PRZYPINKI DLA LUDZI NATURY

Fundusze pozyskane ze sprzedaży wspierają nasze projekty związane z ochroną przyrody i ratowaniem zagrożonych gatunków!

Michał Kryspin Pawlikowski
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Share on tumblr
Share on email
Share on print

Żyłka myśliwska

Kogo uważam za laika w dziedzinie łowiectwa? Nikogo z tu obecnych, lecz pragnę być szczery i stanowczy. Dlatego też oświadczam – z punktu widzenia myśliwego laikiem jest każdy, kto się urodził bez żyłki myśliwskiej.

Myśliwy, pisarz i dziennikarz wileńskiego „Słowa”, w którym prowadził dodatek łowiecki „Gdzie to, gdzie zagrały trąbki myśliwskie”; Michał Kryspin Pawlikowski w 1932 roku, wygłosił wspaniały referat w wileńskim Towarzystwie Literackim na temat literatury łowieckiej. Między innymi odniósł się do sporów wokół łowiectwa, co pokazuje ponadczasowość problemów, z jakimi myśliwi mają do czynienia.

wyraz „łowiectwo“

W umyśle laika – wyraz „łowiectwo” kojarzy się z wielką liczbą najróżnorodniejszych pojęć. Dla laika łowiectwo – to i mrożąca krew w żyłach notatka dziennikarska o nauczycielu szkoły powszechnej z Małopolski, którego rozszarpały wilki w powiecie dziśnieńskim; to i martwy zając z głową, owiniętą papierem, zwisający smętnie u wrót sklepu gastronomicznego; to i pan w kapeluszu z piórkiem i ze strzelbą w futerale pod pachą, robiący tłok przy kasie na dworcu kolejowym w sobotę wieczorem; to i piękny plakat propagandowy na użytek zagranicy z napisem „Pologne – pays de chasse”, który każdy cudzoziemiec z łatwością oglądać może na stacjach kolejowych w Podświlu, Łyntupach lub Mordyczach, a który przedstawia myśliwca, pochylonego nad zwierzem jakiegoś trudnego do określenia gatunku; to i wreszcie wydawane przy „Słowie” wileńskiem „Trąbki“ – lub jak chce tegoroczna szopka akademicka – „Otręby myśliwskie”… Tak to – bardzo różnorodnie i trochę chaotycznie – układa się w umyśle laika wyraz „łowiectwo“…

Lecz kogo uważam za laika w dziedzinie łowiectwa? Nikogo z tu obecnych, lecz pragnę być szczery i stanowczy. Dlatego też oświadczam – z punktu widzenia myśliwego laikiem jest każdy, kto się urodził bez żyłki myśliwskiej. Z punktu widzenia myśliwego urodzić się bez żyłki myśliwskiej, to to samo, co z punktu widzenia muzyka urodzić się bez ucha, z punktu widzenia malarza – bez oka, z punktu widzenia smakosza – bez podniebienia. Z tak stanowczego postawienia sprawy wynikłoby, że w ogóle nie może być mowy o porozumieniu między myśliwym a laikiem łowieckim. Że myśliwi są tem dla reszty społeczeństwa, czem pływająca wyspa z rozbitkami dla bałwanów morskich…

Że świat myśliwych to kasta w sobie zamknięta, to loża zaprzysiężonych czcicieli kultu, których niewtajemniczeni traktują z pewnem pobłażaniem, z jakiem traktuje się zwykle filatelistów, numizmatyków i zbieraczy pocztówek. Czy wobec tego, mówiąc językiem polityków, można znaleźć wspólną platformę dla porozumienia między myśliwymi i niemyśliwymi?

Bubek z obozu niemyśliwskiego

Pytanie staje się wręcz groźne, jeżeli zważymy, że łowiectwo – rozpatrywane jako kongregacja czcicieli jakiegoś dziwacznego kultu – jest przez bardzo wielu ludzi ze świata myśliwskiego zaledwie tolerowane, przez niektórych wręcz zwalczane. Taki przeciętny bubek z obozu niemyśliwskiego chce widzieć w myśliwym wyrafinowanego mordercę, co wnosi śmierć i zniszczenie do świątyni przyrody.

Dla takiego bubka symbolem kultu łowieckiego jest ów zdechły zając ze sklepu spożywczego z głową, owiniętą w skrwawiony papier… Nie tu czas i miejsce dowodzić, że łowiectwo — to nie niszczenie przyrody, lecz jej ochrona, podobnie, jak nie niszczycielem, a hodowcą bydła jest właściciel obory, choć co roku oddaje pod nóż rzeźnicki pewien odsetek mieszkańców tej obory.

