WildMen

hymox amoxicillina sciroppo €9.22

PRZYPINKI DLA LUDZI NATURY

Fundusze pozyskane ze sprzedaży wspierają nasze projekty związane z ochroną przyrody i ratowaniem zagrożonych gatunków!

Smak safari

Afryka to niezwykły kontynent, jego bujna roślinność i najbogatszy ze znanych nam świat zwierząt, tworzą wyjątkowe i niemal baśniowe obrazy w pamięci każdego, kto ma lub miał szczęście tam polować.

Celem mojej piątej wyprawy do Afryki było RPA. Właściwie to nie chciałem jechać, bo nie widziałem dla siebie nic nowego, co w Afryce mogłoby mnie pociągać, ale namówiony przez swojego wypróbowanego towarzysza wędrówek łowieckich Rynia – uległem. Miałem jeszcze parę antylop, które chciałbym „zaliczyć”, a dodatkową motywacją, była również wyprawa na rekiny.

Samolotem przez Frankfurt, Johannesburg i Port Elizabeth docieramy na południowy skrawek kontynentu afrykańskiego, gdzie odbiera nas przesympatyczny organizator polowania, Kobus. Jest nas aż siedmiu, bo oprócz Rynia dołączyli do wyprawy dwaj Norberci, Karol, Tomek i Krzysiek, szwagier Rynia. Dwaj ostatni, wprawdzie, nie polują, ale chcą wziąć udział w afrykańskim safari.

Jedziemy dwie, a może trzy godziny na północ i dojeżdżamy do pięknie położonej farmy. Jest tu kilka komfortowych sypialni, jadalnia w budynku głównym, bar na wolnym powietrzu z okazałym grillem i basen. Przed sypialniami długi taras z widokiem na otaczający farmę busz…

Rozlokowujemy się w pokojach. Rynio z Krzyśkiem, bo to rodzina, Norbert – wiadomo – z Norbertem, Tomek z Karolem i ja sam. Po rozpakowaniu waliz idziemy wspólnie do jadalni i czekamy na przedstawienie nam planu polowania. Do dyspozycji mamy teren blisko 300 tysięcy hektarów. Dość zróżnicowany pod względem ukształtowania, lecz podobny jeżeli idzie o szatę roślinną.

Afrykańska zima

Specyfika Eastern Cape to wieczna, wszechogarniająca zieleń bez względu na porę roku. Przylądkowy charakter prowincji powoduje stosunkowo duże nagromadzenie wilgoci w powietrzu, a spragniona, palona słońcem ziemia i roślinność tylko na to czekają. Tereny są w związku z tym bardzo bogate w różnorodną zwierzynę.

Chcemy strzelać różne gatunki, bo Rynio i ja mamy już po kilkanaście różnych trofeów, a reszta Kolegów jest po raz pierwszy na Czarnym Lądzie. Ustalamy, więc, harmonogram na najbliższe dni. Siedem mamy poświęcić na polowanie a dwa na tzw. deep sea fishing.

Jeszcze wieczorem, jedziemy kilkaset metrów za farmę i sprawdzamy broń. Nie mamy własnej, bo wygodniej i szybciej, a także bezpieczniej, jest wypożyczyć broń na miejscu. Po strzelaniu ofiarowujemy Kobusowi przywiezione z Polski prezenty, głównie polskie trunki i zasiadamy w barze, by ochłodzić się zimnymi napojami.

Specyfika Eastern Cape to wieczna, wszechogarniająca zieleń bez względu na porę roku

Rano o 5:00 pobudka. Początek zimy okazał się wyjątkowo skwarny, co przy pełni księżyca powodowało, że zwierzyna zamiast – jak to ma w zwyczaju – żerować w dzień i odpoczywać w nocy, żerowała w nocy i schowana przed słońcem w cieniu krzaków i odpoczywała w dzień.

Polowanie stało się, więc, nie lada wyzwaniem. Nie tylko ze względu na temperatury, ale i konieczne w tych warunkach wielogodzinne podchody w gęstym buszu.

Stary cap

Pierwsze wyjście to próba strzelenia Cape bushbucka. Zwierz to piękny, ale postrzelony, bywa bardzo groźny. Rokrocznie w RPA giną psy zabite przez ranne bushbucki i nie jeden myśliwy kończy podchód za taką antylopą w szpitalu.

