fot. pixabay
pixabay
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Share on tumblr
Share on email
Share on print

Uderzenie w kwietniowy poranek

Trudno powiedzieć, co sprawia, że wiosenne połowy są tak magiczne, a w moim przypadku nawet uzależniające. Być może jest to wiedza, że istnieje szansa na wyholowanie jednego z prawdziwych cudów natury. Wiosennego pstrąga.

A może to obietnica nowego wspaniałego sezonu, wypełniona niepewnością i nadzieją. Bez wątpienia długa zima wreszcie się skończyła, więc jadę nad górską wodę i pamiętam, że dla moich dziewczyn nie ma smaczniejszego stworzenia niż świeżo upieczony pstrąg, na otwarcie sezonu grillowego!

Ciągnie mnie ta mała rzeczka, w której żyją kropkowane bestie. Ale każdy, kto kiedykolwiek złowił prawdziwego dzikiego potoka, będzie wiedział, że taki moment pozostaje w głowie na zawsze.

A może ciągnie nas wyzwanie? Nie ma przecież łatwego pstrąga. Każdy wymaga poświęcenia, wytrwałości i ciężkiej pracy. W rzeczywistości wiosenne połowy można trafnie określić jako samobiczowanie. Decydując się na przedzieranie często w dziewiczych miejscach i stać powiedzmy to szczerze w lodowatej wodzie, która często jest tylko w postaci płynnej ponieważ płynie. To wszystko mogą jednak zrozumieć tylko prawdziwi łowcy w dla zwykłych mieszczuchów powody, dla których jesteśmy szczęśliwi są co najmniej dziwne.

Kiedy mijamy kolejny zakręt i już opadasz z sił i masz wrażenie, że to setny dołek, który obrzucasz – nagle czujesz drganie wędziska i od razu wiesz, że godziny dyskomfortu były tego warte. Gdy przychodzi to uderzenie i masz kontakt wzrokowy z pstrągiem, przepływa przez twoje żyły dziwny prąd, a przeziębienie, ból kolan i kręgosłupa stają się odległymi wspomnieniami.

Jeśli to tylko maluch trzepie się na końcu spokojnie go ściągasz, ale jeśli bestia tylko uderzyła ogonem przez głowę przelatuje myśl, że to może być ten, który poprzedniej wiosny nie dojechał do brzegu. Radość z brania szybko ustępuje nerwowemu napięciu, jesteś roztrzęsiony i paranoicznie każdy z nas myśli, że może jest zbyt lekko zaczepiony. Myślimy jak rozegrać tą grę?

Reklama

Oczywiście, nie ma sposobu, aby dowiedzieć się, czym skończy się ta rozgrywka triumfem, czy kolejnym złamanym sercem, ale właśnie dlatego to robimy!

Gdy ryba kieruje się w górę – właśnie pod te zwalone pnie olch, możesz zrobić niewiele. Trzymać kij wysoko i omijać wszelkie potencjalne przeszkody i mieć nadzieję… Ale w końcu, odczuwasz ulgę, gdy ryba, wciąż jeszcze niewidoczna, odbija w dół rzeki. Po raz pierwszy odczuwasz zmianę szans na twoją korzyść, a ty nawijasz pierwsze zwoje na kołowrotek.

Decydujący moment pojawia się na samym końcu, w tych nerwowych chwilach, kiedy uświadamiając sobie, że bitwa jest wygrana i gdy sięgasz po podbierak… Znamy to uczucie…

Na tym etapie ginie nam tak wiele ryb. Ciężar jaki mieliśmy na kiju nagle ustępuje. Już kierowałeś rybę w kierunku sieci z odrobiną zbytniego entuzjazmu. Rozczarowanie związane z utratą dobrej ryby na tym etapie, a zwłaszcza wiosennego pstrąga jest bardzo bolesne. Zadziwiające, że zawsze obraz, który pozostaje w naszych głowach jest w zwolnionym tempie. Powoli, niemal teatralnie, ryba uderza resztką sił i niknie z pola widzenia.

Kiedyś mój kolega wskoczył w akcie rozpaczy do wody i próbował bestię złapać. Zawsze wspominamy tą historię i jej następstwa, ale zazwyczaj z podziwem odprowadzamy wzrokiem naszą niedoszłą zdobycz i pozwalamy jej kontynuować swoją niesamowitą podróż. Później stoimy tam bezradni, opuszczeni i całkowicie zdewastowani.

Na szczęście mój pierwszy wiosenny pstrąg w tym roku, zaczepiony w kwietniowy poranek nie uciekł. Odłożyłem wędzisko i podziwiałem zielono-złotego potoka z czerwonymi kropami, uśmiechając się jak idiota. Czy to było piękne? Jest piękniejsze niż kiedykolwiek!

Czas na kawę. Siedząc na pniu czułem już zapach i smak wiosennego pstrąga.

Galeria zdjęć

Więcej artykułów