PRZYPINKI DLA LUDZI NATURY

Fundusze pozyskane ze sprzedaży wspierają nasze projekty związane z ochroną przyrody i ratowaniem zagrożonych gatunków!

fot. Rafał Łapiński
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Share on tumblr
Share on email
Share on print

Tajemnica polowania

To jest najlepsze „opowiadanie” o polowaniu jakie kiedykolwiek czytałem. Za każdym razem kiedy do niego wracam wywołuje wiele wspomnień, ale jednocześnie zmusza do przemyśleń.

Autor tego dzieła to Pete Dunne – amerykański ornitolog, wieloletni dyrektor ptasiego obserwatorium Stowarzyszenia Audubon w stanie New Jersey, oraz felietonista New York Times’a oraz myśliwy.

Jego refleksje na temat świata przyrody spotykają się z wielkim uznaniem zarówno wśród przeciwników, jak i zwolenników łowiectwa. Potrafi dzielić się swoimi wrażeniami, pisząc językiem zrozumiałym zarówno dla jednych jak i drugich.

Łowiectwo od ponad stu lat spotyka się z niechęcią i kojarzone jest przez część ludzi z brakiem wrażliwości. Ten głos jest szczególnie ważny, ponieważ pozwala spojrzeć na polowanie nie tylko z perspektywy kilogramów mięsa i naszych trofeów.

Jednym zdaniem – dociera do istoty naszej pasji!

Paweł Gdula


Między strzałem a echem

Myśliwym byłem od dziecka. Pewnym krokiem przemierzałem zalesione wzgórza z bronią przewieszoną przez ramię. Znałem rozmazany obraz trzepotu skrzydeł i pionowych świec. Doświadczałem tych „Wielkich Momentów”, dostępnych jedynie myśliwym, gdy w mgnieniu oka wszystko sprowadza się do dwóch punktów i gdy cały wszechświat wstrzymuje oddech. Wszystko – i to, co mogłoby się zdarzyć i to, co się zdarzy – zaciera się wtedy i zlewa w jedną całość. Nim echo zdąży powrócić do źródła.

Te lasy, moje lasy, rozpościerają się tuż za domem rodziców. Typowe zalesienie New Jersey – plątanina krzaków, między którymi króliki kreślą zimą swoje ścieżki, mieszanina dębu i orzecha z mnóstwem dzikiej winorośli i nieprzebraną ilością jarząbków. Niezrozumiały upór niektórych właścicieli uchronił te tereny przed cywilizacyjnym postępem.

Cierpliwość rodziców – daleko wykraczająca poza normalną rodzicielską troskę – pozwalała mi włóczyć się po tych terenach, kiedy chciałem. Wiosną i latem z lornetką, zapominając o nieskoszonym trawniku, a jesienią i zimą ze strzelbą, zapominając o nieodrobionych zadaniach domowych.

Z lornetką obserwowałem zjawiska i zdobywałem umiejętności, które doprowadziły mnie do zawodowej pasji ornitologa. Nauczyłem się znaczenia pasków na skrzydłach i kropek na ogonach. Studiowałem różnice nakrapiania i tworzyłem dla nich własne nazwy. Obserwowałem stada migrujących ptaków, wymyślając własne sposoby ich identyfikacji.

Ze strzelbą zdobyłem mądrość i zrozumienie, a także wspomnienia, które nigdy nie przyblakły. Pamiętam dzień, w którym, gdy echo już ucichło, trzęsącymi dłońmi otrzepywałem królika z liści. Był ciepły, jak żywy. I wiedziałem, i czułem, i pomyślałem: ja to zrobiłem.

Pamiętam kaczora karolinki, błyszczącego w mglistym brzasku, jak po moim trafieniu złożył skrzydła i uderzył w taflę jeziora. Rozebrałem się i popłynąłem po niego. Najdelikatniej jak umiałem zaniosłem go do domu. Gdy stanął potem na moim biurku – obok nieodrobionej pracy domowej, która nie doczekała się mojej uwagi – zastanawiałem się, czy istnieje cokolwiek równie pięknego.

