PRZYPINKI DLA LUDZI NATURY

Fundusze pozyskane ze sprzedaży wspierają nasze projekty związane z ochroną przyrody i ratowaniem zagrożonych gatunków!

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Share on tumblr
Share on email
Share on print

Bekowisko we mgle

Choć nie zaleca się niepokojenia danieli w czasie bekowiska podchodem, to jednak udany może dać nie mniej satysfakcji niż rykowisko.

W 1985 roku wybrałem się z Ojcem na Światową Wystawę Łowiecką do Brna. Nie sama wystawa jest tu ważna, a raczej to kto organizował wyjazd. Była to impreza ZG PZŁ, a ja załapałem się na nią z uwagi na fakt, że Tata był wtedy łowczym wojewódzkim w Katowicach i wepchnął mnie na jakieś zwolnione, w ostatniej chwili, miejsce.

Podczas podróży autokarowej poznałem przesympatycznego łowczego wojewódzkiego z Włocławka, z którym długo rozmawialiśmy o introdukcjach, w tym udanym zasiedleniu danieli i muflonów, w jednym z obwodów z jego okręgu. Po powrocie temat ten żył jakoś swoim życiem aż do 1986 roku, gdy na sympozjum z okazji 50 lecia PZŁ i wystawy łowieckiej w Pszczynie odbyłem ciekawą i bardzo konkretną rozmowę z Markiem Pieńkowskim z Czempinia. I to był strzał w dziesiątkę.

Decyzja o introdukcji

Będąc już wtedy łowczym w naszym polno-leśnym obwodzie w okolicach Pszczyny i Żor zdecydowałem, z zarządem, ostatecznie o introdukcji daniela u nas, w Lesie Baranowickim.

Sprowadziliśmy daniele z wybranych ośrodków w Bieganowie i Złotowie i zajęliśmy się na dobre hodowlą tego jakże wdzięcznego i niedocenianego wtedy łowiecko gatunku. Przyjął się u nas świetnie, bo też i siedlisko w Baranioku było i jest dla niego doskonałe, drzewostany mieszane z dużą ilością dębów, a wokoło rozległe łąki i pola. Dość powiedzieć, że obecnie strzelamy około 70-80 danieli mając 600 hektarów lasu.

W tym samym roku zrezygnowałem z funkcji łowczego, ale dalej przyglądałem się mojemu „dziecku”. Koło dokupiło kilka danieli z Czech i już w bodaj dziewiątym roku zaczęło eksploatację łowiecką gatunku, moim zdaniem o rok, może dwa, za wcześnie.

Rezultaty w pierwszych latach były raczej rozczarowujące i sami sobie byliśmy winni. Gdy populacja się wreszcie wzmocniła i osiągnęła wielkość docelową, zainteresowanie polowaniami na daniele wzrosło i mimo, że mamy od wielu lat daniela w drugim obwodzie w Rudach koledzy coraz częściej i chętniej zaczęli przyjeżdżać tutaj na bekowiska.

Jeździłem i ja, ale nie miałem szczęścia do spotkań z pewnymi selektami, a ze zrozumiałych względów nie chciałem popełnić pomyłki. Poznawałem sposoby polowania i oswajałem się z danielami w naturze.

Daniel, wbrew pozorom nie jest łatwy do przechytrzenia, opolowany staje się bardzo ostrożny, a świetny wzrok bardzo utrudnia jakikolwiek podchód. Cechy zwierza parkowego, głównie jego ciekawość znikają wtedy bezpowrotnie.

Byk z Prudnika i łowczy Jasiu z pieskiem

Ma też, w odróżnieniu od pozostałych jeleniowatych w kraju nietypowe pory aktywności. Można go spotkać w zasadzie o każdej porze dnia i nocy i dotyczy to również okresu bekowiska. A pamiętam, gdy wraz z Ojcem, jako mały chłopiec chodziliśmy w Rudach za jeleniami, daniele wychodziły z ostoi zaciekawione, kto tak głośno gada, ale wtedy, praktycznie nikt tam na nie polował.

Jeździłem za danielami dość często i choć strzeliłem kilka byków, nie udało się nic, co dawałoby satysfakcję, czy to ze względu na wyjątkowość przeżycia, czy jakość trofeum. Dla porządku dodam, że większość danieli padła w godzinach pomiędzy 10 rano i 2 po południu, oczywiście w okresie bekowiska.

Plan polowania

Bekowisko było w pełni, choć pogoda utrzymywała się dość kapryśna. Ciepłe dni, chłodne wieczory i noce tworzyły często na łąkach mgłę, podstępnego i cichego wroga myśliwych. Mimo to, ambitnie, już kilka dni próbowałem zlokalizować jakiegoś ciekawego byka. Nic z tego.

Widywałem młodzież, a bekowisko, niestety, przeniosło się w kukurydze i spotkanie ciekawego łopatacza w lesie bardzo się skomplikowało.