Już mimochodem potrąciłem o krawędź tej wspólnej platformy, na której zasiądą do rzeczowej pogawędki srogi myśliwy z łagodnym niemyśliwym i będą leli wodę na miecze, jak to czynili Burłaj z Tuhaj-bejem, lub wypalą fajkę pokoju, jak to czynili inni Indjanie. Już znaleźliśmy pierwszą styczną pomiędzy łowiectwem i niełowiectwem.

Umiłowanie i ochrona

Boć jeśli myśliwy to nie morderca, a mądry pasiecznik, co wprawdzie część miodu od pracowitych pszczółek zabiera, lecz zarazem dokarmia je, grzeje zimą, słowem – hoduje i rozmnaża, tedy dojdziemy do przekonania, że łowiectwo to nie niszczenie przyrody, lecz jej umiłowanie i ochrona. Tych stycznych mamy o wiele więcej.

Na wstępie napomknąłem, jak dużo różnorodnych pojęć budzi w umyśle laika wyraz „łowiectwo“. Każde z tych pojęć wzięte z osobna, jest wąskie i obejmuje zaledwie cząstkę tego, co my nazywamy łowiectwem, lecz każde z nich jest słuszne w zasadzie. Laik, dla którego łowiectwo mieści się w ubitym zającu, stanowiącym przedmiot handlu, dostrzega – może podświadomie – ekonomiczny pierwiastek łowiectwa. Laik, personifikujący łowiectwo z plakatem propagandowym: „Pologne – pays de chasse” – zaczyna rozumieć łowiectwo, jako czynnik międzynarodowego zbliżenia.

Laik, zachwycający się „Puszczą” Weyssenhoffa lub „Obławnikami” Fałata, musi przyznać, że łowiectwo jest nieprzebraną skarbnicą inwencji artystycznej. Wszystko to będą styczne łowiectwa z „niełowiectwem”.

Plakat propagandowy „Pologne – pays de chasse”

Klejnoty łowieckie

Dzisiejsza pogawędka ma ramy bardzo wąskie i przedmiotem jej będzie tylko jedna „styczna”. Chcę dziś powiedzieć kilka słow. o literaturze łowieckiej w Polsce. Ograniczę się przytem tylko do literatury współczesnej, mówiąc ściślej – tylko do pisarzy żyjących, bo jeżeli sięgnąć w przeszłość do zarania naszego polskiego piśmiennictwa, to znajdziemy taki ogrom, takie bogactwo elementów łowieckich, że trzebaby było pokaźnego tomiku, by te elementy tylko wyliczyć.

W imię atoli stereotypowego nawiązania do przeszłości, nie mogę się powstrzymać od rzucenia okiem wstecz dla wyłuskania z lamusa tej przeszłości – bliższej i dalszej – paru klejnocików łowieckich. Któż to, jeżeli nie Krasicki, śpiewa w „Panu Podstolim” prawdziwy panegiryk na cześć łowiectwa, chwaląc walory myślistwa i cnoty myśliwego?

Wpada przytem stanowczo w przesadę, twierdząc m.in., że czerstwość i zdrowie zawdzięcza myśliwy spożywaniu skromnych posiłków i – wody źródlanej. Z tą wodą źródlaną to na pewno nie tylko dzisiaj, lecz i za czasów Krasickiego było trochę inaczej. To też słusznie czyni Mickiewicz, ratując honor myśliwych i wódką gdańską, złotem świecącą na słońcu, i półmiskami wędlin, sposobem domowym uwędzonych w kominie dymem jałowcowym…

Któż to, jeżeli chodzi o bliższą przeszłość, jak nie Adolf Dygasiński, pierwszy niemal w Polsce „odkrył” ideę ochrony przyrody, wyciskając z oczu pozytywistów łzy gorzkie nad dolą zwierzęcia? Kogoż to, jeżeli nie Sienkiewicza, poniosła pasja myśliwska do Afryki, gdzie nie tylko pisał listy, lecz naprawdę polował a potem, w drodze powrotnej, trząsł się w febrze, zasłuchany w ryk lwa?… „Listy z Afryki“, „W pustyni i w puszczy”, sceny myśliwskie z „Krzyżaków”, a zwłaszcza – opis zapomnianego już niemal dziś zupełnie sposobu polowania na wilki na wabia („Hania“) – to prawdziwe perły przedwojennej literatury myśliwskiej.

