WildMen

Długodziobe

Od wejścia Polski do Unii Europejskiej nie polujemy wiosną na słonki - możemy jedynie poczytać wspomnienia o tych wspaniałych łowach.
Reklama

Obiad zasuwał z apetytem. Rosół z ziemniakami, czyli „ślepe ryby”, do tego gumiklejze – śląskie kluski z gotowanych ziemniaków, rolada wołowa i modra kapusta, to było to, co lubił najbardziej. Takie menu przypominało mu obiady babci Kasi, przy ulicy Paw-liczka, w cieniu kominów zabrskiej koksowni. Smak szczęśliwego dzieciństwa wśród familoków, grania w fusbal i godzin spędzonych na podglądaniu ówczesnych idoli – Kostki, Oślizły, Gorgonia, małego Szołtysika i króla boisk – Włodzimierza Lubańskiego, gdy trenowali na stadionie przy Roosevelta.

Reklama

Cytrynka gotowała równie dobrze jak babcia i tak jak babcia tolerowała ten stały nawyk – pół godzinki dla słoninki – krótką poobiednią drzemkę. Gdy się obudził, nastawił ekspres i po chwili po domu rozszedł się ten jedyny w swoim rodzaju cudowny zapach świeżo mielonej i parzonej kawy.

Pił niespiesznie, delektując się smakiem etiopskiej arabiki kupionej we właśnie otwartym sklepie „Pożegnanie z Afryką” – pierwszym takim w stolicy. Pił nieśpiesznie, ale co chwilę spoglądał ukradkiem na zegarek, co jednak zaintrygowało drugą połowę.

Reklama

–Gdzieś się śpieszysz? – spytała podejrzliwie.
–Nie, na polowanie jadę dopiero za dwie godziny.

Wzruszyła ramionami. Nihil novi sub sole. Przyzwyczaiła się, że w sobotnie popołudnie znikał z domu, wyjeżdżając do lasu. Ot, taki rytuał. A jednak coś w nim drgało inaczej niż zwykle. Po raz pierwszy miał samodzielnie jechać na słonki!

Reklama

Czuł każdym swym mięśniem, każdym nerwowym zwojem, każdym włoskiem na skórze, że to nie jest taki sam wyjazd, jak w poprzednie soboty. Naczytał się o tych wiosennych łowach i niepozornych ptaszkach. Ejsmond, Badeni, Korsak, Bratny – wszyscy uważali polowanie na długodziobe za najważniejsze po tokach głuszców. Chciał tego zasmakować!

Kilka dni temu zabrał go na pierwsze słonki do swojego łowiska nad Odrą kolega – fotoreporter CAF, zapalony, doświadczony nemrod.

Reklama

–Choć pokażę ci, na czym to polega – powiedział i postawił go na brzegu olchowego lasku na skraju łąki, po czym sam poszedł kilkadziesiąt metrów dalej. Stał więc, patrzył w niebo i nic się nie działo. Gdy zrobiło się szarawo, Rysiek wrócił podekscytowany.

–Widziałeś, słyszałeś?
–Nie!
–Jak to, przecież przelatywały koło ciebie!

Z tamtej wyprawy wrócił mocno rozczarowany, ale teraz chciał sam spróbować. W jego kole nikt na te maleńkie długodziobe ptaszki nie polował. Nie było kogo spytać, gdzie ma szansę je spotkać. O dzika, sarnę, lisa mógł pytać i zawsze któryś z kolegów pokierował młodym łowcą, ale słonki? Kogo to obchodzi?

Przeczytawszy wszystkie dostępne opisy, wytypował w swoim łowisku potencjalne miejsca ciągów i postanowił tam pojechać…

Cytrynka dopiła kawę i poszła do ogrodu, a on jeszcze raz zajrzał do Korsaka, potem starannie przeczyścił broń, załadował amunicję w pas, przygotował termos z herbatą. Czas do wyjazdu zaczął się dłużyć.

Czwarta, kwadrans po, trzy kwadranse na piątą, piąta, piętnaście po… Odliczał w myślach, aż wreszcie nadeszła zaplanowana pora. Wpół do szóstej. Wrzucił rzeczy do bagażnika, wsiadł, włączył silnik.

