PRZYPINKI DLA LUDZI NATURY

Fundusze pozyskane ze sprzedaży wspierają nasze projekty związane z ochroną przyrody i ratowaniem zagrożonych gatunków!

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Share on tumblr
Share on email
Share on print

Pożegnanie z Afryką

Każdy, kto choć przez chwilę zapragnął doświadczyć wielkich afrykańskich łowów, powinien obejrzeć ten film i przeczytać książkę Karen Blixen.

W historii literatury i kina trudno wskazać jakikolwiek inny utwór, w którym w jednym miejscu splatają się historie równie wielu równie niezwykłych postaci.

O sfilmowaniu wspomnień duńskiej arystokratki z jej 17-letniego pobytu w Afryce mówiło się w Hollywood od dawna. Znakomita powieść Karen Blixen wydana w 1937 roku musiała czekać na swoją ekranizację blisko pół wieku.

Sydney Pollack – producent i reżyser tego dzieła – wielokrotnie przymierzał się do ekranizacji. Dwanaście lat przed premierą filmu uznał jednak, że nie da się napisać scenariusza właściwie oddającego złożoność bohaterów i subtelną poetykę opowieści.

Z zadaniem tym skutecznie uporał się Kurt Luedtke, dziennikarz pracujący nad biografią baronowej von Blixen. Kto wie, czy o sukcesie nie zdecydował fakt, że Luedtke – zafascynowany aktorstwem Meryl Streep – pisał scenariusz z myślą, że to właśnie ona odtwarzać będzie główną rolę i przekonał Pollacka do swojego pomysłu.

Reżyser miał już faworyta do roli barona von Blixen, którego znakomicie zagrał Klaus Maria Brandauer. Do ekipy dołączył także Robert Redford, choć obawiano się, czy proponowana mu drugoplanowa rola Denysa Fincha Hattona spotka się z jego zainteresowaniem.

Doświadczenie i znakomita obsada oraz budżet w wysokości 30 milionów dolarów nie gwarantowały jeszcze sukcesu. Jak mawiają filmowcy, którzy doświadczyli pracy na planie w Afryce, jedyne, co można przewidzieć, to jej nieprzewidywalność i nieustanną konieczność improwizacji…

Na pozornie zwykłą scenę kwitnących kawowców bezskutecznie oczekiwano przez kilka miesięcy, tylko po to, by na koniec zainscenizować ją przy użyciu… wszystkich puszek pianki do golenia, jakie udało się zdobyć.

Trzeba było opanować cztery i pół miesiąca zdjęć w miejscach dostępnych jedynie pieszo – na przemian wystawianych na szczególnie obfite opady w czasie pory deszczowej i wyjątkową suszę – dzikie zwierzęta oraz sprostać oczekiwaniom gwiazd, stuosobowej międzynarodowej ekipy i około 10 tysięcy miejscowych statystów, rekrutujących się z lokalnych plemion Masajów i Kukuju, którzy z reguły nie mówili po angielsku.

Jak stwierdził brytyjski aktor odtwarzający rolę Lorda Delamere – Nie sądzę, by opuszczając Afrykę, ktokolwiek z nas był tą samą osobą, która tu przyjechała. Równie dobrze mogła to napisać Karen Blixen…

Gwiazda wśród lwów

– Życie Roberta Redforda jest ważniejsze niż życie twoich lwów! – krzyczał do tresera jeden z asystentów reżysera, upierając się, by na planie zawsze znajdował się ktoś z gotową do strzału bronią. Ponieważ filmowcy nie dostali zgody na jakiekolwiek niepokojenie lokalnej fauny, z Kalifornii sprowadzono sześć specjalnie szkolonych lwów, trzy szkockie charty i orła.

Na szczęście obyło się bez wypadków, choć momentami bywało niebezpiecznie – jak choćby podczas sceny, w której Meryl Streep batem odgania lwy atakujące bawoły używane do zaprzęgu.

Meryl Streep perfekcyjnie wcieliła się w rolę Karen Blixen

Aktorkę zapewniono, że szarżujące zwierzęta nie będą miały możliwości zbliżyć się do niej i będą przywiązane za tylną łapę, jednak podczas zdjęć okazało się, że koty są zupełnie swobodne i podchodzą niebezpiecznie blisko. Strach, jaki maluje się na jej twarzy w tej scenie, jest całkowicie autentyczny.