Na polach i w remizach mgła uniemożliwiała, właściwie całkowicie, polowanie. Ale w końcu św. Hubert zaczął się do mnie uśmiechać…

Tego dnia do obwodu dotarłem jeszcze po ciemku. Zostawiłem samochód już w Baranioku, na skrzyżowaniu pod dębem. Stamtąd miałem około kilometra do ambony. Pomysł na tę, a nie inną wziął się stąd, że dnia poprzedniego, siedząc na niej, widziałem cztery młode byki i słyszałem na łąkach przed sobą kilka innych.

Po dziewięciu latach hodowania rozpoczęliśmy odstrzał – to mój najmocniejszy byk z tego łowiska

Ruch danieli koncentrował się w tej okolicy i w tym widziałem swoją szansę. Wchodzę na ambonę, siadam i marznę. Zrobiło się coś koło zera i powietrze w lesie ani drgnie i jest jeszcze zupełnie ciemno. Nic nie słyszę więc wymyślam plan polowania: – Tutaj nie jest najgorzej, na łąkach będzie mgła, tragedia, myślę i w tej chwili słyszę byka na wprost mnie, właśnie gdzieś na łące. Jest jeszcze dość daleko, ale czy będzie schodzić do lasu? Chwila wahania i postanawiam go jednak podejść, choć wiem, że sprawa nie będzie taka prosta. Może mgła, tym razem, mi pomoże?

Żeby nie dać odwiatru muszę pomaszerować leśną drogą 500 metrów w stronę samochodu, skręcić w prawo i przez las dostać się do kanału. Jest jeszcze dość ciemno, a muszę przeskoczyć rów z wodą, dalej już łąką pod wiatr, więc dalej nie będzie źle.

Nie wiem tylko, czy w rowie jest woda, a jeżeli tak, to ile. Na szczęście wody mało i mgła, która wydawało się, że jednak będzie uniemożliwiać podchód, wyraźnie mi sprzyja. Co jakiś czas się podnosi i znów opada przesuwając się o kilkadziesiąt metrów w stronę lasu, a potem powraca w pola.

Idę na głos byka. Jestem na „gołej” łące, bez szansy na schowanie się choćby za krzaczkiem, kiedy spostrzegam dwa chłysty. Klękam momentalnie drżąc, czy nie zobaczą ruchu. Jest jeszcze szaro, ale widać już wszystko doskonale. Byczki słabe i mocno wystraszone, ale na szczęście bardziej interesuje je coś za nimi, jeszcze we mgle, niż moja osoba.

W 1986 roku w okolicach Pszczyny i Żor zarząd zdecydował o introdukcji daniela

Po tropach chłystów

Powszechnie wiadomo, że daniel ma najlepszy wzrok wśród jeleniowatych, więc naprawdę św. Hubert mi sprzyja! Byki, odwracając się kilka razy, mijają mnie o kilkadziesiąt kroków i wchodzą do lasu.

Nie widzę tego, lecz słyszę plusk wody w rowie. Klęczę dalej na środku łąki i nie wiem co robić, więc czekam cierpliwie. – Pewnie zaraz zobaczę „mojego” byka, myślę, a on zobaczy mnie na środku tej gołej łąki i po herbacie! Jak się schować? Nie mam żadnych szans.

W tym momencie nasz patron mi pomaga, nasuwając na mnie – po raz kolejny – całun mgły, niewysoki. Akurat tyle, bym mógł się czuć w miarę niewidzialnym i jednocześnie na tyle niski, by móc widzieć i ocenić mojego byka. Nagle zamajaczył mi poruszający się na kilkadziesiąt kroków przede mną kształt, chyba byka. Podnoszę sztucer i przez lunetę widzę go, ma około 5-6 lat.

Schodzi nerwowym krokiem dokładnie po tropach chłystów. W pewnej chwili, jakby instynktownie, odwraca się w moją stronę i widzę, że mnie zobaczył. Naciąga groteskowo kark i udaje, że tego czegoś nie widzi tak, jakby czekał, aż zdradzi się jakimś choćby najdrobniejszym ruchem.

A ja ani drgnę, patrzę na niego i trzymam go cały czas w krzyżu. Jestem wyjątkowo spokojny, choć nie bardzo wiem dlaczego. Byk, na szczęście nie rozpoznaje niebezpieczeństwa i dalej ciekawy, powoli, paradnym krokiem zaczyna iść w moją stronę, raz po raz odwracając głowę to w prawo, to w lewo.

Teraz, na pewno, chce sprawdzić, co ma przed sobą…

Tylko na to czekałem, jego ruchy pozwalają mi rozpoznać głęboką zatokę w lewej łopacie. Byk dochodzi do mnie na nie więcej niż 15 kroków i staje z wyciągniętym w moją stronę łbem. Strzelam na sztych w nasadę karku. Pada w ogniu i jest MÓJ.

Godzina ósma rano. Przez mgłę zaczynają przedzierać się pierwsze promienie jesiennego słońca…

Wyjątkowe chwile, które zapadają w pamięci każdego myśliwego

ZAPRASZAMY DO ZAKUPÓW

Galeria zdjęć

Więcej artykułów