, ile tej domy zjedli moi tropiciele. Pewien belgijski badacz sprawdził, ile słoniowego mięsa zjadają na jedno posiedzenie mieszkańcy Konga; okazało się że średnio 6 kilogramów. Tu chłopaki chyba pobili rekord obżarstwa. Jeden z tropicieli z wyraźnym trudem otworzył oczy i wyszeptał:

-Teraz możesz już powiedzieć w wiosce, Bwana.

Czerwony punkt

Zgodnie z oczekiwaniami, mieszkańcy najbliższej wioski pojawili się niebawem z workami, nożami i pangami. Bardzo szybko rozprawili się z tuszą słonia, unosząc całe stosy mięsa. Do południa pozostało jedynie kilka potężnych kości. Wcześniej jednak zrobiliśmy kilka zdjęć, a przywieziona z obozu ekipa zdążyła wyciąć ciosy. Są dzisiaj ozdobą kolekcji Pan X.

Nie rozmawiamy o tym polowaniu.

Ruszając na słonia – zdejmijcie lunetę. Jeśli nie czuje się pewnie z muszką i szczerbinką lub też, jak ja, dotarliście do etapu w życiu, który obdarza nas „starczą nadwzrocznością” – zamontuje celownik kolimatorowy. Sprawdza się rewelacyjnie w polowaniu na grubego zwierza. Mam go od lat na moim 458 WM, a jeden z kumpli na 470 NE. Żaden odrzut nie jest w stanie zaszkodzić porządnemu „czerwonemu punktowi”.

Wszystkich myśliwych, którzy chcą przeżyć prawdziwe safari Paweł Kardasz zaprasza do kontaktu omalanga@home.pl

Galeria zdjęć

Więcej artykułów