Wjeżdżamy w teren bardzo górzysty, wzniesienia wprawdzie niewysokie, jednak dość kamieniste, słabo zarośnięte akacjami i wszelkiego rodzaju kolczastymi krzewami. Ziemię porasta zielona trawa. Idziemy powoli w górę: Kobus z przewodnikiem i ja za nimi.

Po kilkuset metrach siadamy na brzegu głębokiej doliny i obserwujemy zarośnięte zbocze naprzeciw. Najwyraźniej wie o jakimś bushbuck i przyjechaliśmy tu właśnie po niego. Rzeczywiście, po kilkudziesięciu minutach, widzimy ruch w zaroślach. Wytężam wzrok i widzę w lornetce dobrego capa. Kobus przygląda mu się chwilę i mówi szeptem:

-Dobry, strzelaj!

Opieram się o kolano i mierzę czekając, aż zwierz wystawi komorę. Trwa to chwilę i gdy emocje ustępują, widzę w lunecie, że to może i 200 metrów…

. Zwierz piękny, a postrzelony, bywa bardzo groźny.

Wreszcie cap pokazuje się w całej krasie i w tym momencie naciskam spust. Huk wystrzału i słyszę, jak kula uderza tuszę. Bushbuck zaznacza strzał i niknie w zaroślach. Odczekujemy 30 min, schodzimy wolno w dół i zaraz w górę i dochodzimy pod krzaki, w których zniknęła antylopa.

Tropiciel znajduje zaraz zestrzał. Jest ścinka i krople „wątrobowej farby”. Kobus wysyła go zaraz za postrzałkiem. Po chwili słyszymy wołanie i szybko biegniemy po warstwicy w kierunku głosu. Przedzieramy się przez gęste krzaczyska, rwąc ubranie i kalecząc ręce i nogi.

Widzimy tropiciela, który pokazuje palcem leżącego przodem do niego zwierza. Głowę ma podniesioną. Strzelam z rzutu i widzę, jak pisze testament. Mam piękne trofeum…

Cap jest naprawdę stary. Murzyn bierze go na plecy i niesie mozolnie pod górę, by na szczycie zrobić zdjęcia. Wracamy po samochód, ładujemy tuszę i wracamy na farmę.

Zawsze przygotowany

Następnego dnia zajmuje nas już inne trofeum. To trudny mountain reedbuck, antylopa afrykańskich gór. Jej siedlisko to strome wzgórza, rzadko porośnięte roślinnością. Antylopa jest niezwykle sprawna i szybka i ma świetny wzrok.

Polujemy w tym samym terenie, co na bushbucka, jednak o ile te zajmowały tereny raczej w dolinach i na mniej stromych zboczach, o tyle reedbuck zasiedla szczyty i zbocza niemal pionowe. Zupełnie jak koziorożce.

Rozpoczynamy podchód wzdłuż grzbietu niewysokiej góry, ale o gwałtownie spadających w dół, kamienistych i porośniętych wysoką trawą stromych ścianach. Jesteśmy sami, bez tropiciela. Co jakiś czas schodzimy nad krawędź urwiska i przez lornetkę lustrujemy teren. W pewnym momencie, będąc na górze, na wprost widzimy stojącego capa.

Jest dobry, ale decyzja zapada szybko, zbyt szybko.

-Shoot it, shoot it…

Zdążyłem odruchowo zerwać sztucer z ramienia i z rzutu strzelić pudłując sromotnie. A przecież zwierz był nie dalej niż 80 metrów! Poirytowany Kobus powiedział:

-Noś broń tak, jakbyś miał zaraz strzelać i bądź zawsze przygotowany!

Idziemy dalej. Przez kilkaset metrów nie schodzimy w dół, bo pewnie to, co mogło być poniżej, wypłoszyłem niecelnym strzałem. Teren zaczyna się lekko spłaszczać, szczyt już łagodniej spada w stronę urwiska, które zamienia się w stromą, ale tylko skarpę. Nagle mój podprowadzający kuca i nakazuje mi zrobić to samo. Posłusznie wykonuje polecenie i rozglądam się po zboczu przede mną. Trawy wysokie, ale w końcu widzę kilka reedbucków. Jednak same kozy.