Pamiętam lisa, przewieszonego przez ramię, dokładnie jak na obrazie Winslowa Homera, z którym w godzinach szczytu wstrzymaliśmy ruch na Old Troy Road, wzbudzając podziw i uznanie przejeżdżających nieznajomych. Nim dotarłem do domu, moje ubranie było mocno poplamione farbą, a ja kolejny raz gapiłem się i zastanawiałem nad życiem, które przerwałem, które pochłonąłem i które teraz stało się częścią mojego.

Dzięki lornetce i strzelbie, zżyłem się z moimi lasami. Poznałem je tak, jak drapieżnik poznaje swoje terytorium, a moja pewność siebie wzrastała wraz z moimi umiejętnościami. Bez tego nie można zostać uznanym ornitologiem terenowym. Bez tego nie można polować z poczuciem pewności i jasnym celem.

Być może ktoś powie, że zachodzi tu jakaś sprzeczność. Być może ktoś się zastanawia, jak to możliwe, by ktokolwiek szanował dzikie stworzenia i jednocześnie zabijał je. Doskonale rozumiem ten dylemat, bo wielokrotnie musiałem stawić mu czoła – w rozmowach z przyjaciółmi i nieznajomymi, w dyskusjach z kolegami z pracy i przy stole, kiedy rozmowy stawały się poważne i nie było już miejsca na półprawdy oraz uniki.

I mam taką odpowiedź, choć z pewnością niedoskonałą.

Wystarczy wyobrazić sobie świat jako ogromną scenę, na której odgrywany jest niezwykły dramat, w którym wszystkie istoty żyjące mają zarezerwowane dla siebie własne role.

Kiedy trzymam w dłoniach lornetkę, stoję na widowni jako wszechwiedzący obserwator wszystkiego, co dzieje się wokół mnie i sprawia mi to ogromną satysfakcję. Ale gdy niosę broń, jestem aktorem. Staję się uczestnikiem dramatu. I lubię się tym rozkoszować. Tak jak mówiłem, odpowiedź nie jest doskonała. Głęboko penetruje rozum, ale całkowicie omija serce.

Jest jeszcze jedna odpowiedź, która dociera znacznie głębiej i znacznie bliżej prawdy, ale staje się przez to enigmatyczna i niewyrażalna. Nie potrafię jej sformułować, ale mogę powiedzieć, gdzie każdy odnajdzie ją dla siebie. Znajdziecie ją między strzałem a echem. Jest słyszalna tylko dla tych, którzy odważą się nasłuchiwać i tylko przez krótką chwilę, zanim ucichnie echo.

Polowałem w szkole i na studiach, aż do wczesnych lat dojrzałości. Polowałem aż po blady świt pewnego grudniowego poranka, kiedy muszka zbiegła się ze szczerbinką na tle jelenia, tuż za przednim badylem, w miejscu, gdzie ukryte jest życie. Pamiętam, jak zatrzymałem się usłuchawszy niemej komendy „stój!”. Pamiętam, jak mój palec odnalazł zimny spust i jak cały świat zatrząsł się pod delikatnym dotknięciem. Pamiętam, jak znieruchomiał. Jak nadszedł „Wielki Moment”. Jak wszechświat wstrzymał oddech w oczekiwaniu na echo, które nigdy nie nadeszło – echo nieoddanego strzału.

Może to za sprawą pomarańczowej taśmy, którą z daleka zobaczyłem i postanowiłem zmienić miejsce polowania. Los odebrał mi dobrze znane stanowiska i pewność siebie. A może za sprawą narastających wątpliwości, które nadeszły wraz z nowymi czasami: zabójstwo prezydenta w Dallas. Może też za sprawą wątpliwości, które nadeszły wraz z wiekiem, kiedy pojawia się więcej pytań niż odpowiedzi i spraw ważnych, które muszą ustąpić miejsca ważniejszym.

Z jakiegoś powodu serce i myśli nie były już zestrojone z prostą wyznaczaną przez dwa punkty na lufie mojej broni. Fundamenty uległy rozkładowi, a polowanie bez przekonania to tylko poza bez treści. Kto poluje bez przekonania, nie powinien polować wcale. Odwiesiłem więc broń i znalazłem sobie miejsce na widowni. Choć nigdy nie przestałem być myśliwym (tak sądzę), to jednak przestałem polować.

