WildMen

PRZYPINKI DLA LUDZI NATURY

Fundusze pozyskane ze sprzedaży wspierają nasze projekty związane z ochroną przyrody i ratowaniem zagrożonych gatunków!

Cietrzewie spod psa

W sierpniu 1996 r. trafiłem do ośrodka Porzecze na północny wschód od Grodna, graniczącego z Litwą. Na rozległych łąkach i błotach mieliśmy polować z wyżłem na cietrzewie.

Pan Krzysztof, który już tam wcześniej gościł, poznał wtedy starego, miejscowego myśliwego, który wspominał, że polował kiedyś często z myśliwymi z Warszawy. Obiecał mu, że przy następnej bytności spotkają się na dłuższej myśliwskiej gawędzie.

Zawiadomiony widocznie wcześniej przez kierownika ośrodka zjawił się przed naszą kwaterą, obok której po podróży wypoczywaliśmy, stary, prosto trzymający się mężczyzna. Wileńskim akcentem przedstawił się:

–Nazywam się Uczkiewicz. Przed wojną ja w Poherendzie przez wiele lat pomagał w polowaniach panu prezesowi Garczyńskiemu i łowczemu Kowalskiemu. Bywali tu też inne, no ja już ich zabył, jak się one nazywali. Przepraszam, jak mnie brakuje słowa albo powiem coś nie tak – po polsku nie mówił ja już pięćdziesiąt lat!

Boże, czy to możliwe, przecież to wita się z nami tak wyraźnie zaistniały w „Pamiętniku myśliwskim” Zbigniewa Kowalskiego „Stefanek”, strażnik Nadniemeńskiego Kółka Łowieckiego!

Wstałem, pobiegłem na kwaterę po drugą butelkę „żytniej” i magnetofon. Potoczyła się ciekawa, żywa, chociaż jak ją dzisiaj odbieram z zachowanej taśmy, bardzo chaotyczna w treści rozmowa. Chcieliśmy się bowiem dowiedzieć naraz, na wyrywki wszystkiego jak najwięcej.

Nasze pytania padały jedno po drugim

Mieliśmy pełną świadomość, że siedzący wśród nas człowiek to ostatni żyjący jeszcze świadek czasu, który odszedł bezpowrotnie.

Oczywiście zapytany też o nocne osaczenie wilków fladrami, potwierdził w pełni znaną już nam relację łowczego Kowalskiego. Jednak upływ czasu – ta wspaniała pożywka dla fantazji każdego człowieka – sprawił, że teraz w opowiadaniu Stefanek z Iwanem ofladrowali już nieco większą watahę, a myśliwi też mieli wyraźnie liczniejszy rozkład wilków!

Jeżeli chodzi o zamkniętą wtedy fladrami watahę, to czekała ona w sznurach dwie noce i dzielący dzień, ponieważ myśliwi, zawiadomieni rano wysłanym telegramem, mogli dojechać z Warszawy i Wilna dopiero na drugi dzień. Czy naprawdę było tam w miocie tak głośno?

–Panie, w pierwszą noc jak my je zamknęli, to wyli one okrutnie! Włosy na głowie czapkę podnosili! Iwan jak rano jechał z telegramem, to musiał zmienić portki… Oj, straszno było wtedy! Pisali o tym Echa Leśne!

Opowiadał dalej, że każdej zimy wykładano dla dzików i wilków 6–7 padłych koni. W tym celu umówiony handlarz przyprowadzał stare wysłużone szkapy na wskazane przez strażników miejsce, gdzie ten skłuwał je i skórował. Skóra należała do niego.

Poprosiliśmy, by opowiedział nam o głuszcach

Głuszców było dużo. Tokowały na pięciu rozrzuconych w puszczy bagnach, tokowiskach. Myśliwi strzelali kilkanaście sztuk. Na nowym, odkrytym z panem łowczym Kowalskim tokowisku naliczył któregoś ranka 18 tokujących kogutów. Wszystkie strzelone ptaki były ważone. Wagę zapisywano w specjalnym zeszycie. Pamiętał, że przeciętna z kilku lat wynosiła 4,5 kg. Jeden tylko kogut ważył aż 6 kilogramów!

Był też raz Włodzimierz Korsak. Wynotował wszystko z tego zeszytu. Zostawił Uczkiewiczowi książkę. Spytałem, czy chodzi o „Rok myśliwego”?

–Tak się ona nazywała. Na przedzie byli narysowane dwa wilki w śniegu.

Zadziwiała nas niezwykła pamięć tego 85-latka. Wymieniał bez trudu nazwiska myśliwych. Tych, których nazwisk już nie pamiętał, określał: zawodem, rodzajem lub kalibrem broni, sylwetką, wydarzeniami związanymi z nimi.