Jest i cap! Mocny kozioł przeganiał nieco słabszego i wraca do chmary. Ruja? Zastanawiam się półgłosem i Kobus potwierdza moje przypuszczenia. W pewnej chwili starszy kozioł zatrzymuje się i oczy w naszym kierunku.

Nie zastanawiam się i strzelam na sztych, w nasadę karku. Zwierz wali się w ogniu. Gratulacje od Kobusa, bo strzał nie był łatwy i dość daleki. Podchodzimy do tuszy i widzę, że strzeliłem go trochę za wysoko, tuż pod łbem, w grdykę, przetrącając kręgosłup. Skłamałbym mówiąc, że tak celowałem, ale – zważywszy na okoliczności i odległość – nie ma się czego wstydzić.

Mój bardzo dobry MOUNTAIN REEDBUCK. Kobus i jego jack-russel Maylo

Wracamy do obozu i zastajemy Rynia, Karola i resztę towarzystwa przy stole. Rynio strzelił, jak twierdzi i potwierdza to Karol, bushbucka na blisko 400 metrów, Karol ma oryxa, jeden Norbert springbucka, a drugi Norbert postrzelił guźca, który uciekł do nory i nie ma jak go wyciągnąć.

Martwi się, bo trzeba za to zapłacić jak za strzelone. Idę do Kobusa i proszę go, by zrobił wyjątek, bo Kolega – zapalony dzikarz – strzela dobrze, a tu go trochę poniosło. Nie mam nadziei, że się zgodzi, bo to nie afrykańskie standardy, ale farmer godzi się od razu, zaznaczając jednak, że to ostatni raz.

Wieczorem jeszcze telefonicznie uzgadnia ze swoim kolegą z południa prowincji polowanie na karakala z psami.

Kot z drzewa

Nad ranem budzi mnie i każe szybko się ubierać, bo mamy jechać ponad 150 kilometrów nad ocean. Wie już, że psy poszły za kotem. Jeszcze nie do końca rozbudzony, zasypiam w samochodzie od razu.

Budzi mnie światło dnia i głośna rozmowa. Jesteśmy na stacji benzynowej, Kobus rozmawia z jakimś szczupłym jegomością, o niezwykle sympatycznej twarzy. Psy mają karakala, prawdopodobnie, na drzewie, a oni zastanawiają się głośno, od której strony będzie najlepiej podchodzić. Po chwili wchodzi do samochodu i mówi, bym przygotował kamerę, bo będzie co filmować…

Polowania z psami na karakale są dość powszechną metodą ograniczania populacji tego niezwykle uciążliwego dla farmerów drapieżnika. Koty te są tak pospolite w tej prowincji. Każdy ma prawo strzelać go na swoim terenie, a nawet na drogach publicznych. To zwykle właśnie farmerzy zawiadamiają podkładających psy, że bushbuck szczekał w nocy, lub słyszeli inne ostrzegawcze głosy i spodziewają się, że poluje tam karakal.

Jedziemy doliną wyschniętej rzeczki, mijamy jakieś budynki. Zatrzymujemy się i Kobus wymienia uwagi z właścicielem farmy. Podjeżdżamy nieco dalej, za farmę i parkujemy samochody. Steven, tak nazywa się gość spotkany na stacji, wita się serdecznie i ruszamy na polowanie.

Idziemy przez łąki i nieużytki w stronę niewysokiego lasu, rozciągającego się wzdłuż całej doliny. Gdy dochodzimy, na jakieś 200 metrów do jego ściany, słyszę grające psy. Włączam kamerę i filmuję podejście.

Ujadanie słychać coraz lepiej. Przedzieramy się przez gęste krzaki i w pewnej chwili Kobus prosi mnie o sprzęt, a Steve bierze za rękę i prowadzi, krok za krokiem, w stronę grających psów. Podchodzimy coraz bliżej i w półmroku widzę stare drzewo, pod którym ujada sfora. Jak spod ziemi wyrasta Murzyn, który wręcza mi rozklekotaną dubeltówkę i wkłada w rękę dwa ładunki, chyba „0” lub może „00”.

