fot. www.sauer.de
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Share on tumblr
Share on email
Share on print

Związkowa specjalność – strzał w kolano

Organizacje antyłowieckie w całej Europie są coraz aktywniejsze. Myśliwi się bronią szukając nowych koalicjantów i udowadniają, że są ważnym elementem ochrony przyrody. Tymczasem PZŁ publikuje na swoim profilu opowiadanie o tym, jak pewien kolega zabił rogacza…

Wakacje to czas, kiedy myśliwy może spokojnie ułożyć się na leżaku. Mając w zasięgu wzroku bawiące się dzieci, a na wyciągnięcie ręki zimne płyny, można poprzeglądać media społecznościowe i ulubione strony internetowe. Każdy z nas odruchowo klika w teksty o myśliwych i łowiectwie…

Błogi nastrój szybko mija i krew człowieka zalewa, jak widzi nieprofesjonalnie działania pracowników Polskiego Związku Łowieckiego, którzy kolejnymi wpisami niszczą nadszarpnięty wizerunek polskiego myśliwego. Zadziwia mnie całkowity brak strategii komunikacji. Nawet nie wiadomo, którymi kanałami nasz związek kontaktuje się z myśliwymi – czyli ze swoimi członkami – a którymi usiłuje promować łowiectwo wśród pozostałej części społeczeństwa. Wszyscy widzimy, że w ostatnich miesiącach w tak zwanej „transparentnej komunikacji” zapanował kompletny chaos. Wygląda na to, że kto pierwszy dopadnie klawiatury, ten rządzi!

Dla przeciętnego niepolującego Polaka zabijanie – nie tylko sarenek – było, jest i będzie czymś strasznym. Czy to jest takie trudne do ogarnięcia? Wszystkie organizacje myśliwskie na świecie dawno temu przestały pokazywać zabijanie i tylko PZŁ upiera się przy promocji swojego ulubionego „pozyskania”. Powiem wprost – trzeba nie rozumieć łowiectwa i naszej sytuacji, żeby powiesić na związkowym profilu link do opowiadania o tym, jak zabić pierwszego rogacza i opatrzeć post pytaniami „zachęcającymi” do lektury: „Dlaczego polujesz? Co czujesz strzelając do zwierząt? Ile zarabiasz jako myśliwy?”.

W tym samym czasie Brytyjczycy promują strzelectwo, ponieważ dla większości ludzi trafianie do rzutków to fajna zabawa i sport, a Amerykanie wykupują miliony hektarów gruntów, zapewniając w ten sposób tereny lęgowe kaczkom i bażantom. Natomiast Polski Związek Łowiecki dumnie kroczy szlakiem namalowanym niegdyś przez Petera Bruegla!


Jak się robi promocję? Sięgnijmy po pierwszy z brzegu przykład. Ponieważ nasze myśli już biegną w stronę rykowiska i zbiorówek, więc nikogo nie zdziwi, że zainteresował mnie „zielony” Sauer, który powstał w kooperacji z firmą zajmującą się produkcją ciągników rolniczych. Bardzo ciekawa jednostka Vario Sauer 404 Fendt 1050 w kalibrze 9,3 x 62 trafiła na aukcję. Została sprzedana anonimowemu myśliwemu za kwotę 30 tysięcy euro.

Wpływ z aukcji zasili projekt niemieckiego związku łowieckiego, który ma zapobiec utracie różnorodności biologicznej. W ciągu najbliższych pięciu lat w kilkunastu gospodarstwach myśliwi zlikwidują uprawy w sumie 500 hektarów kukurydzy, zastępując je dzikimi roślinami, które praktycznie przez cały rok zapewniać będą osłonę i pożywienie dla zwierzyny, dostarczając jednocześnie cennej biomasy. Wieloletnie rośliny nie wymagają stosowania pestycydów i mają wysoki potencjał wiązania azotu, co znacznie zmniejsza jego przedostawanie się do wód gruntowych i do rzek. Tak się buduje wizerunek!

Szczegóły projektu opisywane są w kilkunastu dobrze promowanych odsłonach, które znakomicie łączą interesy producenta broni, myśliwych, rolników i firm, które wspierają ochronę bioróżnorodności. Brawo!

Reklama

Tymczasem ZG PZŁ mając do dyspozycji 49 okręgów oraz setki wydarzeń promuje obcy tekst, z mnóstwem negatywnych opinii o myśliwych, ale nawet ten fakt nie zapala czerwonej lampki. Mam ochotę strzelić z barana w czereśnię, pod którą leżę.

Galeria zdjęć

Więcej artykułów