Motor nowiutkiego Fiata Marea pracował cichutko, droga była pusta. Czasy, gdy tir za tirem, dzień i noc sunęły krajową dwójką miały dopiero nadejść…

Trzy kwadranse później był przy leśniczówce Ludwika i wypełniał odpowiednie rubryki. Ludwik, dostrzegłszy go przez okno, wyszedł i zdziwiony spytał:

–O tej porze? Nie za wcześnie? Dziki jeszcze śpią.
–Ja na słonki.
–Na słonki? A gdzie Ty u nas słonki widziałeś?
–Jeszcze nie widziałem, ale na pewno zobaczę.
–To powodzenia, młody! – podniósł rękę charakterystycznym dla siebie gestem, odwrócił się, wzruszył ramionami i poszedł ku swoim zajęciom.

W książce było pusto. Od trzech dni nikogo w łowisku… Wiadomo – nów. Zapisał się na Kopanickie Łąki. Samochód zostawił przy szerokiej drodze łączącej dwie sąsiednie wsi. Słońce miał za plecami, zapadające powoli za drzewa.

Przed nim rozciągała się spora łąka przecięta wąskim strumyczkiem. Uśmiechnął się pod wąsem. Kilka lat temu, jeszcze na stażu, wędrując po łowisku i próbując ustalić, gdzie są piżmaki, postanowił przesadzić ten strumyk jednym susem. Skok nad rowem nie sprawił trudności, tylko zbocze rowu po przeciwnej stronie okazało się śliskie jak lodowisko w Calgary. Nim się zorientował, leżał w strumyku niczym placek ziemniaczany na patelni. Marcowa woda nie okazała się przyjemna i gdyby wtedy zmierzył tempo, w jakim biegł mokry do samochodu, to pewnie okazałoby się, że Usain Bolt ma w nim poważnego konkurenta.

W oddali po prawej błyskała toń jeziora. Uwielbiał to miejsce. To był jego ulubiony zakątek obwodu. Zwłaszcza wiosną. Gdzieś tam krzyczały żurawie, od wody niosło się kwakanie kaczek, hen daleko widział swego ulubionego wodnego ptaka – perkoza dwuczubego, jak majestatycznie przesuwał się, od czasu do czasu chowając swą szyję w zimnej jeszcze, kwietniowej wodzie.

Cienie brzóz na łące kładły się coraz dłuższe. Spojrzał na zegarek. „Jeżeli prawdą jest, co piszą, że ciągi zaczynają się tuż przed zachodem, to… już czas” – pomyślał.

Teraz skupił się tylko na szarzejącym niebie. Czy jego przypuszczenia okażą się słuszne? Czy w ogóle są tu te małe szaro-rdzawe ptaszki? Czy potrafi je usłyszeć? Czy zdoła dojrzeć?

Dubeltówka spoczywała obok. Niezaładowana. Postanowił, że tym razem skupi się tylko na obserwacji. Ale czy będzie, co obserwować? Co to? Co to za dźwięk? E, to tylko w oddali skrzypnęło jakieś drzewo. A to? To chyba zaterkotał perkoz.

Sekundy ciągnęły się jak minuty, minuty jak godziny. Nadchodziło roz¬czarowanie. „Nic z tego” – pomyślał i poczuł chłód kwietniowego wieczoru. Sięgnął po termos. I właśnie wtedy, gdy pochylił się ku ziemi, usłyszał coś, co wprowadzało dysonans w dotychczasowy świat dźwięków.

Pochylony, z ręką wyciągniętą ku ziemi, podniósł wzrok ku niebu. Zobaczył jakiegoś małego ptaszka zawzięcie machającego skrzydłami i lecącego tuż nad nim. Gdy go mijał, serce wstrzymało uderzenia. Mały ptaszek miał niewątpliwie długi dziób, a ten dziwny dźwięk, niewiele przypominający owo sławetne „chrapanie”, z całą pewnością pochodził od niego. Czyżby?!

Nim jednak uspokoił myśli, ptaszek zapikował w dół i… zniknął! Po prostu rozpłynął się niczym dym z paleniska, gdy zawieje halny…

Czyżby to była słonka? Nie był pewien. Chciałby, ale nie mógł w to uwierzyć. Serce mówiło – tak. Rozum pytał: a dlaczego miałaby to być akurat ona?

Siedział napięty jak struna kontrabasu, nieruchomo niczym kołek w płocie i tylko oczy wodziły po niebie jak reflektory obrony przeciwlotniczej Londynu. Tam i z powrotem, tam i z powrotem.

Znów go zobaczył. Maleńki ptaszek lecący z prędkością MIG-a19 z pobliskiego lotniska. Ale teraz był już pewny! To ONA!

Ten przelot wydawał się dłuższy. Nim stracił ją z oczu, usłyszał to charakterystyczne: chrap, chrap…

Cienie brzóz sięgały do strumyka nim po raz kolejny zobaczył maleńkiego lotnika. Ciągnął nieco dalej, mocno niżej, ale głos wydawał donośniejszy: chrap, chrap, chrap.

