PRZYPINKI DLA LUDZI NATURY

Fundusze pozyskane ze sprzedaży wspierają nasze projekty związane z ochroną przyrody i ratowaniem zagrożonych gatunków!

Fot Włodzimierz Puchalski
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Share on tumblr
Share on email
Share on print

Majowa galeria

Wspomnienia myśliwskie są dla nas skarbcem, który kryjemy przed wzrokiem obcych ludzi. Najkosztowniejsze klejnoty naszego życia, szmaragdy puszcz dziewiczych i rubiny krwi, ubitej przez nas zwierzyny…

Obraz wart jest tysiąca słów. Historia polowań to również niezwykłe zdjęcia, które są szczególnym oknem w minioną epokę. Zauważymy na nich nie tylko zabytkową broń, ubiór i sprzęt myśliwski, ale również jak wiele straciliśmy…

Jako mały chłopak jeździłem z ojcem pod Bielsko do miejscowości Lipowa. To było jedno z nielicznych miejsc w Beskidach, gdzie funkcjonował PGR. Kierownikiem był dr Eugeniusz Pasieka, który zaprzęgał bryczkę i polowaliśmy z podjazdu na rogacze. Być może dlatego do fotografii Mistrza Włodzimierza Puchalskiego, która otwiera majową galerię mam wyjątkowy sentyment…

Wszyscy czekamy i polujemy na rogacze, ale wbrew pozorom w naszych archiwach mamy najmniej fotografii z tych łowów. Nie mówiąc o opowiadaniach. Wspomnienie Leopolda Pac Pomarnackiego jest tym, którego nie można pominąć.

upragnione trofeum

Z lewej strony autor książki „A było to w kniei” Leopold Pac Pomarnacki (1907-1992) był wielce szanowanym leśnikiem, myśliwym i ornitologiem. Pracował w RDLP w Radomiu. Opublikował wiele artykułów, monografii naukowych, a także wspomnień myśliwskich

Skrzypiące koła wozu tratują bezlitośnie wyniosłe źdźbła traw, pochylają w poddańczym ukłonie krzewiny leśne, stukają na pieńkach i korzeniach. Konie idą wolno, skubiąc liście z mijanych drzew, woźnica kiwa się na koźle, prawdopodobnie drzemie…

Złote promienie słońca przeszywają ostrzem grotów gęste kłęby mgły porannej, zasnuwającej zagaje, tułającej się lękliwie po zrębach i łączkach, na których oko myśliwego poszukuje jaskraworudej plamy, nabierającej przy zbliżeniu estetycznych kształtów zwierzęcia. Piękny poranek czerwcowy lśni pełnią swoich kras. Duszę jadącego na podjazd łowcy ogarnia uczucie zadowolenia i błogiej beztroski. Jak barwne motyle jawią się upojne wspomnienia z ubiegłych lat.

Znałem go od dawna. Podziwiając krzepki, rozrośnięty tułów i potężny łeb — wyczuwałem w nim przyszłego kapitalnego rogacza. Potem bezrogą jego głowę ozdabiała już duża, puszysta narośl, a ciekawe oko doszukiwało się w niej grubych parostków, które z biegiem czasu rosły, wydłużały się, krzepły.

„Jeśli chcesz poznać prawdziwą wartość człowieka, zobacz, jak radzi sobie z wielkim rozczarowaniem podczas polowania!”

Spotykaliśmy się ze sobą często. Tam, gdzie się go najmniej spodziewałem — wyłaniał się z gąszczów leśnych cicho, jak zjawa, jak duch. Kiedy indziej znowu nie opuszczał zarośli. Chodził po nich, szeleścił, szczekał, straszył i wreszcie gdzieś przepadał. Tylko duże, wyraźne tropy na śniegu zwiastowały, że to on był w istocie, był i odszedł.