Wzmianką o Sienkiewiczu zakończę tradycyjne nawiązanie do przeszłości. Myśląc jednak o tej przeszłości, muszę zrobić jedną uwagę zasadniczą – ważną dla zrozumienia znaczenia literatury łowieckiej w ogólności. Czy Mickiewicz był myśliwym? Jestem przekonany, że tak, gdyż nie będąc myśliwym, nie mógłby dać owego pełnego siły i prawdy myśliwskiej opisu obławy na niedźwiedzia.

Henryk Sienkiewicz na łowach…

Sam zresztą nazywa siebie w innem miejscu „błahym strzelcem”, z czego wynika, że strzelcem (myśliwym) był napewno. Innemi słowy: gdyby Mickiewicz nie był myśliwym, toby w „Panu Tadeuszu” nie było ani opisu matecznika, ani łowów na niedźwiedzia, ani sporu Kusego z Sokołem.

Warstwa trzecia – grafomanja.

Czy literatura, nie specyfikując jej na „łowiecką” i „niełowiecką”, straciłaby na tem? Mam przekonanie, że tak. I jeszcze jedna uwaga, jeżeli chodzi o ogólną charakterystykę literatury łowieckiej. Literaturę piękną w ogólności wyobrażam sobie, jako przedziwne naczynie, wypełnione melanżem płynów, nawarstwiających się i fermentujących wbrew normalnym zasadom chemji i fizyki. Dwa podstawowe elementy: wino i woda układają się w owem naczyniu dość dziwacznie. Na samym wierzchu stoi spokojna, dostojna, klarowna, aromatyczna, wystała, wypróbowana, nie bojąca się wstrząsów, warstwa literatury naprawdę pięknej – warstwa trwała i cieniutka.

Niżej kotłuje, kipi, fermentuje, skrzy się iskierkami gazów, zaciemnia się kłębami mętów – literatura młoda – jest to warstwa wiecznie trwała w ruchu, lecz wiecznie zmienna w swych składnikach; jedne z tych składników wyklarowują się w czyste wino i przechodzą do warstwy najwyższej – tych jest bardzo mało; inne opadają niżej. Pod tą warstwą leży warstwa trzecia – warstwa wody i mętów – grafomanja. Wypełnia ona 99/100 pojemności całego naczynia.

Otóż literatura łowiecka, jako część literatury powszechnej, jest też podmyta od dołu wodą grafomanji. Jeno osobliwością literatury łowieckiej jest ciekawy fakt, że w żadnym innym dziale literatury zalew grafomanji nie jest tak olbrzymi, jak właśnie w literaturze łowieckiej.

Myśliwy w duszy jest artystą

Osobliwość tę należałoby wyjaśnić. Zdawałoby się napozor, że myśliwy, nie będący najczęściej literatem z zawodu, powinien mieć raczej piorowstręt. Tak nie jest. Dlaczego? Dlatego, że każdy myśliwy, zaczynając od p. Włodzimierza Korsaka, a kończąc na niepiśmiennym Białorusinie kłusowniku, jest w duszy poetą.

Poetyckość myśliwego zasadza się na prostym, szczerym, bezpośrednim i bezinteresownym stosunku do przyrody, na artystycznie czułem utrwalaniu doznań, ze stosunku tego wynikłych. Przeto każdy myśliwy jest w duszy artystą.

A że nie umie najczęściej swego artyzmu uzewnętrznić, to nie jego wina, lecz zrządzenie losu, który mu nie dał tego, co nazwałbym nie genjuszem, nie zdolnościami, nawet nie tupetem, lecz po prostu – nerwem literackim.

Ministerjum Łowiectwa

I oto notujemy rzecz ciekawą, rzecz w założeniu swem głęboko tragiczną: grafomanja łowiecka nie jest grafomanją powszechno-literacką. Grafoman, płodzący kretyńskie erotyki, to bęcwał, którego należałoby za kark wyrzucić z dobrego towarzystwa i albo zaprząc do miejskich robot wiosennych, albo zarejestrować, jako bezrobotnego kancelistę. Grafoman łowiecki – to artysta w duszy, przeżywający straszną tragedję impotencji formalnego uzewnętrznienia się…

Gdyby istniało Ministerjum Łowiectwa i gdybym został mianowany ministrem tego ministerjum, tobym założył gdzieś w głębi Polesia lub w Karpatach wzorowe sanatorjum dla grafomanów łowieckich, gdzie pierwszorzędni neurolodzy leczyliby tych nieszczęśników środkami łagodnemi, nieraniącemi ambicji – hydroterapją, brydżem, wędlinami, kielichami wyborowej, polowaniem, znów hydroterapią – i tak w kółko – by chorzy nie mieli ani chwili czasu na pisanie.