Słońce zapadło, szarzało coraz bardziej. Wiedział, że to koniec misterium, ale siedział. Przeżywał raz za razem. Pierwszy przelot, drugi, trzeci. I jeszcze raz – pierwszy, drugi, trzeci.

Zrobiło się ciemno, kiedy zdecydował się podnieść z siedziska. Z mocnym postanowieniem – jutro wróci tu znów…

Po drodze do domu kupił butelkę Montepulciano d’Abruzzo. Wiedział, że to będzie mocny argument w rozmowie z Cytrynką, by ją przekonać, iż jutro wyjątkowo trzeba zrezygnować z tradycji niedzielnego popołudnia z dziećmi. Tylko ten raz, wyjątkowo – powtarzał w myślach.

Chytry plan okazał się dość dobry, bo już po północy uzyskał dyspensę na niedzielny wieczór.

Nie pamięta nic z tego, co działo się tamtej niedzieli przed wyjazdem. Czy było śniadanie, co na obiad, co robił w te długie godziny przed wyjazdem. Ale od momentu, gdy odpalił silnik, widzi wszystko minuta po minucie.

Pusta niedzielna szosa kusiła, by depnąć mocniej. Ale mimo, że lubił dynamiczną jazdę, nie uległ pokusie. Jechał wolno, przesuwając w przód i w tył magnetofonową kasetą z odgłosami ptaków. Chrap, chrap, chrap – rozlegało się przez dziesiątki kilometrów. Mając pierwszy stopień umuzykalnienia, chciał zmusić mózg, by zapamiętał ten dźwięk – chrap, chrap, chrap.

Wpis do książki i powtórka z dnia wczorajszego. Samochód przy drodze, stołek na skraju brzeziny. Tyle, że tym razem załadował dubeltówkę. Oparł strzelbę o drzewo w zasięgu ręki i czekał…

Do zachodu było dobrze ponad godzinę. Przytulił się plecami do brzozy, przymknął powieki. Jego siostra zawsze mówiła, że należy przytulać się do drzew, a zwłaszcza do brzóz. Długo miał to za babskie fanaberie. Ale z wiekiem coraz częściej stwierdzał, że „coś w tym jest”. Czuł za plecami solidny pień i niemalże soki krążące wraz z wiosną pod białą korą.

Liście zieleniły się tą świeżą, wiosenną zielenią, jakże inną od zieleni lata. W powietrzu unosiła się nie do opisania woń tej najpiękniejszej pory roku, woń wilgoci zmieszanej z zapachem kwitnących wiśni, woń zapachu wody i jeziornych szuwarów.

Po drugiej stronie łąki pojawiła się brązowa plamka. Jedna, druga, trzecia. Już nie rudel. Już pojedyncze kozy wychodzą na żer. Ta najbliższa, dobrze widoczna, była duża, okrąglutka. „Przyszła mamuśka” – pomyślał i się uśmiechnął.

Przypomniało mu się dzieciństwo na wielkopolskiej wsi, podjazdy konnym zaprzęgiem pod wielkie rudle stojące w rozległych polach. Niemalże fizycznie poczuł zapach koni idących stępa w bryczce powożonej przez pana Franciszka. Siedział obok niego na koźle i trzymał lejce, a z tyłu dumny ojciec, co chwilę pytał: – Franek, jak mu idzie? Nada się na kuczera (czyli, w gwarze poznańskiej, powożącego powózką)? A pan Franek, woźnica z dziada pradziada, odpowiadał: – Nada się, nada, tylko więcej chleba jeść musi – i odwracając głowę mrugał do ojca.

Jeździli tak całymi dniami, od pola do pola, zatrzymywali się przy dojrzewających zbożach. Ojciec brał kłosy w dłonie, łuskał, rozcierał ziarno i wąchał, po czym przesypywał je w jego małą garść mówiąc: – Patrz, synku, to pszenica, to jęczmień, a to żyto. Powąchaj, jak pachnie. Będzie urodzaj w tym roku.

Po czym jechali, hen pod Dusznickie Łąki, gdzie podjeżdżali sarny na 40 kroków. Stały tak jak ta teraz, duże, okrągłe i ufnie patrzyły na przejeżdżających. Wiedziały, że nic im nie grozi. Czasami z daleka za zabudowaniami Śliwna widzieli duże ptaki, niczym indyki stojące w gromadzie na środku uprawy.