Nerwowo było również podczas sceny z Redfordem myjącym jej włosy, która kręcona była w sąsiedztwie terytorialnej grupy hipopotamów, wyraźnie niezadowolonych z obecności filmowców.

Mimo trudności aktorka zachowywała się niezwykle profesjonalnie. Sydney Pollack wspominał, że nie mógł uwierzyć w jej zawodowe opanowanie. Na początku filmu jest scena, w której baronowej przedstawiane są kolejne osoby zatrudnione na służbę na farmie. W filmie tego nie widać, bo kolejne zbliżenia zostały dodane podczas montażu, ale cała scena kręcona była jednym długim ujęciem. Wszystko wyglądało normalnie do czasu, kiedy reżyser nie oznajmił zakończenia zdjęć.

Ku zaskoczeniu wszystkich aktorka zaczęła krzyczeć i miotając się, zerwała z siebie niewygodną koszulę i żakiet. Okazało się, że przez całą scenę pełzał jej po piersiach robak wielkości dłoni, który zaplątał się jakoś w jej ubranie… Jak na profesjonalistkę przystało, wytrzymała całe ujęcie, choć niektórzy twierdzą, że w wykorzystanym w filmie materiale na twarzy aktorki można dostrzec, że coś jej wyraźnie nie pasuje.

Nikt nie mógł narzekać na brak emocji. Meryl Streep, która do Afryki przyjechała z rodziną, próbując któregoś dnia zawieźć syna do szkoły, została zablokowana przed swoim domem przez siedem żyraf, które postanowiły przekonać się, jak smakują liście na drzewach rosnących wzdłuż podjazdu do garażu.

Przedmieścia, w których wynajęto domy dla towarzyszących aktorom rodzin, przylegały bezpośrednio do granic Parku Narodowego Nairobi i niespodziewane interakcje z afrykańską przyrodą nie należały do rzadkości. Aktorka wspominała, że szczególnie trudno było jej przywyknąć do regularnej pobudki o piątej nad ranem, jaką zapewniały ryki żerujących w sąsiedztwie lwów.

Powrót do przeszłości

Większych problemów nie miał natomiast Robert Redford, który z racji swoich pozafilmowych pasji w Afryce czuł się jak ryba w wodzie. Może poza tym jak do namiotu jednego z członków ekipy wdarła się niebezpieczna kobra plująca, która wystrzeliwuje swój jad w celu oślepienia ofiary lub napastnika. Po tym incydencie aktor osobiście przejął na siebie obowiązek sprawdzania, czy wszystkie namioty zostały dokładnie pozamykane, którego skrupulatnie przestrzegał do końca zdjęć.

„Pożegnanie z Afryką” przyniosło jego twórcom niemal 130 milionów dolarów zysku

Z całej ekipy aktorskiej jedynie Redford miał najwięcej do powiedzenia na temat łowieckich pasji odtwarzanego przez siebie bohatera. W swojej biografii, której autorem jest Michael Feeney Callan, aktor ciepło wspomina postać swojego dziadka ze strony matki. Archibald Hart – z racji niewielkiej postury przezywany „brzdącem” – we wczesnej młodości wyruszył w nieznane i samodzielnie zdobywał umiejętności i doświadczenia niezbędne do przetrwania z dala od cywilizacji, którymi później chętnie dzielił się ze swoim wnukiem.

Aktor wspomina swoją pierwszą wizytę u dziadka w górach Teksasu, kiedy na powitanie otrzymał od niego wędkę i sztucer. Na pięciolatku – onieśmielonym sąsiedztwem indiańskiego rezerwatu, katedralnym nieboskłonem, który rozświetlał noc i dziewiczą okolicą górskich jezior i lasów – zrobiło to ogromne wrażenie i stał się pilnym uczniem łowieckich i wędkarskich nauk dziadka.

– Był podniesioną do potęgi manifestacją wszystkiego, co kiedykolwiek słyszałem o nieustraszonych i niestrudzonych bohaterach Dzikiego Zachodu. Miał wspaniały przestronny dom, który zbudował własnymi rękami. Znał nazwy wszystkich roślin, ptaków, ryb i węży – wspomina Redford, który nie odstępował wówczas dziadka na krok.