Na zimowych nagankach ruszał pierwszy i defilował w zgrabnych, lekkich podskokach, jakby ufny w to, że mu nic nie grozi. Inne kozły wystraszone jazgotem kołatek mknęły jak wicher przez linię, niosąc w ciszę dalekiego boru odgłos trwożliwej ucieczki, on się nie spieszył i nie przerażał. Posuwał się wolno, spokojnie, czasami nawet przystawał dla zorientowania się, skąd dochodzi go ten zagadkowy hałas.

I znowu wracał do tego oddziału, który on — pan i władca — przywykł uważać za swoje dziedzictwo.

Nastała wiosna. Biały pokrowiec śnieżny skurczył się i rozpłynął w strugach ciepłego deszczu, ukazując brunatną powłokę ziemi. Dalekie gaje brzozowe powlekały się fioletową mgiełką nabrzmiałych pączków, jasną zieleń kaczeńców, bujnie rozkrzewionych nad strugą, popstrzyły żółte gwiazdki kwiecia. Przyleciały kaczki, wypełniając długie godziny pogodnych wieczorów zgiełkliwą wrzawą namiętnych nawoływań, powróciły i bekasy, wieszcząc się w ciszy wiosennych przedświtów spazmami minorowego jęku.

„Człowiek, który łowi ryby lub strzela do zwierzyny, musi ją przygotować do jedzenia – przed snem. W przeciwnym razie wszystko jest marnotrawstwem.”

Świeża ruń okrywająca łączki leśne znęciła i kapitalnego rogacza. W bladych przebłyskach poranków i w krwawej pożodze zachodów wyłaniał się cicho, niepostrzeżenie, w poszukiwaniu odżywczych nowalijek na dawne zręby, czujny teraz i baczny na każdy szczegół leśnego otoczenia. Żerował krótko i znowu niknął w mrokach gąszczów jak zjawa. Zdarty, postrzępiony scypuł zwisał pasami z brunatnych pni parostków jak krwawe łachmany, ukazując niezwykłe wprost poroże, cudownie uperlone.

Notując w pamięci każdy szczegół upragnionego trofeum, coraz częściej i z coraz większą lubością brałem do ręki wiszącą bezczynnie na ścianie trójlufkę, oglądając ją starannie pod światło i badając jej gotowość.

Nastał lipiec, ale rogacz znikł, jakby zapadł się w wodę. Łączki i zagaje rozbrzmiewały teraz donośnym pobekiwaniem rozamorowanych kozłów, ich miłosne gonitwy mąciły spokój dzikich chaszczy i zarośli, jego jednak nie było. Przeszukiwałem starannie wszystkie sarnie ostoje, przepytywałem gajowych, informowałem się nawet u sąsiadów. Wszystko na nic.

Zły i zrezygnowany doszedłem do przekonania, że wypieszczony przeze mnie rogacz zginął od kuli kłusownika. Kiedyś podobno słyszano nawet strzał na zrębie będącym żerowiskiem tego mocarza. Zły byłem na siebie, że dotąd ociągałem się ze względów hodowlanych z odstrzałem rogacza przed rują, ale trudno.

„W ciężkich czasach dzisiejszych łatwiej być bez koszuli niż bez wspomnień. Ludzie wyposażeni przez naturę w żyłkę myśliwską są fenomenalnym wyjątkiem – nie boją się wspomnień.”

Sezon polowań na kozły chylił się ku zachodowi, a ja nie zyskałem dotąd żadnego trofeum. Rogaczy było wiele, sporo też sztuk kapitalnych, mnie jednak ten jeden utkwił głęboko w pamięci. Patrzałem codziennie obojętnie na rozmaite kształty parostków. Raz były one grube i wysokie, to znowu niskie, symetryczne, dobrze uperlone. Widziałem blade, jakby spłowiałe — to znowu ciemne, prawie czarne, lecz ręka, dzierżąca wierną trójlufkę, nie kwapiła się z podniesieniem jej do twarzy.