–To są synku dropie, ostatnie w Polsce – pamiętał z jakim nabożeństwem wymawiał te słowa tato. I nigdy nie pozwalał panu Franciszkowi podjeżdżać blisko, a gdy tylko w pobliżu stada pojawiał się pies, to ojciec natychmiast sięgał po dubeltówkę i krzyczał do pana Franka: – Franek, batem, i galopem za nim.

Promienie grzały coraz słabiej, a on fizycznie czuł, jak wzrasta mu ciśnie¬nie. Wstał, chwycił dubeltówkę w dłonie. „Spokojnie, jeszcze czas” – upominał sam siebie, ale dłonie robiły się wilgotne. Co rusz wycierał je w spodnie i lustrował niebo niczym obserwator obrony przeciwlotniczej na ubiegło¬rocznych ćwiczeniach swojej kompanii rozpoznawczej.

Mimo to chrapanie go zaskoczyło. Usłyszał je wcześniej, niż zobaczył przelatującą słonkę. Nim ją zlokalizował, nim się złożył, ptaszek był już daleko. „Pierwsze śliwki – robaczywki” – pomyślał.

Teraz był już czujny jak ważka. Z daleka zobaczył ciągnącego ptaka. Podniósł strzelbę, spróbował złapać wyprzedzenie. Już w momencie, gdy ciągnął za spust, wiedział, że spóźnił.

–Niech to dunder świśnie! – zaklął pod wąsem przekleństwem pana Franka. Nigdy nie wiedział, co te słowa znaczą, ale stary kuczer tak zawsze mówił, gdy coś mu nie wychodziło.

Wytarł dłonie raz jeszcze w spodnie, mocniej ścisnął kolbę. Teraz albo nigdy! Tylko nie wiadomo, czy teraz nastąpi, bo kolejna słonka nie nadlatywała. Kątem oka zauważył, że rude plamy zniknęły, kaczki na jeziorze też zamilkły. Był zły. Cały poprzedni tydzień chodził na strzel¬nicę, wystrzelał wagon amunicji, było nieźle, rzutki spadały jak na zamówienie, a tu… kicha.

Cienie brzóz sięgały już prawie strumyka. Minuta, dwie i słońce zapadnie za horyzontem.

–Chrap, chrap – wyrwało go z odrętwienia. Widział ją, jak ciągnęła wysoko, prawie wprost nad jego głowę. Przymierzył, poprowadził. Huknął raz, poprawił. I znów nic! Klapnął zrezygnowany na stołek. Trzy przeleciały wczoraj, trzy przeleciały dzisiaj.

Wzrastała w nim złość. Już przecież oczami wyobraźni widział, jak za dwa tygodnie na walnym koledzy z zazdrości pękają, jak dopytują się o przebieg polowania, jak proszą, by zdradził miejsce ciągów. Byłby przecież pierwszym w ich łowisku, który ma słonkę na rozkładzie. A tu nic!

Popatrzył z żalem na tatową dubeltówkę, raz jeszcze spojrzał w niebo i zobaczył czwartą słonkę. Ciągnęła cicho o wiele niżej niż poprzednie. Dalej i niżej. Do dziś nie pamięta, jak to było. Jak się składał, jak celował, jak prowadził…

Pamięta tylko ten moment, gdy usłyszał huk i zobaczył, jak długodzioba łamie się w locie. Patrzył jak urzeczony i myślał tylko o jednym – zapamiętaj gdzie, bo będziesz jechać po Marcina i jego wyżła. Zobaczył, jak znika w okolicy nieco wyższej kępki traw. Nie spuszczając tego miejsca z oka, ruszył. Dziesięć kroków, dwadzieścia, trzydzieści…

Leżała tuż za kępą. Szara, z długim dziobem. Piękna. Przyklęknął, wziął ostrożnie w ręce. – Dzięki ci, patronie nasz – szepnął.

Kiedy wsiadł do samochodu, położył ją na przednim siedzeniu. Zanim odpalił silnik, minęło dobre kilka minut. Cieszył się jak dziecko. Wreszcie zapuścił motor i postanowił pojechać w drugą stronę. Nie do domu, lecz do rodzinnej miejscowości.

Było już ciemno, gdy na maleńkim cmentarzu kładł na grób ojca malarskie piórko…

Zbiór opowiadań Andrzeja Brachmańskiego, z których część było drukowanych na łamach „Łowca Polskiego”. Na 244 stronach znajdziecie zbeletryzowane przygody myśliwskie autora, jakie miały miejsce w lesie, polu i podczas łowieckich biesiad.
Reklama

ZAPRASZAMY DO ZAKUPÓW

Galeria zdjęć

Więcej artykułów