PREZENTY DLA LUDZI NATURY

Fundusze pozyskane ze sprzedaży wspierają nasze projekty związane z ochroną przyrody i ratowaniem zagrożonych gatunków!

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Share on tumblr
Share on email
Share on print

Wilki, żubry i pogranicznicy

Jednym z impulsów, który nas napędza do pracy z psem na tropie postrzałka jest wydzielająca się przy tym spora dawka adrenaliny. W niektórych przypadkach bywa jej jednak stanowczo za dużo!

Zadzwonił mój przyjaciel mieszkający w Puszczy Białowieskiej, który zaprosił na polowanie swojego dobrego kolegę. Wszystko zagrało i olbrzymi odyniec wystawił mu blat. Niestety po strzale zaczął się problem. Nie dość, że dzika nie było, to również brakowało śladów potwierdzających trafienie. Nie pomogły psy i koledzy przeszukujący teren.

Zadzwonił do mnie po pomoc, więc ruszamy z Cezarem w długą 250 kilometrową trasę. Wraz z upływem drogi, rosło mi jednak ciśnienie. Mam świadomość, że w puszczy wilków jest więcej niż myszy i obiecuję sobie, że otok wróci do naszych łask!

Jadę przez tą puszczę i oczy wychodzą mi z orbit. Toż to wielkie cmentarzysko olbrzymich, leżących drzew. Robi to na mnie przygnębiające wrażenie… Ten ogrom martwych drzew i totalny bezład kojarzy się z jednym słowem… Pożar! Tu z pewnością nikt go nie będzie w stanie opanować!

Brakuje skrzydeł

Na miejscu teoretycznego zestrzału miejscowy myśliwy pogłębia moje frustracje. Przestrzega ponownie przed wilkami! Ruszamy po 28 godzinach, a Cezar idzie tropem tego odyńca jak po sznurku, zgodnie z ich obserwacjami. Ale po 100 m zaczyna się… Golgota!

Przed nami góry zwalonych drzew, a mnie do ich pokonania brakuje skrzydeł. Nadchodzi czas próby! Wyszkoliłem mojego psa do pracy bez otoku, ale jeśli nie zda egzaminu w puszczy, to może zapłacić najwyższą cenę, którą jest jego życie!

Dostaje luz, a mnie adrenalina wędruje do najwyższego poziomu. Gwizdek trzymam w zębach, bo słychać jak bardzo mi dzwonią. Cezar nurkuje pod kłodami i wykrotami, a my je obchodzimy. Nie spuszczam z oka mojego orła! Wiem, że nie zawaham się ani sekundy, jeśli zobaczę, że jego życiu coś zagraża.

Patrząc na niego, nagle wdeptuję w coś wielkiego i szpiczastego. Po zapachu zaczynam się domyślać, co to może być, ale kształtem z niczym mi się to nie kojarzy. Idący za mną kolega uprzejmie informuje, że to odchody żubra. I od razu przestrzega, że jeśli pies na niego zaszczeka, to bez wahania taki osobnik go zaatakuje, a potem właściciela, do którego pies ucieknie. Mieli wiele takich przypadków. Ja też o nich słyszałem, pracując na Mazurach przy ostoi żubrów…

Szczerze mówiąc mam już wszystkiego dość. Na żubra psychicznie nie byłem przygotowany! Idę za moim orłem spięty, w głowie aż huczy od kłębiących się czarnych myśli. Tymczasem Cezar w tym czasie spokojnie pokonuje 3 kilometr, pod moim czujnym okiem i dochodzimy do zaoranego pasa ziemi…

Pas graniczny

Nagle mój przewodnik podniesionym głosem woła, abym zawrócił psa, bo czujni Białorusini mogą na nim zastrzelić Cezara! Okazuje się, że to pas graniczny! Odwołuję psa i czuję, jak uchodzi ze mnie resztka powietrza! Po raz pierwszy tego dnia odczuwam ulgę, bo wiem, że do gonu za tym odyńcem już nie dojdzie!

Ta myśl prześladowała mnie od początku pracy, bo baryton Cezara w puszczy brzmiałby jak syrena alarmowa, zapraszająca wszystkie wilki z okolicy na obiad!

Kończymy emocjonującą pracę kontrolną. Cezar jak zwykle zdał egzamin na piątkę. Tylko dwukrotnie na niego zagwizdałem, gdy przekraczał 80-ty metr. Oczywiście wracał na smyczy. Mój przyjaciel jak zwykle przyjął nas po królewsku, a w drodze powrotnej – pomimo braku sukcesu – miałem doskonały humor.

Idziemy do oporu

Po dniu odpoczynku, późnym wieczorem dzwoni Roman z „Pobudki”. Siedząc na ambonie w strugach deszczu doczekał się dzika. Choć ten długo go torturował, obchodząc czujnie ambonę. W końcu łowca nie wytrzymał i gdy odyniec na moment odsłonił blat – szybko strzelił.

Na zestrzale znalazł tylko parę drobnych okruchów kostnych, bez farby. Dzika nie było, więc dzwoni o pomoc. Oczywiście może na nas liczyć, a gdy na zestrzale są kawałki kości… To zawsze idziemy do oporu, bo z mojej praktyki wynika, że dojdziemy postrzałka!

Na miejscu jesteśmy po 13 godzinach od zdarzenia. Woda w tym sezonie nas lubi. Wszędzie jej pełno, ale Cezarowi to nie przeszkadza i rusza z ochotą. Mijamy młodniki, chaszcze, a dzik idzie i idzie, jakby nic mu nie było. Nie znajdujemy ani kropelki farby. Na liczniku mamy już 6 kilometrów i zaczynam się powoli irytować.

Wreszcie jest, słyszę jak Cezar głosi!

Na drodze

Zaczyna się ostry wyścig! Cezar ma problem by go zatrzymać, bo to spory klocek. Gonię ich tak przez dwa kilometry. Bywają momenty, że już ich widzę, ale wtedy dzik przyspiesza…

W końcu dysząc ze zmęczenia jak parowóz dopadam drogi, są blisko. Widzę, że dzik wyraźnie kuleje. Czuję, że zbliża się finał! Na moment nikną mi w lesie, ale kierują się w stronę drogi. Pierwszy wypada Cezar, gdy pojawia się dzik, są zbyt blisko siebie. Nie ma mowy o strzale!

Krzyczę na psa, a on w lot pojmuje o co chodzi! Staje po prawej stronie drogi i czeka! Dzik – jak na zamówienie – ustawia się przy rowie blatem i patrzy na psa. Korzystam z okazji! Odyniec po strzale zwala się do rowu, ale podbiegam i poprawiam, ponieważ znam różne paskudne przypadki.

Dzika tropiliśmy przez 8 kilometrów. Jak się okazało miał postrzał w przedni bieg po krawędzi stawu łokciowego. Teraz wreszcie mamy czas na odpoczynek, gratulacje, zdjęcia i żarty w gronie moich rozradowanych kolegów, świętujących nasz wspólny sukces!

JEŚLI ZAMIESZCZANE TREŚCI NA PORTALU WildMen SĄ DLA CIEBIE INTERESUJĄCE, WESPRZYJ NAS I

KUP KALENDARZ NA 2021 ROK!

Galeria zdjęć

Więcej artykułów