W literaturze łowieckiej pierwszej klasy niepodzielną dotąd suwerenność dzierży Jozef Weyssenhoff. Pisarz ten rozpoczął swą karjerę na satyrze obyczajowej. Natomiast najpełniej, najjaskrawiej i najtrwalej zabłysnął jego talent na polu literatury łowieckiej.

Brylantowa kolia

Takiego „Sobola i panny“ nie posiada chyba żadna inna literatura. Z prostych, szczerych i dlatego zapewne tak silnych wzruszeń myśliwskich stworzył całą epopeję, którą nader skromnie zatytułował – cyklem myśliwskim.

Z myśliwskiego punktu widzenia „Sobol i panna“ jest arcydziełem par excellence myśliwskiem i nadto – z myśliwska bezkonkurencyjnem. Z rożańca utajonych wzruszeń myśliwskich wystylizował Weyssenhoff brylantową kolję, w której zamknął wszystkie niemal typy polowań.

Od ciągu słonek i arystokratycznych pudeł do bażantów – poprzez „chłopskie polowanie” na cietrzewie – aż do „kniaziowych” łowów na letnie wilki, strzału do legendarnego odyńca Chaskiela i wizji łosia na bagniskach Szepety.

Mam wrażenie, że Turgieniew musiał conajmniej drgnąć w grobie, gdy pierwsze wydanie „Sobola i panny“ ukazało się na półkach księgarskich. Bo jakże bledną wychwalane „Zapiski ochotnika” wobec weyssenhoffowskiego cyklu myśliwskiego!

Cóż dał Turgieniew, prócz ślicznego obrazu „na ciągu” i prócz kilku nastrojowo myśliwskich plamek na dość jednostajnem tle rozczulania się „ruskawo barina” nad psychologią i bytowaniem ruskiego mużyka?…

Gdyby istniało Ministerjum Łowiectwa i gdybym został mianowany ministrem, tobym założył gdzieś w głębi Polesia lub w Karpatach wzorowe sanatorjum dla grafomanów łowieckich…

Fanatyk łowiectwa

Ejsmond i inni Na drugiem miejscu po Weyssenhoffie w literaturze łowieckiej pierwszej klasy stawiam zmarłego niedawno Juljana Ejsmonda. O wielkich artystycznych walorach jego utworów mówić nie będę, gdyż to są rzeczy powszechnie znane i bezapelacyjnie uznane. Ponieważ jednak mówię o literaturze łowieckiej, tedy zaznaczyć pragnąłbym, że znaczenie dzieł Ejsmonda dla łowiectwa polega na bojowym charakterze jego twórczości.

Ten artysta był fanatykiem łowiectwa! Z wiarą w łowiectwo kroczył pełen młodych sił przed siebie, krusząc obojętność „niewiernych”, kaptując tych niewiernych dla „wiary łowieckiej”, budząc ogniem żywego słowa i piekącym jadem satyry, miłość do przyrody i serca zwierzęcego.

Po Ejsmondzie idzie Włodzimierz Korsak. Zasłynął wśród świata myśliwych całej Polski swym „Rokiem myśliwego“, który nie jest wyłącznie podręczną praktyczno-naukową encyklopedią łowiectwa. Oto, co pisze Weyssenhoff w przedmowie do „Roku myśliwego“:

„Autor… w dziele swem zgromadził… cały materjał poetyczny myślistwa. Tylko, jako Litwin sumienny, trzyma się ściśle zamierzonego planu: stworzenia podręcznika dla polskiego myśliwego…

Całym swym wypracowanym tekstem mówi: jestem uczonym przyrodnikiem i zawołanym myśliwym… Czasem tylko wyrwie mu się ciche i przelotne wyznanie: Kocham dziką przyrodę mej krainy. Ale to stłumione: Kocham – jest przejmujące. I dlatego posądzam cię, drogi kolego, że jesteś poetą”…

Po „Roku myśliwego“ daje nam Korsak szereg monografij, nowel i studjów łowieckich oraz parę powieści, z których najpiękniejszą bezsprzecznie jest „Pieśń puszczy”. W powieści tej, jak trafnie zauważył jeden z krytyków, puszcza jest głównym bohaterem.

