Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Share on tumblr
Share on email
Share on print

Pierwsza słonka

Nasze pierwsze wspomnienia z polowań przy boku dziadka, czy ojca pamiętamy do końca życia. Szczególnie jeśli dotyczyły polowań, które zniknęły z naszego kalendarza.

Mały, jasno szary z czarną czapeczką, ptaszek spacerował po podwórku zabawnie podskakiwał. Dziadek Stanisław obserwował pliszkę i z uśmiechem powiedział:

-No synok, wiosna przyszła. Już pora!

Serce momentalnie przyspieszyło! Wreszcie pójdziemy w las i będę polował! Wczesnym wieczorem wyruszyliśmy. Czuć było wiosnę, ale tu i tam w zacienionych dołkach leżały jeszcze resztki śniegu. Gdzieś daleko chrapliwie zaszczekał kozioł.

Bagnistą łączkę, do której doszliśmy otaczał ols.

-Tutaj synok stań plecami do krzaka, a twarzą do zorki- ręką wskazał zachodzące słońce i zdjął z ramienia broń – wszystko wiesz? Poradzisz sobie?

Reklama

Kurczowo trzymałem strzelbę i przytakiwałem głową. Dziadek sięgnął do kieszeni i podał patron. Długą chwilę trzymałem mosiężną gilzę na dłoni. Z namaszczeniem otworzyłem broń i wsunąłem go w komorę.

-Kurek dopiero przed strzałem- pouczył mnie!

Stałem, a oczy błyszczały mi z radości. Miałem dwanaście lat i w końcu doczekałem się! Byłem prawdziwym myśliwym na polowaniu.

Staliśmy w ciszy i bezruchu. Nagle kilkanaście kroków przed nami, niemal bezszelestnie, pojawił się lis! Biały kwiat na jego puszystej kicie ostro kontrastował z ciemnoszarym tłem łąki. Płynnym ruchem uniosłem broń jednocześnie kciukiem naciągnąłem kurek. Nagle broń bardzo zaciążyła mi w rękach i lufa opadła w dół.

-Synok, nie bij ryżego! On już żaby żarł!

Lis „który zeżarł żabę” oznaczało że futro już nic nie warte. Rudy nie czekał zniknął w kilku susach. Uspokojony wpatrywałem się w ciemniejące niebo. Chrapliwy odgłos – khworr, khworr- spowodowały nagły skurcz gardła i gwałtowne bicie serca… Jest! Szybko zbliżała się, czarna sylwetka. Poruszała skrzydłami jakby w zwolnionym tempie. Rozpaczliwe machnięcie lufy przed ptaszynę znikającą za wierzchołkiem brzózki… Błysk ognia, huk i szelest gałązek które słonka potrącała spadając.

Skoczyłem przed siebie na oślep. Ani woda, ani błoto, ani jeżyny- nie mogły mnie zatrzymać. Prowadził mnie odgłos trzepoczących skrzydeł MOJEJ słonki. Jest! Delikatnie ją uniosłem. Jeszcze zatrzepotała i znieruchomiała.

Delikatnie ułożyłem jej piórka i poszedłem do dziadka. Bez słowa, wziął ją do ręki i oglądał.

-Jedną śruciną ją dostałeś – pokazał rubinowy punkcik koło ziernika – dlatego tak trzepotała. Zuch! Ale o tym zapomniałeś!- otworzył broń i pokazał mi gilzę w komorze swego wysłużonego Iża 17.

Zatroczyłem moją zdobycz na kawałku sznurka zaciskając pętelkę tak, aby dziobek był ściągnięty razem z szyjką. Zarzuciłem ją na plecy i ruszyliśmy w drogę powrotną prze ciemny las…

Od tamtego wieczoru minęło wiele lat, ale kiedy kończy się zima i widzę pierwszą siwą pliszkę to zawsze w podziękowaniu za tamten wieczór, uchylam czapki. A zapach wiosny i głos ciągnącej słonki wywołuje burzę wspomnień.

Nikolaj

Galeria zdjęć

Więcej artykułów