I tylko kiedyś – więcej z nudów niż z emocji — strzeliłem dobrego szóstaka. Ekspresowy ładunek przeciął od razu pasmo jego żywota, dając miłe, prawie rekordowe trofeum. Zabrawszy kozła do bryczki — jechałem wolno w stronę leśniczówki, kiedy nagle dostrzegłem daleko pod zagajem pojedynczą grubą sztukę. Kazałem zawrócić w jej kierunku, więcej przez ciekawość niż z pobudek myśliwskich.

„Kończąc polowanie zawsze odwróć się i spójrz na swoje łowisko po raz ostatni, aby dobrze zapamiętać ten obraz – prawdopodobnie nigdy więcej tego nie zobaczysz!”

Nie mogłem strzelić. Ręce drżały mi jak w atak u febry, serce rozsadzało pierś. Wiedziałem, czułem prawie, że jednak go nie zdobędę, że spudłuję. Kiedy na koniec padł strzał — zląkłem się, bo mi się wydało, że stało się to wbrew mojej woli.

Biały welon mgły przesłaniał częściowo tajemniczą sylwetkę pasącej się sarny, której kontury odkrywał na chwilę śmielszy podmuch wietrzyka. Zielone pędy brzóz stanowiły jakby ekran mieniący się w błyskach światła zapalającego tęczowe ognie na zwisających z gałązek kroplach bujnej, jesiennej rosy. Na tym tle subtelny kształt zwierzęcia rysował się z całą dokładnością — jednak opuszczoną głowę zasłaniał niski krzak, stwarzając sercu myśliwskiemu chwilę emocjonującego wyczekiwania.

„Gruba sztuka” – myślałem, nie spuszczając z niej oka.

Naraz pod kołem toczącej się bryczki trzasnął złamany patyk. Rogacz podniósł łeb. Wytężyłem wzrok i uczułem, że serce dochodzi mi do gardła.

To był on, mój niebywały rogacz. Podniosłem broń, lecz w tejże chwili przypomniałem sobie, że nie była nabita. Zmartwiałem z przerażenia.

Ale rogacz stał i czekał na mnie. Wóz toczył się wolno, zbliżając się coraz bardziej ku zwierzynie. Drżącymi rękami nabiłem trójlufkę i skierowałem lśniącą w słońcu muszkę na wyraźną łopatkę kozła.

A on, jakby chcąc wynagrodzić ciężki trud moich poszukiwań, jakby chcąc powetować stracony sezon i gorycz dawnych rozczarowań — tkwił w miejscu jak posąg hardy, dumny i wspaniały. Teraz dopiero ujrzałem, że jest rekordowym ósmakiem, jedynym, jakiego spotkałem dotąd w życiu, o kolosalnych parostkach i wspaniałym wzroście.

„Wspomnienia myśliwskie nie mają w sobie zapachu rzeczy umarłych. Wspomnienia myśliwskie nie umierają. Wspomnienia myśliwskie są czyste, mocne i słodkie jak leśne maliny.”

Nie mogłem strzelić. Ręce drżały mi jak w ataku febry, serce rozsadzało pierś. Wiedziałem, czułem prawie, że jednak go nie zdobędę, że spudłuję. Kiedy na koniec padł strzał — zląkłem się, bo mi się wydało, że stało się to wbrew mojej woli.

Zeskoczyłem z wozu, biegnąc co sił ku zagajnikowi. Nie ma! Czyżby naprawdę…

Ale woźnica woła, bym szedł więcej w lewo, tam, ku krzakom — więc idę. W dali, na zgniecionej trawie leży coś rudego — to on. Ze szczęścia zabrakło mi sił. Ciężko usiadłem na murawie nieopodal najpiękniejszego w życiu, mozolnie wypracowanego rogacza, wpatrzony w niemym zachwycie w bezcenne, rekordowe parostki.

Leopold Pac-Pomarnacki

ZAPRASZAMY DO ZAKUPÓW

Galeria zdjęć

Więcej artykułów