Moje życie potoczyło się torami, które budują szacunek dla natury. Uczestniczę w wielu słownych potyczkach, a nawet wojnach pomiędzy przeciwnikami i zwolennikami łowiectwa. Słucham argumentów o kontroli populacji, o zagospodarowaniu nadwyżek, o utrzymywaniu równowagi, jakby polowanie było jakimś rodzajem sprzątania. Przecież nie dlatego polujemy. Ja to wiem.

Czy nie potrafimy wyrazić swoich powodów i skrywamy się za argumentami inżynierów zarządzających populacjami zwierząt. Moim zdaniem taka retoryka nie buduje mostów między myśliwymi i przeciwnikami łowiectwa.

Słucham również argumentów producentów broni, którzy uzurpują sobie prawo reprezentowania moich interesów. Ich działania przeczą zdrowemu rozsądkowi i sprawiły, że wstydzę się posiadania broni. Naklejki na zderzakach cały czas przypominają mi, że broń, odwaga i Bóg to „święta trójca Ameryki”, lub że nie broń zabija ludzi, a nawet że właściciel pojazdu jadący przede mną prędzej porzuci żonę niż broń. Oglądając te złote myśli zastanawiam się, co to wszystko ma wspólnego z polowaniem.

Uważnie również słucham oskarżeń przeciwników stawiających znak równości między łowiectwem i zabijaniem. Według nich każdy myśliwy jest okrutny i całkowicie pozbawiony uczuć. Cokolwiek by o tych ludziach mówić są wrażliwi na cierpienia innych, odczuwają je jak własne i czują się zmuszeni, by położyć im kres. Mówią, co czują i w co wierzą. Nie są nieszczerzy, są po prostu w błędzie.

Ja wiem, a oni mogą się tylko domyślać, co to jest polowanie i że jest w nim nie więcej śmierci niż w sztukach Shakespeare’a. Ja wiem, a oni mogą tylko zgadywać, jakie uczucia mną kierują i jestem przekonany, że nie jestem ani okrutny, ani pozbawiony uczuć. Oni współczują cierpieniu, a ja współczułem śmierci. Ja nasłuchiwałem echa, a oni nie.

Przez dwadzieścia lat słuchałem tych argumentów. Ważyłem słowa i czułem ten konflikt w sobie i na zewnątrz. I przez cały ten czas kształtowałem mój świat, występując publicznie, mówiąc o konieczności i znaczeniu ochrony przyrody i jak to zwykle ma miejsce, rosła we mnie pewność siebie i rosły umiejętności. Ale w ostatnich kilku latach, gdy moje życie osiągnęło półmetek, stała się rzecz dziwna, której się nie spodziewałem.

Coraz częściej łapałem się na tym, że w ciepły jesienny wieczór tracę kontakt z otoczeniem słuchając rozgęganych gęsi. Wstawałem z fotela, wychodziłem na taras, patrzyłem w niebo, a przed oczami pojawiały się wspomnienia. A kiedy na leśnej ścieżce udało mi się znaleźć pustą łuskę, sięgałem po nią i ściskając w dłoniach, próbowałem odtworzyć dramat, jaki się tu rozegrał, przywoływałem aktorów i role, jakie odegrali na tej odwiecznej scenie. Jeśli spod moich nóg poderwał się jarząbek, jakaś ukryta część mnie natychmiast badała odległość, mierzyła kąt, oceniała prędkość i na podstawie zapisanych w pamięci odruchów szacowałem, jakie miałbym szanse.

Któregoś wieczoru, kiedy po ptaku nie było już ani śladu, a wiatr uporządkował bałagan w liściach, zorientowałem się, że przez długi czas tkwiłem nieruchomo w oczekiwaniu na niemal zapomniany odgłos, kołaczący się gdzieś we wspomnieniach, czekałem na echo.

No i stało się!

Pewnego jesiennego poranka wziąłem broń i wyruszyłem na łowy. Opuściłem widownię i wszedłem na scenę. Ponownie podjąłem moją starą rolę dobrze znanego dramatu. Polowałem cały dzień, moja pewność powróciła, a kiedy nadszedł „Wielki Moment” okazało się, że moje serce i myśli znów złączone są z prostą wykreśloną między dwoma punktami na lufie. Strzeliłem dwukrotnie. Z jakim skutkiem? Odpowiedź niech pozostanie między mną a echem.

Before the Echo by Pete Dunne

ZAPRASZAMY DO ZAKUPÓW

Galeria zdjęć

Więcej artykułów