Całymi dniami tropili, polowali i wędkowali, jeździli konno i doskonalili umiejętności strzeleckie – marzenie każdego chłopca. I choć wiele lat później Redford przestał polować – jak twierdzi, zniesmaczony natrętną pogonią za rekordami – nie porzucił pasji wędkarskiej i żarliwego uwielbienia natury. W jednym z wywiadów na temat doświadczeń podczas zdjęć w Afryce stwierdził, że była to dla niego podróż do czasów dzieciństwa.

Pollack nakręcił materiał pozwalający na zmontowanie 220-minutowego filmu. Zmęczony projektem i wyczerpany pracą reżyser zdecydował jednak skrócić go do 150 minut, powątpiewając, czy ktokolwiek będzie zainteresowany jego obejrzeniem.

„Pożegnanie z Afryką” zwróciło się w ciągu trzech tygodni od kinowej premiery, ostatecznie przynosząc jego twórcom niemal 130 milionów dolarów zysku, 11 nominacji oskarowych i 7 statuetek, w tym za najlepsze zdjęcia, scenariusz, reżyserię i najlepszy film.

„Pożegnanie z Afryką” zdobyło 7 Oscarów, 3 Złote Globy, 3 Nagrody BAFTA

Z krwi i kości

Nie bez znaczenia dla sukcesu produkcji była stojąca za nim historia i jej niezwykle barwni bohaterowie, choć obraz Sydneya Pollacka dość swobodnie traktuje oryginalną opowieść i w kilku miejscach odbiega od faktycznego prze-biegu wydarzeń.

Karen Blixen urodziła się w Danii w 1885 roku jako Karen Christentze Dinesen i swoje pierwsze literackie kroki stawiała już w wieku dwudziestu lat, publikując pod wieloma pseudonimami i swobodnie posługując się duńskim, angielskim i francuskim.

W 1913 roku zaręczyła się ze swoim krewnym, szwedzkim baronem Brorem Frederickiem von Blixen-Finecke, po nieudanym związku z jego bratem. Rok później małżeństwo, korzystając z pieniędzy rodziny, przeprowadziło się do Brytyjskiej Afryki Wschodniej, by założyć plantację kawy. Przyjaźnili się, ale ich związek nie był udany. Bror był niespokojnym duchem, który od domowych pieleszy i monotonii życia na farmie wolał polowania i liczne romanse.

Ich związek zakończył się w zasadzie już pod koniec pierwszego roku małżeństwa, kiedy to za sprawą przygód męża Karen zachorowała na syfilis i była zmuszona wyjechać na leczenie do Europy.

Były to złote lata afrykańskich przygód łowieckich, w których von Blixen odnalazł się znakomicie. Otworzył firmę zajmującą się organizacją i prowadzeniem safari i całymi miesiącami przebywał w buszu i na sawannie. Przedsięwzięcie okazało się strzałem w dziesiątkę, a Blixen zyskał reputację jednego z największych afrykańskich zawodowych łowców.

Baron Bror von Blixen organizował i prowadził safari

Był wyjątkowo cenionym i poszukiwanym przewodnikiem, o którego towarzystwo zabiegali członkowie koronowanych rodzin i przedstawiciele najzamożniejszych rodów Europy. Był także znakomitym gawędziarzem i potrafił niestrudzenie zabawiać swoich gości, ani przez moment nie odpuszczając w kwestiach związanych z polowaniem.

Beryl Markham – w filmie przedstawiona jako Felicity – w swoich wspomnieniach napisała: „Bror był najmocniejszym i najwytrzymalszym białym myśliwym ze wszystkich. Zawsze gotowy na to, by odpowiedzieć na wzywającą na safari fanfarę oraz trafić szarżującego bawołu między oczy, debatując przy tym, czy do wieczornego drinka wybrać gin czy whiskey”.

Femme fatale

Beryl – w pewnym momencie kochanka Blixena – była szaloną kobietą, której życiorys zasługuje na oddzielną opowieść. W bardzo młodym wieku została pierwszą licencjonowaną trenerką koni wyścigowych w Kenii, osiągając ze swoimi podopiecznymi międzynarodowe sukcesy.

Skłonność do ryzyka i życia bez żadnych hamulców skłoniły ją do zdobycia licencji pilota i śmiałej próby pobicia rekordu lotniczego. Żaden pilot wcześniej nie przeleciał z Europy do Nowego Jorku nieprzerwanym lotem.

Markham dokonała tego jako pierwsza po kilku nieudanych próbach zakończonych rozbiciem kolejnych maszyn.