Jako pisarzy myśliwych pierwszej klasy wymienić trzeba jeszcze: kulturalnego, miejscami zmanierowanego Stefana Krzywoszewskiego; egzotycznego, trudnego do skontrolowania właśnie ze względu na tę egzotykę Ferdynanda A. Ossendowskiego; młodego, pełnego zapału entuzjastę łowiectwa, stylistycznie trochę rokokowego Aleksandra Janta-Połczyńskiego; autora „Estetyki łowiectwa“ Władysława Janta-Połczyńskiego; sędziwego trubadura kniei Stanisława Zaborowskiego.

Czasu niestety za mało, by wszystkich wybitniejszych literatów łowieckich I klasy wyliczyć.

Juljan Ejsmond z wiarą w łowiectwo kroczył pełen młodych sił przed siebie, krusząc obojętność „niewiernych”

Starszy pan

W literaturze łowieckiej gawędziarskiej najwytworniejszym, najdowcipniejszym i najrasowszym jest wspomniany już w „I klasie” Władysław Janta-Połczyński, zwany przez myśliwych nestorem łowiectwa polskiego. Przez beztroskie gawędziarstwo Władysława J.-P. przebija wysoka kultura „starszego pana”, co dużo w swem życiu widział i przeżył, lecz nic nie stracił z młodzieńczej werwy.

Cykl J.-P. „Polująca pani” powinien być przeczytany przez wszystkie damy, flirtujące z łowiectwem – zarówno ku przestrodze, jak i ku pokrzepieniu serc niewieścich.

Innym gawędziarzem, niezwykle płodnym, zasilającym szkicami i humoreskami wszystkie perjodyki łowieckie i leśne, jest Adam hr. Rzewuski, autor „Ze strzelbą na ramieniu“. Niespożyta natura ukraińska czyni cuda i autor ten, porządnie już „nestorowaty“, nie przestaje ani polować, ani gawędzić.

Gawędy jego przechodzą czasem w gadulstwo, zresztą dość sympatyczne. Potoczysta narracja przeplatana jest nadmiarem staropolsko-cudzoziemskich zwrotów, lirycznych inwokacyj w rodzaju „czytelnicy najmilsi”, wzywaniem nadaremno imienia św. Huberta, a styl przygniata nadużywaniem znaków pisarskich, zwłaszcza cudzysłowa …

Wszystko to sprawia, że bystry naogoł Rzewuski nuży czytelnika a la longue. Pozatem rodzaj gawędziarski jest jedną z ulubionych form literatury myśliwskiej, jako że od czasów niepamiętnych gromadzili się myśliwcy po łowach, by przy kielichach świdrować sobie wzajemnie dziury w brzuchu. To też gawędziarzy piszących mamy w Polsce wielu, bardzo wielu…

W pierwszym rzędzie od lewej czwarta Izabela Krzywoszewska żona Stefana. W drugim rzędzie od lewej pierwszy Stefan Krzywoszewski, szósty Stanisław Lilpop

Egzotykę mamy na miejscu…

Lecz mówiąc o polskiej literaturze łowieckiej, nie można pominąć na zakończenie jeszcze jednej jej cechy – wielce charakterystycznej. Piękna literatura łowiecka ma za przedmiot dziką naturę, jej pierwotny wpływ na otumaniony życiem większych zbiorowisk ludzkich system nerwowy człowieka, mniej lub więcej niezwykłe doznania i przygody – słowem to wszystko, co stanowi istotę egzotyki.

Otóż po tę egzotykę Francuz, Anglik lub Amerykanin muszą jeździć bądź do kolonij, bądź na połkolonjalne peryferje swych krajów… My, Polacy, nie posiadamy kolonij, lecz egzotykę mamy na miejscu… Polak miłośnik przyrody lub Polak myśliwy ma niemal „pod ręką” Karpaty – z niedźwiedziem, jeleniem, rysiem i żbikiem, puszcze i błota poleskie – z łosiem i istną ćmą ptactwa wodnego, Puszcze Rudnickie, Białowieskie, Tucholskie z trubadurem boru: głuszcem…

Ba – nawet te tak nudne dla wilnianina, a oglądane przeważnie tylko z wagonu równie mazowieckie też tają w sobie malutki elemencik egzotyki. Wszak o zającu mazowieckim Dygasiński napisał całą przepiękną powieść, a nie słyszałem, by jakiś Francuz rozczulał się nad swym królikiem. Słowem – dzięki łowiectwu – mamy swoją własną narodową egzotykę.

Michał K. Pawlikowski


ZAPRASZAMY DO ZAKUPÓW

Galeria zdjęć

Więcej artykułów