Dalej podchodzę tylko ze Stevem. Pokazuje mi coś ręką. Słońce z trudem przedziera się przez korony drzew, ale jednak utrudnia obserwację. W końcu wysoko nade mną, w konarach drzewa, widzę poruszającą się powoli jaśniejszą plamę. Nie mam czasu na emocje…

Celując po szynie pociągam za spust. Karakal osuwa się w dół, z gałęzi na gałąź i zawisa wysoko na drzewie. Jeszcze ostatnie skurcze mięśni i nieruchomieje. Psy dostają wścieklizny…

Strach pomyśleć, co by było, gdyby zwierz spadł na ziemię. Norbert w ten sam sposób strzelił kilka dni potem kota, a psy – w mgnieniu oka – rozdarły go na kawałki; nawet nie było co zbierać. Ale ten jest piękny. Steve każe Murzynowi zdjąć karakala i ten, po kilku chwilach, jest w moich rękach. To ogromna samica, ważąca blisko 20 kilogramów.

Zabierają psy i ruszamy w drogę powrotną; tutaj nawet zdjęć nie dałoby się zrobić, tak ciemno. Gdy wychodzimy w końcu na łąkę, oślepia nas blask afrykańskiego słońca. Odczekujemy chwilę i fotografujemy się wszyscy ze wspaniałym trofeum. Kobus wręcza mi kamerę i mówi, że tak, jak obiecał, będę miał świetny film…

Karakal w całej okazałości

Wracamy wieczorem do „ośrodka”, jak Rynio nazywa farmę. Chłopaki już są, strzelili mountain reedbucka, kudu, black wildebeesta, dwa bushbucki i guźca.

Ręka mi drży

Nazajutrz jedziemy z Ryniem kilkadziesiąt kilometrów na nyalę. Rynio strzela swojego byka dość szybko, a ja – mimo spotkaniu paru dojrzałych – nie słyszę komendy- Shoot! Reszta „drużyny” dojeżdża wieczorem z nowymi trofeami i przeżyciami. Siadamy, jak co dzień, do wspólnej kolacji i komentujemy przebieg dnia słuchając opowiadań Kobusa o terenie, zwierzynie i historii tych ziem. Po kolacji siadamy w barze. W miłym towarzystwie, przy zacnych trunkach czas płynie szybko…

Kobus budzi mnie o 4:00, pakuję się i – z bólem głowy – siadam w samochód, w którym natychmiast zasypiam. Rysiek, który jedzie z nami, robi to samo. Przyjeżdżamy nad ocean już o świcie, wychodzimy z samochodu, robimy 100 metrów i nagle widzimy olbrzymiego, starego, grzywiastego byka nyali. Kobus nie ma wątpliwości, ja i Rynio zresztą też:

-Shoot it.

Opieram się o głaz na brzegu urwiska i celuję do byka na przeciwległym zboczu. Ręka mi drży, a byk stoi z głową skierowaną w dół, w gęstych krzakach. Czekam na dogodny moment i gdy byk, jak mi się wydaje, pokazuje całą komorę ściągam spust.

Byk pada w ogniu, a mnie coś podpowiada, że nie jest dobrze: chyba za wysoko…

Gdy huk wystrzału przebrzmiał, widzę ruch w krzakach, gdzie powinna być moja nyala. Próbuję znaleźć w lunecie jakikolwiek fragment tuszy, w który mógłbym „wsadzić” jeszcze jedną kulę. Niestety, byk uchodzi. Podejmujemy próbę dochodzenia już po godzinie, kto wie czy nie za wcześnie.

Jedyny pies jakiego mamy, to uroczy szczeniak jack-russel teriera, Maylo. Idziemy po farbie kilkaset metrów; teren jest niezwykle trudny, gęsto, stromo i masa tropów innej zwierzyny. Po pewnym czasie siadamy, by odpocząć, a Maylo daje głos może 80 metrów od nas.

Lekceważymy to, niestety, i po ruszeniu w jego stronę znajdujemy farbę i miejsce, gdzie leżał byk. To był moja ostatnia szansa na podniesienie go. Muszę pożegnać się z jednym z najpiękniejszych trofeów Afryki. Na razie…

Wracamy, a Kobus smutno konstatuje:

– Wczoraj w nocy wypiłeś swoją najdroższą wódkę w życiu!

I choć to prawda, nie tego mi żal. Jedziemy z powrotem, wokół już ciemno.

Afryka to jedno z tych miejsc, które trzeba zobaczyć.