Nic dziwnego, że żądni przygód mężczyźni lgnęli do niej jak ćmy do płomienia. Jej czarowi uległ między innymi książę Henryk, który w towarzystwie swojego brata Edwarda – brytyjskiego następcy tronu, późniejszego króla Edwarda VIII – polował w Afryce pod opieką von Blixena.

Karen Blixen z upolowanymi lwami

Romans okazał się na tyle gorący, że gdy bracia zostali zmuszeni do powrotu do Europy z powodu choroby ojca, Henrykowi towarzyszyła Beryl Markham, którą książę zakwaterował w ekskluzywnym hotelu nieopodal pałacu Buckingham. Romans oraz towarzyszące mu alkoholowe libacje nie umknęły uwagi dworu. Zbulwersowana postawą syna królowa Maria skłoniła męża do interwencji – w atmosferze skandalu król Jerzy wysłał syna w oficjalną podróż w sprawach państwowych, przerywając afrykański romans księcia Henryka.

Tego rodzaju obawy były w pełni uzasadnione. Dość przypomnieć, że dwanaście lat później podobny skandal wywołał poważny kryzys monarchii, kiedy to książę Edward – wówczas już jako król Edward VIII – dla zachowania swojego związku z Amerykanką Wallis Simpson zmuszony został do abdykacji i przekazania korony swojemu bratu Albertowi, panującemu jako Jerzy VI, czyli ojcu obecnej królowej (dodajmy tylko, że historia ta została przedstawiona w znakomitym i wielokrotnie nagradzanym filmie „Jak zostać królem”).

Urokowi literackiemu Beryl Markham, a kto wie, czy również nie jej samej, nie oparł się także Ernest Hemingway, który jeśli nie poznał jej osobiście, to z pewnością miał okazję usłyszeć o niej od Brora. Papa przyjaźnił się z Blixenem i zaproponował mu nawet wspólny rejs wokół Kuby i Wysp Bahama, który był miesiącem miodowym trzeciego małżeństwa barona.

W jednym ze swoich listów Hemingway pisał na temat Beryl: „Czytałeś jej książkę? Napisała tak dobrze, tak fenomenalnie dobrze, że poczułem się kompletnie zawstydzony jako pisarz. Przy niej jestem jak zwykły drwal ciosający słowa, zadowalający się czymkolwiek uda mi się wystrugać i zbijający to wszystko gwoździami, by czasem stworzyć w miarę poprawny chlew. Ale ta dziewczyna, która z tego, co wiem, jest dość nieprzyjemna i można by ją nazwać wysokiej klasy suką, potrafi nas, którzy uważamy się za pisarzy, tak omotać słowami, że… to naprawdę jest cholernie wspaniała książka”.

Na tyle dobra, że wciąż zarzuca się jej autorce, iż przypisała sobie cudzą pracę. Wśród głównych podejrzanych znaleźli się jej trzeci mąż Raoul Schumacher, znany dziennikarz i pisarz-widmo, oraz jej inny kochanek – a jakże! – Antoine de Saint-Exupéry, autor „Małego księcia” …

Z życia wzięte

Hemingway nie szczędził również pochwał pod adresem Karen Blixen, która wielokrotnie zgłaszana była do literackiej Nagrody Nobla. Jej dorobek literacki nie jest wielki, ale wychodzące spod jej ręki powieści i opowiadania są wysokiej próby – miłośnikom kina dość przypomnieć znakomitą ekranizację jej opowiadania „Uczta Babette”.

Formalną nominację szwedzkiej akademii otrzymała dwukrotnie – w 1957 roku, kiedy nagrodę odebrał Albert Camus, i wcześniej, w 1954 roku, kiedy laureatem został… Ernest Hemingway.

W jednym z wywiadów udzielonych po ogłoszeniu wyników Hemingway, stwierdził: „Byłbym dziś szczęśliwy, szczęśliwszy, gdyby nagroda powędrowała do tej cudownej pisarki”. Trudno o lepszy dowód uznania.

„Pożegnanie z Afryką” i późniejsze „Cienie na trawie” są wspaniałym opisem doświadczeń autorki z kilkunastoletniego pobytu w Afryce i niezwykłym opisem burzliwego romansu z Denysem Finchem Hattonem.