Uczkiewicz, opowiadając o polujących tu myśliwych, wracał kilkakrotnie do jak określał „Francuza”, który miał „dubeltówkę kalibru 10 i zawsze pełen plecak butelek kolorowych”. Według łowczego Kowalskiego, był to Joseph Piquemal, przedstawiciel poważanych francuskich piwnic. Na pewno nieporadny myśliwy, uczestnik wielu humorystycznych scen.

Nasz rozmówca wspominał z uśmiechem ceremoniał chrztu z okazji strzelenia przez Josepha pierwszego w życiu lisa! Klęczącego delikwenta znaczył kordelasem sam prezes! Jego „asysta” dodatkowo wysmarowała farbą lisa dokumentnie całą jego twarz, wmawiając mu nienaruszalny obyczaj niezmywania jej do wieczora. Pan łowczy Kowalski odnotował, że „zmyta” została dopiero przy kolacji butelką koniaku „Armagnac”, rocznik 1898!

–Głuszca to ja dla niego strzelił. On tego nie potrafił. Nikomu o tym ja nie mówił!

Słuchając Uczkiewicza, momentami wydawało się, że siedzę nad otwartą książką i raz jeszcze wertuję kartki „Pamiętnika”!

Siedzący wśród nas człowiek był ostatnim żyjący jeszcze świadkiem czasu, który odszedł bezpowrotnie…

Pan Stefan zaczął opowiadać o sobie

Urodził się w 1911 roku. Tam, gdzie dziad i ojciec, w puszczańskim zaścianku Poherendzie. Mieli 8 hektarów lichego gruntu, częściowo zalesionego. Pamięta jeszcze dobrze dziadka, który krzątał się przy barciach dłubanych w wiekowych sosnach.

Mimo swoich lat wspinał się do nich przy użyciu zarzucanych na pień pętli wykonanych z plecionych w domu lin. Nie było już wtedy niedźwiedzi, ale pamięta na starych pniach resztki zębatych bron i wiszące ciężkie kłody, które utrudniały kiedyś misiom dostęp do miodu.

Z dziadkiem Szymonem od dziecka uczył się wabić wilki, wysłuchiwania głuszcowych zapadów oraz rannych toków, wszystkiego związanego z myślistwem. Dziadek opowiadał, że było wcześniej dużo łosi.

Sam zabił byka, którego tusza ważyła 33 pudy (to 440 kg). Łosiną żywili się w 1863 roku powstańcy. Łosie strzelali w dużych ilościach carscy Kozacy, którzy tropili na bagnach polskie oddziały.

–Śmierdziało w puszczy od padłych, niepodniesionych postrzałków, a po powstaniu były kłopoty, nawet wywózki na Sybir.

Ponownie łosie, a potem jelenie pokazały się dopiero po drugiej wojnie światowej. Nie słyszał, żeby za jego pamięci wilki napadały na ludzi. Jednak jako dziecko pamięta starego sąsiada, który jadąc zimą wieczorem do młyna, zabierał z sobą na wszelki wypadek, jak jego nieżyjący ojciec, siekierę i widły!

Od kiedy Nadniemeńskie Kółko Myśliwskie umieściło się w Poherndzie swoją kwaterę, Uczkiewicze mu służyli. Cała rodzina.

Robili wszystko, żeby była zwierzyna, przygotowane polowanie, transport, kwatery i wyżywienie dla myśliwych. Myśliwi za udane polowanie, ściągnięcie skór i inne przysługi wynagradzali strażników dodatkowo.

–Jeden był tylko taki, co nigdy nikomu nic nie dał!

Pan prezes, kiedy strzelił przy nim w dwa ranki trzy koguty, zabrał go do Warszawy.

–Jechałem pierwszy raz pociągiem, tramwajem, byłem w kinie.

Drugiego dnia do prezesa przyszli wieczorem goście. Opowiadali sobie długo o polowaniach na różną zwierzynę. Było już późno, kilku prosiło, żeby pokazać, jak wabi się wilki. Prezes pozwolił.

–Zaciągnąłem ja im dwa razy. Podobało się. Przepili nawet do mnie. Śmiali się potem, że w Warszawie wszystko jest możliwe.

Trwało tak do wybuchu wojny

Okres wojny był bardzo trudny. Jego dom na tym puszczańskim odludziu nękany był przez różne uzbrojone grupy przemieszczające się lub mające swoje kryjówki na trudno dostępnych bagnach.

Najczęściej partyzanci radzieccy i litewscy. Polscy działali gdzieś dalej. Często w ciągu jednej nocy trzeba była kilkakrotnie otwierać drzwi dobijającym się i żądającym informacji, dokąd droga, kto tu wcześniej był, jak był uzbrojony co mówił…

Maruderzy wymuszali niekiedy bronią nawet ostatnie pół bochenka chleba!