Rynio wkurzony, bo zamiast polować bujał się ze mną za nie swoim, w końcu, postrzałkiem. Siedzi na „pace” z tyłu, ja z Kobusem w kabinie. W pewnej chwili widzę świecące oczy jakiegoś stworzenia, przechodzącego wolno przez drogę.

–Karakal!

Rysiek składa się nad kabiną i kładzie drapieżnika w ogniu.

Siedmiometrowa fala

Kolejny dzień i podchód na duikera zakończył się szybko dobrym strzałem i niezłym trofeum. Właściwie bez historii, jak duża część polowań na antylopy w Afryce. Wszyscy mają, co chcieli, nawet niepolujący Krzysiek, strzelił swojego byka gnu białoogoniastego. Czekamy na prognozę pogody i wieści znad oceanu. Te są, niestety, jak najgorsze. Z połowu rekinów nic nie wyjdzie. Siedmiometrowa fala na oceanie nie pozostawia złudzeń co do tego, gdzie jest nasze miejsce. Na pewno na lądzie.

Dwa dni potem jedziemy z powrotem do Port Elizabeth, robimy zakupu, żegnamy się i odlatujemy do domu. Kobus, przed odjazdem, bierze mnie na bok i ze szczerym uśmiechem, ściskając mi dłoń, mówi:

-Zapamiętamy Was nie tylko ze względu na fantastyczną atmosferę, która panowała przez cały czas Waszego pobytu. Również, a może przede wszystkim dlatego, że okazaliście się wyjątkowi jeszcze pod jednym względem: wszyscy zdobywcy trofeów odbierali od wszystkich pozostałych szczere gratulacje, bez cienia zazdrości.

Ta, zwyczajna w naszej tradycji, życzliwość i sympatia okazywane sobie wzajemnie ujęły gospodarzy, przyzwyczajonych do zupełnie innych standardów i zachowań.

Dublet do hien

Egzotyczne wspomnienia

Afryka to jedno z tych miejsc, które trzeba zobaczyć. Przeżyć safari powinien, mimo wszystkich wątpliwości, każdy myśliwy. Choć raz. Wtedy zapach sawanny i odgłosy afrykańskiej nocy towarzyszyć mu będzie już do śmierci, czy tego chce czy nie.

To zupełnie inne polowania i inna kultura łowiecka niż nasza. Dla nas liczyć się jak polujemy, a nie tylko to, co myśliwy strzelił. Ważny jest nie sam strzał i wielkość trofeum, ale wszystko to co przed, w trakcie i po. W Afryce pokot, ostatni kęs to, przecież nieznane tradycje. Na safari jeździmy niemal wyłącznie po to, by mieć „ładne” i egzotyczne trofea.

Nie chcemy, a często – po prostu – nie możemy przeżyć tam czegoś tak emocjonującego, jak widok ryczącego byka, który stoi przed nami na strzał, czy tokowiska cietrzewia rankiem, na otulonym lekką, wiosenna mgiełką mszarze!

I nie zmieni na ten temat mego zdania nawet to, że jedne z najlepszych polowań w życiu, jakie miałem, to dwa wyjazdy do Zimbabwe i Tanzanii na bawoły.

Często słyszę, jak osoby, które w Afryce nie polowały, nawet nigdy nie były, opowiadają o safari jako o nic nieznaczących epizodach w żywocie myśliwego. Takich, o których nie warto nawet wspominać, a przecież tak nie jest; każdy wyjazd, szczególnie na inny kontynent, to okazja do wyjątkowych przeżyć, poznawania nowych ludzi i ich kultury, egzotycznych łowisk i odmiennych od naszych sposobów polowania, zdobywania rzadkich trofeów i w końcu sprawdzenia siebie w ekstremalnych warunkach.

Afryka, polowanie, zapachy i odgłosy, których nigdy się nie zapomina

To, które z tych doświadczeń waży najwięcej i jest dla nas najmilsze, zależy tylko od nas i jest naszym, jednak zawsze tylko subiektywnym, spojrzeniem na łowiectwo i świat wokół nas. Dlatego nie chcę i nie mogę wykluczyć, że kiedyś znowu zanurzę się w zapachy i odgłosy Czarnego Lądu.

ZAPRASZAMY DO ZAKUPÓW

Galeria zdjęć

Więcej artykułów