Karen Blixen w Kenii 1930 rok

Nietrudno ją zrozumieć – Denys był niezwykle przystojny, inteligentny, wysportowany i szalenie odważny. Pochodził z arystokratycznej brytyjskiej rodziny, był absolwentem prestiżowej szkoły męskiej Eton College i Uniwersytetu w Oxfordzie, bohaterem wojennym, dobrym pilotem i miłośni-kiem opery.

Był również znakomitym myśliwym, który pracował dla największych i najbardziej prestiżowych firm organizujących safari. Karen Blixen wspomina: „Denys Finch Hatton nie miał w Afryce innego domu, tylko moją farmę. U mnie mieszkał między swymi safari, u mnie trzymał książki i gramofon”.

W rzeczywistości ich znajomość wyglądała nieco inaczej niż na filmie. Poznali się w klubie łowieckim, a nie na sawannie, Denys zniknął z jej życia na 2 lata, które spędził na misji wojskowej w Egipcie, a swoje zainteresowania lotnicze i samodzielną organizację safari rozpoczął dopiero wówczas, gdy wprowadził się do Karen, nie przedtem.

Scena upolowania dwóch lwów

Film przemilcza również, że Karen poroniła ich wspólne dziecko, a o śmierci swojego kochanka dowiedziała się od znajomych w Nairobi. Wcześniej Denys opuścił ją dla młodszej kobiety, którą okazała się… Beryl Markham.

Niektórzy twierdzą, że nawet jeśli Finch Hatton zawiódł Karen, to w ostatecznym rozrachunku sprawił jej iście królewski podarunek, rozbijając się swoim samolotem. Blixen głęboko przeżyła śmierć swojego kochanka. Jej farma chyliła się ku upadkowi i wkrótce zbankrutowała. W Afryce nic jej już nie trzymało – sprzedała wszystko, przeniosła się więc na stałe z powrotem do Europy i poświęciła pisaniu.

– Nikt nie wszedł do literatury bardziej poraniony ode mnie – stwierdziła kiedyś pisarka, zachowując jednak dość pogodny obraz swoich doświadczeń. Była wyjątkowo twardą kobietą, która łatwo nie rezygnowała z raz obranego celu. Niewielu mężczyzn mogło dorównać jej wytrwałością, a wiele kobiet zazdrościło jej wyjątkowej klasy i siły charakteru, co zdobywało jej powszechny szacunek i uznanie, również wśród miejscowych Masajów i Kukuju.

Na safari radziła sobie znakomicie, a bronią posługiwała się lepiej niż niejeden zawodowy myśliwy – wszak uczyła się od najlepszych – i do dziś pozostaje jedyną kobietą, która została zaproszona na drinka do ściśle męskiego baru w ekskluzywnym klubie Muthaiga Country Club nieopodal Nairobi.

Do Afryki więcej już nie powróciła i chociaż próbowała się z nią rozliczyć i pożegnać, na zawsze pozostała jej częścią.

Film kończy się dość wiernym cytatem z jej książki: „Przyszła dziś poczta i przyjaciel pisze: Masajowie donieśli komisarzowi okręgu Ngong, że wielokrotnie o wschodzie i o zachodzie słońca widzieli lwy na grobie Fincha Hattona. Lew i lwica przychodzą i stoją lub leżą na grobie przez długi czas. Po twoim wyjeździe ziemia wokół grobu została wyrównana na kształt tarasu. Sądzę, że to wyrównanie czyni je wygodnym dla lwów. Mają stamtąd widok na równinę oraz na bydło i zwierzynę. Denysowi by się to podobało. Muszę pamiętać, by mu o tym powiedzieć”.

Karen Blixen na safari radziła sobie znakomicie, a bronią posługiwała się lepiej niż niejeden zawodowy myśliwy

Ale to nie Finch Hatton zatrzymał jej serce w Afryce. Po latach, pytana o swój stosunek do von Blixena, odpowiadała z charakterystyczną sobie przekorą: „Warto było złapać syfilis, by zostać baronową”. Ale na krótko przed śmiercią powiedziała to samo, co o Blixenie napisał wcześniej Hemingway: „Baron był człowiekiem, którego nie można zapomnieć”. I nie zapomniała… „Gdybym mogła ponownie zażyczyć sobie czegokolwiek z mojego życia, chciałabym jeszcze raz wyruszyć na safari z Brorem.”

ZAPRASZAMY DO ZAKUPÓW

Galeria zdjęć

Więcej artykułów