–Tak było tu jeszcze kilka lat po wojnie. Nikt już u nas potem nie polował. Raz jeden tylko był litewski profesor, który strzelił dwa głuszce dla uniwersytetu w Wilnie „Ja tu teraz polował sam”. Był to głodny czas, trzeba było wyżywić rodzinę. Wiosną strzelałem głuszce. Zabiłem ogółem chyba 80–100 sztuk. Pamiętam, że w pierwszych latach, każdego roku 18, 16 i 12 kogu¬tów. Raz jednego ranka cztery! W większości wymieniał je w miasteczku jako „indyki” na niezbędne do życia artykuły…

Były dziki, saren było mało, wycięły je wilki. Polując w większości w pojedynkę Stefanek strzelił 18 wilków, kilka na wab. Tak opowiedział o jednym strzelonym w samo południe.

–Była połowa marca. Ziemię zabielił drobny śnieg. Wybierał się z sąsiadem do lasu. Tego w ostatnim momencie coś w obejściu zatrzymało. Obiecał dołączyć. Koło południa, zbliżając się do obecnie granicznej rzeki Kotry, usłyszał wycie wilka. Sądził, że w ten sposób przywołuje go sąsiad. „Zaciągnąłem” mu w odpowiedzi. Teraz z nabrzeżnej łozy odezwały się dwa wilki. „Zaciągnął” w odstępach jeszcze dwa razy. Wiatr miał dobry. Ukryty w kępie łozy zobaczył zbliżającego się wolno wilka. Wilk przystając i wysłuchując kolejnego odzewu, zbliżył się na strzał i padł. Z oddalonej łozy wyskoczyły jeszcze dwa wilki! To jedyny jego wilk strzelony na wab w środku dnia!

W końcu podjechał po naszego gościa wysłużony „moskwicz”. Prawie równocześnie cichy trzask w magnetofonie oznajmił, że skończyła się druga taśma…

Na odjezdnym Uczkiewicz zgodził się w końcu, od czego wcześniej wymawiał się jakąś niedyspozycją, zademonstrować nam wilczy głos wabiarza. Pochylony nisko ku ziemi, z dłońmi przyłożonymi do usta „zaciągnął”. Echo zza jeziorka oddało przeciągle zawodzący wilczy zew…

W poszukiwaniu cietrzewi

Na drugi dzień pojechaliśmy na rozległe, nieużytkowane łąki, pocięte szachownicą zarastających kanałów. Wszystko wokół upewniało, że przyroda powoli, ale konsekwentnie upomina się tutaj o brutalnie zagarniętą przez człowieka przestrzeń! Kilka mijanych bobrowych tam na nieczynnych kanałach potwierdzało nieuchronnie toczący się proces renaturalizacji.

Podzieleni na dwie grupy, przy udziale dwóch pięknych laweraków, mieliśmy szukać cietrzewich stadek. Wzmagał się sierpniowy upał. Atakowały nas tabuny wszystkich chyba możliwych skrzydlatych amatorów krwi!

Po godzinie penetrowania wyznaczonego terenu nasz pies pracujący teraz zbyt szeroko spłoszył daleko przed nami stadko cietrzewi. Zataczając nisko półkole, poszybowało w otaczające skraj łąk brzeźniaki. Dwa razy jeszcze z kanałów zerwały się krzyżówki.

Naraz wytrwale okładający seter zatrzymał się gwałtownie! Z podniesioną kształtną głową chciwie wietrzył! Teraz już wolno, częściej z kufą bliżej ziemi, z uwagą starał się wyczuć rwący się ślad. Klucząc, niekiedy już ściągając, prowadził nas w kierunku widocznej przed nami kępy wysokiej łozy. Kiedy zamierzaliśmy ją otoczyć…

Z pod niej zerwał się z głośnym furkotem cietrzew – kogut! Musiał być to stary wyga. Na pewno uczestnik wielu wiosennych turniejów! Jak z podręcznika Korsaka, wcześniej kryjąc się krążył, zwodził psa w wysokich trawach kilkaset metrów. Osiągnąwszy osłonę wyższych zarośli, zerwał się głośno ostrzegając swoich gdzieś ukrytych pobratymców.

Brzęk owadów, skąpany w słońcu koloryt zdziczałych łąk, jasna odcinająca się plama pracującego setera, zrywający się z łozy cietrzew – obraz żywcem wzięty z naszej myśliwskiej klasyki! Druga grupa, z której kierunku słyszeliśmy kilka strzałów, miała na rozkładzie dwa cietrzewie i krzyżówkę.

O czym tylko mogłem dotąd marzyć, św. Hubert za sprawą kolegi Krzysztofa obdarzył mnie starego, raz jeszcze, wielkim myśliwskim doznaniem. W końcu XX wieku dane mi było na Kresach polować jeszcze spod wyżła na sierpniowe cietrzewie!

Wiktor Szukalski 1930-2018 – Honorowy Członek Polskiego Związku Łowieckiego

ZAPRASZAMY DO ZAKUPÓW

Galeria zdjęć

Więcej artykułów